http://horror-buffy1977.blogspot.com/2012/11/konkurs-swiateczny/

Konkurs na blogu u Buffy, polecam, niezła rozkmina:)
Sprawa dotyczy rozpoznania wizerunków filmowych morderców. Sama rozpoznałam na razie 16:(
http://horror-buffy1977.blogspot.com/2012/11/konkurs-swiateczny/

Konkurs na blogu u Buffy, polecam, niezła rozkmina:)
Sprawa dotyczy rozpoznania wizerunków filmowych morderców. Sama rozpoznałam na razie 16:(
Serial mom/ W czym mamy problem (1994)

Na wstępie wielkie dzięki, dla Buffy1977, która poleciła ten film na swoim blogu 🙂
„Serial mom” czyli historia Beverly Suthpin to dzieło wielce niebanalne. John Waters znany jako aktor, reżyser i scenarzysta tworząc groteskowy obraz wyczynów pewnej kury domowej wymierzył naprawdę ostry policzek w amerykańskie społeczeństwo.
Historia rozpoczyna się pewnego słonecznego poranka na przedmieściach Boltimoore, gdzie w małym domku z uroczym ogródkiem mieszka rodzina Suthpnów. Pani domu Beverly od razu skojarzyła mi się z bohaterkami serialu „Gotowe na wszystko”. Schludna, zawsze uprzejma i uśmiechnięta dama poza wychowywaniem dwójki dorastających dzieci i prowadzeniem domu lubi sobie od czasu do czasu ponękać nielubianą sąsiadkę wulgarnymi telefonami.
Właśnie w związku z tą sprawą po raz pierwszy zjawia się w jej domu policja. To nie będzie ostatnia wizyta, bo złośliwe nękanie to dopiero początek działalności kobiety, Beverly dopiero się rozkręca…

„Serial mom” jest filmem epatującym czarnym humorem, jednak kryją się w nim bolesne prawdy o społeczeństwie. Banda hipokrytów i idiotów.
Beverly jako jedyna ma odwagę robić to na co ma ochotę. Ktoś jej nie pasuje? Rozjedzie go samochodem, ktoś ją wkurwia zatłucze go golonką. Żadnych granic. Pomyślałam, że właśnie za tą odwagę tak podziwiani są seryjni zabójcy. Robią po prostu to co my byśmy chcieli, ale nie mamy jaj. Kto nie chciał w swoim życiu kogoś uśmiercić? Ale czy to robimy? No „raczej” nie:)

Skrajne przerysowanie tej historii mam nam unaocznić banalność zła. Seryjni zabójcy nie są nikim nadzwyczajnym. Każdy kto che może zostać idolem:) Zwykła kura domowa może stać się wzorem do naśladowania dla innych sfrustrowanych kobiet więzionych w sztywnych ramach pozornych cnót i sztucznych uśmiechów.
Beverly pomimo nieudolności organów ścigania zostaje w końcu postawiona przed sądem. Jej proces to istny cyrk. Sama jest swoim adwokatem. Pamiętam podobną sprawę seryjnego zabójcy, który zgwałcił i zabił kilkanaście kobiet, a w jak swój własny obrońca przesłuchiwał rodziny swoich ofiar, zarzucał im nieprawdę, deprecjonował zamordowane kobiety…
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że śmiejemy się oglądając ten film, ale naprawdę nie ma w tym nic śmiesznego… To czysta prawda wyłaniająca się z oparów absurdu.
Tak sobie myślę, że w naszym kraju nie jest wcale inaczej. Nie jesteśmy wcale mniej wykolejeni niż amerykanie. Też z morderców robimy celebrytów. Chyba nie muszę nikomu podawać przykładu…
Jeśli komuś podobał się ten film myślę, że przypadnie mu do gustu również „Spojrzenie mordercy” z 1996 roku i „Urodzeni mordercy” z 1994 roku.
Moja ocena: 9/10
Widżet zawiera linki afiliacyjne.
And baby will fall/ Będziemy mieli dziecko (2011)

Ivy i jej mąż David są ucieleśnieniem wizji o szczęśliwej amerykańskiej rodzinie. Do szczęścia potrzeba im jeszcze tylko małego skrzeczącego dziecka.
Młode małżeństwo robi co w ich mocy aby ten plan ziścić. Dwie poprzednie próby powiększenia rodziny zakończyły się klęską, więc gdy Ivy ponownie zachodzi w ciążę ją i jej męża ogarnia lekka paranoja na punkcie nienarodzonego dziecka. „Wszystko będzie dobrze”- powtarzają sobie i faktycznie- wszystko na to wskazuje.
Po przeprowadzce do nowego domu młodzi postanawiają urządzić wyprzedaż garażową by pozbyć się gratów po poprzednim właścicielu, wtedy zjawia się stara znajoma, Melinda, która również jest w ciąży….

Równie szybko jak się pojawia tak też znika, ale pech chce ze znika tuż po opuszczeniu domu Ivy i Davida w ten sposób czyniąc z nich głównych podejrzanych w sprawie zaginięcia. Sprawa zaginięcia szybko przechodzi w sprawę o morderstwo, a wszystkie tropy prowadzą do Ivy i jej męża.

Po przeczytaniu mniej więcej takiego opisu miałam już swoją teorię na temat tej sprawy. No, cóż myliłam się. Prawdziwe rozwiązanie zagadki przyszło jednak mi do głowy dość szybko- nie pisze tego dlatego, że uważam się za nie wiadomo za jaka bystrą i przebiegłą, myślę, że nikt nie będzie miał problemu z odgadnięciem o co chodzi.
Tak, fabuła jest dość przewidywalna. To główny zarzut dla tego filmu. Z takiej historii dało by się wyrzeźbić dużo lepszy film jednak nikt z twórców, ani scenarzyści ani aktorzy nie przyłożyli się szczególnie do tego dzieła.
Moja ocena:
Straszność:2
Fabuła:6
Klimat:4
Zaskoczenie:5
Aktorstwo:6
Zabawa:6
Oryginalność:6
To „coś”:4
Zdjęcia:6
Dialogi:5
50/100
The Barrens (2012)

Richard wraz z żonką i dwójką pociech wybiera się na kemping do lasu w Barrens. Chce spędzić trochę czasu z rodziną, przekonać jakoś nastoletnią córeczkę do macochy i przede wszystkim rozsypać prochy swego ojca w miejscu gdzie za czasów jego dzieciństwa razem obozowali.
Już po drodze zaczynają się dziać podejrzane rzeczy. Pomijając wybebeszonego jelonka, który wpada im pod koła najdziwniejsze i najbardziej niepokojące wydaje się zachowanie ojca rodziny. Fizycznym objawom jakiegoś dziwnego delirium zaczynają towarzyszyć paranoiczne pomysły i omamy.

Film wzbudził we mnie mieszane uczucia…
Po pierwsze dało mi mocno w kość słabe aktorstwo. O ile styl gry głównego bohatera można jeszcze zaakceptować ze względu na specyfikę tego co się z nim dzieje, to już ciężko jest strawić macochę i innych aktorów z dalszego planu. Aktorsko najlepiej spisał się pies Oskar, nie występujący w czasie realnym, ale pojawiający się w retrospekcji:)
SPOILER: Wątek z psem, będący jednoczenie wyjaśnieniem całej historii przywołał smutne skojarzenie z „Cujo” Stephena Kinga. KONIEC SPOILERA.
Śledzenie fabuły momentami mi się strasznie dłużyło, a ciągłe natrafianie na błędy logiczne wybijało mnie z rytmu.

JEDNAKŻE film wywołał u mnie poczucie jakiegoś dziwnego smutku, więc puki nie dowiem się dlaczego tak na mnie zadziałał uznam to za zaletę produkcji:)
Wspomniałam o nielogiczności fabuły. Owszem, ale film jest ogólnie dość zakręcony i chodzi w nim o to żeby widz do końca nie kumał jaka jest prawda.
Przyjdzie nam zdecydować: Czy legenda o diabelskim pomiocie grasującym po lesie jest prawdziwa, czy wszystko co się dzieje jest dziełem tatusia nie do końca w pełni w władz umysłowych.
Finał pozornie kwestię to wyjaśnia, ale jak wspomniałam: POZORNIE.

„The Barrens” miało raczej mały budżet, ale nie przeszkodziło to w wydobyciu ciekawego nastroju. Kilka od niechcenia rzuconych scen gore dodaje całości smaku.
Moja ocena:
Straszność:3
Fabuła:7
Klimat:9
Zdjęcia:6
Dialogi:6
Aktorstwo:4
Zabawa:6
Zaskoczenie:8
Oryginalność:7
To „coś”:7
63/100
Sinister (2012)

To będzie banalne jeśli powiem, że czekałam na ten film, prawda?
No, więc jestem banalna i ponownie na coś czekałam. Jesienna słota sprzyja wysypowi horrorów na ekranach kin. Wczoraj do tego zaszczytnego grona dołączyła produkcja Scotta Derricksona. Tak, tego Scotta od „Egzorcyzmów Emily Rose”. Żeby trochę ostudzić entuzjazm, który za pewne wbudził tytuł „najlepszego horroru minionej dekady” dodam, że Derrickson nakręcił również bardzo słabą kontynuację serii „Ulice strachu”.

Głównym bohaterem filmu jest pisarz literatury faktu Ellison Oswald. Postać żywcem wyjęta z twórczości Stephena Kinga – przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Ellison podobnie jak Jack Torrence więcej popija niż pisze:) Jest sfrustrowany i nieszczęśliwy. W rolę Ellisona wciela się mój – swego czasu – ulubieniec Ethan Hawke – mały Fin o złotym sercu, którego pokochałam właśnie za rolę w „Wielkich nadziejach” (Polecam jeśli ktoś jeszcze nie oglądał). W tym filmie jest raczej irytujący niż uroczy. Taki starzejący się hipster. Wraz z żoną – hipokrytką, która wciąż powtarza, że go wspiera, a tak naprawdę sabotuje każdy jego ruch – i dwójką dziwnych dzieci przeprowadza się do „pewnego domu”.
Ellison sprowadza tam rodzinę z pełną premedytacją. Wie, że w tym domu dokonano czterokrotnego morderstwa oraz doszło do niewyjaśnionego zaginięcia, ale to właśnie tak go kręci. Ellison zamierza napisać książkę godną Pulitzera, ujawniając w niej nieodkryte dotąd fakty dotyczące tej zbrodni. Czy tym razem Wielkie nadzieje Ethana zostaną spełnione zanim dojdzie do tragedii?

Fabuła nie wydaje się być niczym oryginalnym. To prawda, że na arenie grozy od dawna nie dzieje się już nic nowego. Jednak mój zachwyt może równie dobrze wzbudzić także nowatorskie wykorzystanie starych motywów. Mamy zatem: Neurotyczne go artystę, tajemnicę z przeszłości, słynne taśmy „super 8”, wszechwiedzącego profesora, małomiasteczkowego glinę i oczywiście- kłopoty z dziećmi.

„Sinister” oznacza złowieszczy i wierzcie mi- tą złowieszczość czuć w powietrzu, gdy ogląda się ten film. Wielkie brawa należą się operatorom za mistrzowskie prowadzenie kamery i ciekawe, pomysłowe ujęcia.
Jednak na największe wyróżnienie zasługuje niezrównany, jak zwykle, Christopher Young odpowiedzialny za muzykę. Niepokojące dźwięki atakowały mój zmysł słuchu w sposób, który mógł odnieść tylko jeden skutek: lęk. Obrazy morderstw zarejestrowane na taśmie super 8 robiły nie wiele mniejsze wrażenie. Całość idealnie skonsolidowana by budzić strach.
Nie mogę nie wspomnieć o finale. Wiemy już co spotkamy po drodze, a jaki jest koniec?
LEKKI SPOILER: Koniec nie jest happy end’em. I dobrze nie znoszę horrorów z happy end’ami. KONIEC SPOILERA.
Na mocny finał przyjdzie nam długo czekać. Scenariusz jest dobrze przemyślany (ale niestety niepozbawiony pewnych… uchybień) Rozwiązanie zagadki jest zaskakujące i myślę, że owe rozwiązanie zadowoli fanów horrorów.
Jest w tym filmie kilka elementów, które można by poprawić, kilka rzeczy do których można by się przyczepić, ale chcę wykazać odrobinę dobrej woli i nie chcę się czepia, bo film zasługuje jak najbardziej na pozytywną ocenę. Boję się, że film na siłę będzie porównywany z „Egzorcyzmami Emilly Rose” i straci na tym, bo od tego filmu należy oczekiwać czegoś zupełnie innego. Z resztą – porównania to nic dobrego.
Moja ocena:
Straszność: 5
Fabuła:8
Klimat:10
Zdjęcia:10
Aktorstwo:6
Dialogi:5
Oryginalność:7
Zaskoczenie:9
To „coś”:8
Zabawa:8
76/100
The Awakening/ Szepty (2011)

Zawsze gdy babcia nabiła mi mała dziecięcą główkę opowieściami o duchach, moja matka kwitowała moje lęki stwierdzeniem: należy bać się żywych, a nie umarłych. Te słowa padają również w tym filmie. I spokojnie można powiedzieć, że stanowią coś w rodzaju puenty całego obrazu.
Anglia, lata 20 XX wieku. Florence jest młodą wykształconą kobietą, która zawodowo zajmuje się demaskowaniem fałszywych spirytystów. Nie wierzy w życie poza grobowe, nie wierzy w duchy. Nie wierzy w nic, choć widać, że bardzo by chciała w końcu w coś uwierzyć.
Film zaczyna się od popisu jej iście detektywistycznych umiejętności. Florence uczestniczy w seansie spirytystycznym bezlitośnie demaskując oszustów chcących wyciągnąć pieniądze od grupki ludzi cierpiących żałobę po bliskich . Pamiętam, że oglądając ten fragment pomyślałam, że jeżeli film – horror zaczyna się od założenia, że coś nie istnieje to finalnie zawsze ta hipoteza zostaje obalona…
Pewnego dnia Florence dostaje propozycje „pracy” w internacie dla chłopców. Nie chętnie przyjmie zlecenie. Jej zadaniem jest zdemaskowanie osoby, która wprowadza zamęt w życie szkoły udając ducha.

„Szepty” to nastrojowy horror o duchach. Mimo iż nawiedzenie jest dominującym elementem fabuły to ostatecznie okazuje się że duch jest jedynie objawem togo, co wymknęło się pewnego dnia pewne dziewczynce…
Kiełkujący niemal od progu szkoły klimat tajemnicy trafił na żyzny grunt. Anglicy bowiem świetnie radzą sobie z estetyką gotyku. Doskonale czują się w filmach kostiumowych.
Jeżeli miałabym porównać „Szepty” z jakąś produkcją to postawiłabym na połączenie „Kobiety w czerni” i „Innych”. Fanom zaskakujących rozwiązań fabularnych już zapewne odpaliła się w głowie lampeczka na samo skojarzenie z filmem „Inni”.
Tak, zdecydowanie zakończenie „Szeptów” jest zaskakujące. Wątpię żeby takie rozwiązanie przyszło do głowy nawet największym bystrzakom:)

Obraz internatu, surowość tego miejsca przywołało skojarzenie z filmem „Kręgosłup diabła”. Ale tylko na poziomie obrazu samotności dzieci będących zsyłanymi do takich miejsc. Klimat jest zupełnie inny. Nie wiem czy to źle, czy dobrze:)
Słyszałam też porównania z „Sierocińcem”. Mimo tych rozlicznych skojarzeń, całość tworzy dość oryginalny obraz.
Zdecydowanie polecam osobom ceniącym niebanalne gotycki klimat,fani wartkiej akcji powinni raczej film ominąć.
Moja ocena:
Straszność:3
Fabuła:8
Klimat:8
Zaskoczenie:9
Oryginalność:6
Aktorstwo:8
Dialogi:7
Zabawa:7
To „coś”:7
Zdjęcia:8
71/100