Archiwa tagu: ghost story

Typowy koszmarny dom

Aftermath/ Dom z koszmarów (2021)

Młode małżeństwo z problemami dokonuje okazyjnego zakupu domu. Cenę nieruchomości znacznie zaniżył fakt, że doszło w nim do tragedii. Natalie nie podoba się to miejsce tym bardziej, że zaczyna dostrzegać w nim coś, co bierze za byt z innego świata. Kevin jest bardziej entuzjastyczny, jeśli w przypadku faceta z depresją można mówić o entuzjazmie. W każdym bądź razie nie podziela obaw żony. Tymczasem robi się straszniej i straszniej.

Ostatnio nie mam o czym do Was pisać. Wszelkie filmowe nowości wylatują mi z pamięci chwilę po obejrzeniu i ciężko mi później napisać o nich cokolwiek. Nie inaczej było w przypadku „Domu z koszmarów”, którego recenzją możecie się cieszyć tylko dlatego, że napisałam ją błyskawicznie po seansie. Niestety nic ciekawego Wam nie opowiem.

„Dom z koszmarów” jest równie sztampowy jak jego tytuł. Historia stara jak świat, przewalająca się po niemal każdej filmowej taśmie poświęconej misji nakręcenia filmu o nawiedzonym domu. Mamy więc małżeństwo z problemami. Oczywiście są spłukani to też 'dom śmierci’ po taniości jest dla nich łakomym kąskiem. Ich relacja też nie jest w najlepszej kondycji. Widz szybko zostaje powiadomiony o tym, że piękna projektantka ciuchów Natalie dopuściła się cudzołóstwa, gdy jej mąż był pogrążony w żałobie i depresji po śmierci brata. Kevin nie potrafi przejść nad tym zdarzeniem do porządku dziennego mimo, że Natalie robi co może żeby obłaskawić małżonka. Ba, przymyka nawet oko na fakt, że sprowadził ją do nawiedzonego domu. Przymyka do czasu, bo na pewne rzeczy przymknąć nie może.

Mamy tu do czynienia z całkiem udanymi manifestacjami złych mocy. Są owszem mainstreamowe, ale przynajmniej nie komputerowo przekombinowane. Zwykła ręka straszy bardziej niż ręka wygenerowana komputerowo. Nie wygląda to źle, ale też nie wystarcza bym uznała ten film za coś lepszego niż średniak.

Winny jest temu pomysł, a ściślej mówiąc jego brak. Finał, który miał być przewrotny okazał się łatwy do przewidzenia i typowy typowością najpopularniejszych plot twistów. Cóż mogę Wam powiedzieć? Jeśli nie macie nic ciekawszego na oku to możecie zerknąć.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:4

Zabawa:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś: 5

53/100

W skali brutalności: 1/10

Czego nie widać, czego nie słychać

Things Heard & Seen/ Co widać i słychać (2021)

Ameryka, lata ’80. Gdy mąż Catherine, George otrzymuje posadę na uniwerku z dala od Nowego Yorku rodzina przeprowadza się do maleńkiego Chosen. Tam w domu będącym częścią dawnej mlecznej farmy otwierają nowy rozdział swojego życia. Mężczyzna szybko zyskuje aprobatę w nowym środowisku, zawiera nowe znajomości tymczasem jego żona i trzyletnia córeczka źle się czują w nowym miejscu. Dziewczynkę dręczą senne koszmary, a i jej matka wkrótce nabiera przekonania, że ich nowy dom ma jeszcze jednego lokatora.

„Co widać i słychać’ reżyserskiego duetu małżonków Berman &Pulcini to sprawnie naśladujący klimat neogotyckich produkcji straszak spod znaku ghost story. Ważnym elementem historii są też wątki obyczajowe i kontekst psychologiczny i społeczny, bowiem duży nacisk położono na sportretowanie życia codziennego rodziny. Można wręcz powiedzieć, że prawdziwa tragedia rozgrywa się właśnie między kobietą, a jej mężem, a duch gdzieś tam przemyka w tle chcąc odciągnąć ich uwagę od konfliktu. Dochodzi do sytuacji, w której Catherine równocześnie odkrywa tajemnice domu oraz swojego małżonka.

Kreacja tej bohater może Wam przywieść na myśl słynne stłamszone filmowe/literackie żony, jak Rosemary Woodhouse, czy bezimienną Panią de Winter. Kobieta porzuca swoje dotychczasowe życie, w tym karierę zawodową by mąż mógł rozwijać swoją. W milczeniu znosi jego humory i ciągłe pretensje kierowane tak do niej jak i do trzyletniej córeczki. Jednak następujące po sobie wydarzenia, osoby jakie spotka na swojej drodze Catherine- tak te żywe jak i te martwe- spowodują u niej wewnętrzną przemianę.

Dla fanów horroru znajdzie się tu sporo smaczków, ale raczej nie z rodzaju dosłownego i typowo mainstreamowego rozumienia grozy. No dobrze, parę jump scarów się znajdzie, ale nadprzyrodzone emanacje ograniczają się głównie do scen z rodzaju tej z fotelem bujanym , gdzie widzimy że coś się dzieje, ale nie wiemy co.

Ewidentnie wątki typowo przyziemne ścierają się tu z warstwą nadnaturalną. Mogę powiedzieć nawet, że miejscami twórcy gubią się w tym chcąc opowiedzieć jak najwięcej marginalizują elementy, którym należałoby poświęcić więcej uwagi. Osobiście tłumaczę to sobie faktem, że mamy tu do czynienia z ekranizacją powieści, a w takich przypadkach wielokrotnie mogliśmy zauważyć, że twórca stawał przed nie lada dylematem- co wyciąć, co zostawić – by zmieścić powieściową fabułę na filmowej taśmie.

Swoją drogą jestem bardzo ciekawa tej książki, szkoda, że nie jest dostępna w polskim wydaniu. Być może popularność filmu- jest wszak na Netflixie- przyczyni się do powstania polskiego przekładu. Bardzo bym sobie tego życzyła.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

61/100

W skali brutalności: 1/10

Diabeł zmusił mnie do obejrzenia

The Conjuring: The Devil Made Me Do It/

Obecność 3: Na rozkaz diabła (2021)

Wczesne lata ’80, Brookfield, Connecticut. Ed i Lorriane Warren przybywają z pomocą rodzinie ośmioletniego chłopca, Davida Glatzela, który został opętany przez demona. Niestety w czasie rytuału gdy małe ciałko dziecka wije się w nienaturalnych pozach demon 'zmienia miejsce zamieszkania’. Dostrzega to tylko Lorriane, ale jest pewna, że oto demoniczna siła przystała na układ zaproponowany przez dzielnego młodzieńca, chłopaka siostry małego Davida i teraz zamieszkuje właśnie w nim. Na efekty opętania u Arny’ego nie trzeba długo czekać. Wkrótce chłopak trafia za kratki oskarżony o morderstwo, a Warrenowie spieszą z dowodami jego niewinności by przekonać ławę przysięgłych, że młodzieniec dokonał zbrodni na rozkaz diabła.

Na nową odsłonę serii „Obecność” strapieni widzowie musieli długo czekać. Nie trapiłam się wraz z nimi, bo raz, że nigdy nie byłam wielką fanką serii, dwa, że nie dawałam wiary w powodzenie misji przejęcia reżyserskiego fotela przez twórcę „Topieliska” – ależ to była nędza.

Podobno twórca właściwy, wielki James Wan, czuwał nad produkcją nie mniej jednak doskonale wiedziałam, że „Obecność 3” ma za zadanie jedynie nakarmić zgłodniałych kinowych wrażeń niedzielnych oglądaczy horrorów, a nie utrzymać jakikolwiek poziom. Uzbrojona w oręże cynizmu przystąpiłam do seansu bez jakikolwiek oczekiwań. Chciałam jedynie dotrwać do końca  i móc napisać o nim dwa słowa.

I mogłabym napisać więcej niż dwa, bo „Obecność 3” ma przebogatą ofertę. Niczym w tajlandzkim burdelu nie brakuje tu niczego, czego perwersyjna dusza może zapragnąć, a jednocześnie wszystko co tu zobaczymy mieści się w ramach klasycznej usługi bez pretensji do klasę wyższych inwestycji, w których przypadkowy widz mógłby się nie odnaleźć.

Zaczynamy mocnym jebnięciem od scen egzorcyzmu,w których mały chłopiec wprawiony w roli opętanego, bo dla aktora jest to już chyba druga lub trzecia taka rola, dokonuje nieludzkich akrobacji wcale nie będących wynikiem efektów komputerowych. No, dobra, zamieniono mu twarz ukrywając przed widzem fakt, że wystarczy być dobrze wygimnastykowaną statystką, żeby takie rzeczy wyczyniać;)

Ale zanim wejdziemy do piwnicy domu Glatzelów przystańmy na moment przed posesją i odczytajmy list miłosny pióra Michaela Chavesa (czyli reżysera „Obecności 3”) kierowany do Wiliama Friedkina (twórcy „Egzorcysty”). Zobaczymy tu ujęcie łudząco podobne do słynnego kadru z „Egzorcysty”. Na tym jednak nawiązania do klasyki się kończą, choć Chaves coś tam nieśmiało przebąkiwał o rozlicznych nawiązaniach do „Zemsty po latach”. Zostawmy te szumne deklaracje, bo „Obecność 3” to horror na wskroś współczesny i typowo mainstreamowy. Owszem podobnie jak w poprzednich dwóch częściach fajnie udało się odtworzyć klimat lat – w tym przypadku ’80 – ale środki wyrazu jakimi operuje filmowa narracja przypomina bardziej chałturę odwalaną przed świętami w galerii handlowej (głośno i barwnie) niż niszowy występ tajemniczej grupy undergroundowej.

Najbardziej rozwalił mnie na łopatki do bólu poprawny wątek antagonisty. Tak, demon nie pojawia się tu bez powodu, Moi Drodzy. Zagrywka była tak banalna, że banalnością przerasta ją tylko sama droga do jej ukazania. Wizje, Lorianne ma w tym 'odcinku’ wyjątkowo dużo, wyjątkowo intensywnych wizji. 

Nie wierzcie więc trailerom, które obiecują nam formułę dramatu sądowego, jak to było w przypadku „Egzorcyzmów Emilly Rose”. Ten film tak naprawdę nie ma jednej formuły, bo musi pomieścić wszystko. Wszystko i jeszcze więcej. Ilość jump scarów nie pozwoliła na zmieszczenie na filmowej taśmie chwil postoju na zbudowanie napięcia, przygotowanie gruntu pod demona, czy co tam akurat jest w menu. Akcja pędzi na łeb na szyję i w przeciwieństwie do poprzednich części nie poznamy nawet dobrze głównej familii dramatu.

Nikt nie jest wstanie zatrzymać tej rozpędzonej karuzeli strachu. Możecie jedynie wyskoczyć gdzieś po drodze, ale nie radzę. W końcu to jeden z długo wyczekiwanych horrorów, który mogliście obejrzeć na dużym ekranie;)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat: 6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 8

Aktorstwo: 7

Oryginalność: 4

To coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

Nieświęte miejsce

The Unholy/ Sanktuarium (2021)

Niegdyś rozchwytywany, dziś okryty niesławą oszusta, dziennikarz Gerry Fenn przybywa do małego miasteczka w Massachusetts by opisać 'tajemnicza sprawę’ okaleczenia krowy na pastwisku. Czujecie ten suspens? Garry też go nie poczuł, ale z pomocą przyszła mu znaleziona na tym samym pastwisku upiorna laleczka. Sprytny dziennikarz niesiony nieskrywaną desperacją postanawia wykorzystać znalezisko by w połączeniu z okaleczoną krową usnuć na tym historię z paranormalnym wątkiem. Bezpardonowo niszczy lalkę i porzuca. Wkrótce pod osłoną nocy spotyka na drodze dziwną młodą kobietę. Alice, bo tak ma na imię, zmierza do miejsca gdzie niefrasobliwie porzucił zniszczoną lalkę. Garry odstawia Alice w bezpieczne miejsce, gdzie dowiaduje się, że ta oto głuchoniema dziewczyna znajduje się pod opieką miejscowego księdza. Z tym, że Alice do niego przemówiła. Cudowne ozdrowienie dziewczyny jest dopiero początkiem cudów w Banfield. Cudów dokonanych za sprawą domniemanego maryjnego objawienia na środku pastwiska.

„Sanktuarium” reżyserski debiut Evana Spiliotopoulosa, którego pod skrzydła wziął Sam Remi to filmowa adaptacja powieści Jamesa Herberta w Polsce znanej pod tytułem „Święte miejsce”. Reżyser przyznaje, że od zawsze jego marzeniem było sfilmowanie właśnie tej powieści i gdy w końcu to pragnienie udało mu się spełnić postawił na atmosferę niełatwej do rozwikłania paranormalnej tajemnicy.

Serio?

Niestety, ale produkcja Spiliotopoulosa (ach te greckie nazwiska) ma tyle z tajemnicy co historia rannej krowy na pastwisku. Już z filmowego wstępu możemy wywnioskować czym tak naprawdę są owe święte objawienia i co jest ich źródłem. Ten prolog, wizualnie z resztą jest wyjątkowo udany, więc nie dziwię się, że umieszczono go w filmie. Problem w tym, że ON WSZYSTKO WYJAŚNIA. Te kropki leżą od siebie zbyt blisko by można było ich nie połączyć. Gdyby go sobie darowano jest szansa, nikła bo nikła, ale jednak jest, że część widzów dałaby się nabrać, a tak pozostaje tylko patrzeć i czekać aż maryjny ołtarzyk pierdolnie.

Fabuła filmu w rzeczywistości stanowi bardzo prostolinijną historię o tym jak nadnaturalne wydarzenia noszące znamiona cudów mogą mieszać ludziom w głowach. Bardzo podobał mi się fragment, w którym jeden ze statystów- mieszkaniec Banfield w panice pakuje rodzinę i ucieka z tego cudownego miejsca, do którego zaczynają ściągać wierni. Padają wtedy słowa, że miejsce Boga jest tam na górze, kiedy zaczyna pojawiać się na ziemi zwykle są z tego kłopoty. Facet ma oczywiście rację:)

Tymczasem całe miasto z Garrym na czele szykuje się do przekształcenia małego rolniczego miasteczka w sanktuarium maryjne gdzie niegdyś głuchoniema osiemnastolatka będzie dokonywać cudów uzdrowień. Alice słyszy głos Maryi Panny, a kramik z cudami działa prężnie. Tylko hierarchowie kościoła są jacyś dziwnie sceptyczni. I bynajmniej nie chodzi im o to, że tacy boży wybrańcy jak Alice zwykle źle kończą – tu pojawia się przekrój niewesołych biografii stygmatyków i innych którzy doświadczyli intensywnego obcowania ze świętością. Księża coś wiedzą.

W końcu wszytko wychodzi na jaw rzec można oficjalnie. I tu Moi Drodzy mamy to czego w żadnym szanującym się horrorze zabraknąć nie może. Efekty, dużo efektów, bardzo specjalnych efektów specjalnych. Może plastiku jak na plaży w Afryce. I o ile w początkowej partii filmu miałam do czynienia z dużo ilością banału, w którym można było odnaleźć coś na czym da się zawiesić oko to teraz chciałam tylko schować się w szafie.

 

Ale aktorstwo było niezłe. Szczególnie odtwórca roli dziennikarza. Alice też wypada nie najgorzej. Ale proszę Was, tą historię naprawdę można było nakręcić lepiej.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła: 6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa: 6

Zaskoczenie:3

Walory techniczne: 5

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś: 6

50/100

W skali brutalności: 1/10

Demon złych wspomnień

The Vigil/ Nocne czuwanie (2019)

Yakov, młody żyd z Hasidic Borough Park na Brooklinie mimo że opuścił swoją ortodoksyjną społeczność decyduje się na jedną noc powrócić do tradycji, w której się wychował. Wszystko za sprawą zlecenia w ramach, którego ma się podjąć roli shomera, czyli osoby opłacanej do czuwania nad zwłokami zmarłego. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że umierający sędziwy żyd pozostawił po sobie niecodzienną spuściznę.

„Vigil” to debiutancki horror operatora dźwiękowego i nie wspominam o tym przypadkowo, bo w produkcji Keitha Thomasa wrażenia słuchowe odgrywają bardzo istotną rolę. Oczywiście nie zamierzam tu deprecjonować całej reszty, bo to debiut wyjątkowo udany, ale zwróćcie uwagę na udźwiękowienie w filmie. To chyba pierwszy horror straszący oddechem umarłego.

Całość można traktować w kategorii bardzo przyjemnego przeżycia estetycznego. Technicznie stoi na bardzo wysokim poziomie, mimo, że cała akcja rozgrywa się pod osłoną nocy to plan zdjęciowy jest oświetlony wręcz wzorowo z dużą dbałością o uzyskanie określonej kolorystyki zdjęć.

Fabuła rozwija się niespiesznie więc w oczach niektórych widzów może być to temp zbyt wolne, ale sprzyja budowaniu nastroju, który jest tu bezapelacyjnie kluczowym elementem grozy. Ale groza w „Vigil” to nie tylko wyczekane straszne obrazki i straszne dźwięki to też, kontekst psychologiczny i społeczny – spójrzcie na funkcjonowanie Yakova po opuszczeniu żydowskiej ortodoksyjnej społeczności. Fakt jak silnie nasz bohater był przesiąknięty tradycją i wiarą nie mógł pozostać bez wpływu na przedstawione wydarzenia.

Mamy tu do czynienia po pierwsze z motywem demona, coś na zasadzie żydowskiego Dybuka, po drugie z motywem straszliwych wspomnień i traumy. Zarówno zmarły, jak i nasz Yakov mają za sobą takie doświadczenia. W przypadku zmarłego jest to piętno holocaustu, a w przypadku Yakova napaść. Obydwa zdarzenia łączy poczucie winy za bezradność. I tu z automatu nasuwa się myśl o określeniu 'demony przeszłości’. Czy mogą one przybrać formę nadnaturalnej emanacji w oczach bohatera? Odpowiedź wcale nie jest oczywista, a ciężar tej prostej z pozoru historii może silnie trafić w emocjonalność widza.

Dla mnie film jak najbardziej warto uwagi, wyróżniający się i jednocześnie zdolny zaspokoić także mainstreamowe apetyty. Warto obejrzeć.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie: 6

Zabawa: 8

Walory techniczne: 9

Aktorstwo: 8

Oryginalność: 7

To coś:8

72/100

W skali brutalności: 1/10