Hosanna – Szymon Majcherowicz

Tytuł „Hosanna” w kontekście treści składających się na twórczość Szymona Majcherowicza brzmi jak gorzki, sarkastyczny pocisk. Tam nie ma miejsca na zbawienie, ratunek, czy miłosierdzie. No, chyba, że najpierw odbędziesz doczesną pokutę, tu na ziemi wśród umownie szarej rzeczywistości.
„Hosanna” to drugi samodzielny zbiór opowiadać Szymona Majcherowicza, na który długo przyszło nam czekać. I nie dajcie się nabrać, że po „Otwieram oczy” nie da się już dziwnej, bo „Hosanna” pokazuje, że się da. W pięknych okolicznościach przyrody przyszło mi 'cieszyć’ się lekturą, a skończywszy ową uciechę mój stan ducha można określić jako depresyjny i będzie to delikatne określenie. Chyba jednak mam coś z masochistki, sabotującej wakacyjny ubaw, bo na poprzedni wyjazd zabrałam ze sobą Bielawskiego. No, nic do brzegu.
Tytułowe opowiadanie („Hosanna”) miałam okazję poznać, gdy było jeszcze plikiem w wordzie i powtórne spotkanie z Arturem, po latach, wcale nie zmniejszyło impetu z jaką ta opowieść wdarła się w moją głowę. Jest to historia iście Kafkowska, bo bezsens przemocy jakiej poddawany jest bohater, przy jednoczesnym ciężarze społecznego kontekstu nie pozwala by spojrzeć na niego inaczej. Realizm jest wręcz brutalny, taki uliczny, przy jednoczesny spojeniu z czymś niemal metafizycznym i nierzeczywistym. I chyba jest ono moim ulubionym, choć konkurentów ma twardych.
Bardzo mocnym zawodnikiem zdecydowanie jest „Inicjacja”. Dużo body horroru osadzonego jednak na onirycznym, halucynacyjnym gruncie. Nic innego jak opowieść o samotności i stopniowym rozkładzie człowieczej tkanki. Motywy seksualne są tu bardzo wyraźne, ale to akurat nie jest przypadek odosobniony – przekonacie się przy reszcie opowiadań – natomiast seksualność pełni tu niemal rytualną rolę, a sam akt jest jednocześnie aktem transformacji.
Podobnie wygląda to w „Karaczanie”. Jeśli o „Karaczanie” mowa, to na długo zapamiętacie główną postać kobiecą. Jest jak coach podrywu tylko z waginą, ale ma podobne, przemocowo-manpulacyjne metody. Nie byłoby to jednak tak frapujące, gdyby nie pierwiastek męski w tej opowieści. Poczucie zagubienia we własnym życiu, żeby nie powiedzieć we własnej głowie może być na tyle silne, że sami położymy się na ołtarzu ofiarnym i danym się zjeść, żeby tylko ktoś zdjął z nas nasze lęki i przejął odpowiedzialność.

A propo zagubienia koniecznie musicie przyjrzeć się historii „Ogrzej mnie”. Porzucenie boli i jest to ból fizyczny niemal i tak o tym pisze Szymon. A że pisze bardzo plastycznie, odczujecie to na własnej skórze. Tu też na arenę wkracza body horror, ale to tylko zasłona dymna i znowuż środek do celu jakim jest pokazanie, że każda transformacja rodzi się w bólach. Żeby się odnaleźć najpierw trzeba się zgubić, żeby się zgubić trzeba długo iść, drogi na skróty nie ma.
Wisienka na torcie to ostatnie opowiadanie „Copacabana”. Bardzo trudny i ryzykowny temat, ale wyłożony z miękkością ręczniczka. Z tym że ręcznik jest mokry jak flis i właśnie przyrznięto Ci nim w dupę. To opowieść o rodzicach niepełnosprawnego dziecka, o jego ojcu właściwie i jego daremnych próbach uwolnienia się od rzeczywistości. Tzn. może nie są one tak daremne, bo kilka peronów naszemu Robertowi odjeżdża, nie oznacza to jednak, że ta nowa rzeczywistość będzie raptem lepsza. W Szymona nie może być lepiej, może być tylko gorzej i tego się trzymajcie.
„Hosanna” to w gruncie rzeczy zamach na poczucie bezpieczeństwa. Pięć koszmarnych opowieści o ludziach, którzy nie tyle są na granicy, co doszli do ściany. Umowne potwory to każdorazowo metafora traumy, samotności, bezsilności. To nowelki na skroś psychologiczne, ale ubrane w szaty werid’u, coby o strachu nie mówić za bardzo wprost, bo to dopiero byłoby przerażające;) Potworności przychodzą by zaprowadzić w bohaterach nieodwracalną zmianę, zdeformować ich człowieczeństwo, zredefiniować istnienie.
Moja ocena: 10/10













