Undertone (2025)

Eva, wraz ze swoim przyjacielem Justinem prowadzi podcast o zjawiskach paranormalnych. Gdy po całym dniu opieki nad chorą matką zasiada do nagrania, Justin podsuwa jej taśmę, która wg. niego jest zapisem opętania, młodej dziewczyny Jessy. Z Jessą faktycznie jest coś nie tak, a nagrania, których autorem jest najpewniej jej chłopak rejestrują jak dziewczyna nie tylko mówi dziwne rzeczy przez sen, ale też śpiewa. Wybór repertuaru nie jest przypadkowy, a Eva i jej przyjaciel dostrzegają w tych piosenkach ukryty przekaz.
O „Undertone” mówi się, że jest to horror, który steruje wyobraźnią widza za pomocą dźwięku. Rzeczy straszne nie tyle rozgrywają się poza kadrem, co nie dzieją się wcale, są echem, szumem, melodią, głosem, czymś pozbawionym materii, przez co zdolnym wnikać głębiej i eksplorować nasze lęki o wiele skutecznie niż groza przyjmująca konkretny kształt i tożsamość.
I można się z tym zgodzić przynajmniej z kilku powodów, nie znaczy to jednak, że taka formuła zadziała na wszystkich i wszystkich zachwyci. Zachwyciła jednak studio A24, które podjęło się dystrybucji by obok swoich flagowych projektów jak „Hereditary”, czy „Lighthouse” pokazać twórczość Iana Tuason’a szerokiej publiczności.

To co buduje ten film, to bardzo kameralna atmosfera: dziewczyna i jej mikrofon. Początkowo cały projekt startował jako słuchowisko i choć scenariusz liczył aż 250 stron to w największej części ta objętość wynikła z ilości kwestii mówionych. Wydaje mi się, że twórca do kwestii wizualnych podszedł na zasadzie im mniej tym lepiej, skupcie się na dźwięku, dlatego nie zobaczymy tu zbyt wiele i część widzów może na to urągać.
Brakuje tu też wyraźnej pointy, jakiegoś określonego kierunku, w którym zmierzają wydarzenia, dość, że wszytko skupia się na motywie found footage, ale z nagraniami dźwięku zamiast obrazu. Daje to trochę taki vibe „Domu z liści” Danielewskiego, bo bieżące wydarzenia nie odgrywają tu tak dużej roli, jak analizowanie tego, co już się wydarzyło i pozostawiło ten dźwiękowy ślad.
![]()
W filmie pojawia się motyw, który w horrorach występuje nie od dziś, ale raczej jako element dodatkowy, ledwie rekwizyt, tu jest swego rodzaju klamrą i nośnikiem znaczeń, a mam tu na myśli … dziecięce piosenki, kołysanki. Zarówno piosenka o Londyńskim moście, jak i „Baa, baa Black Sheap” , ale też inne funkcjonują tu jako najważniejszy budulec grozy. To w piosenkach ukrywa się groźba, prawdziwa natura zła. W pewnym momencie pada nawet stwierdzenie, że piosenki śpiewane dzieciom są niczym innym jak ostrzeżeniem przed potwornym światem dorosłych, a okolicznościom powstania większości z nich towarzyszyło jakieś krwawe wydarzenie.

Twórca bawi się dźwiękiem więc byłoby za prosto gdyby piosenki były tylko piosenkami, dźwięki tylko dźwiękami, a nagrani tylko nagraniami. Poddane stosownym zabiegom, np. puszczane od tyłu całkowicie zmieniają sens, nastrój, wydźwięk, zawierają ukryte wiadomości, a nasza bohaterka stopniowo je odkrywa. Nawet ponowny odsłuch może przynieść zupełnie inne, niewesołe wnioski, każdorazowo strasząc coraz mocniej. Śledząc pozostałe wydarzenia, te rozgrywające się z dala od mikrofonu widzimy jak to wszystko, co usłyszała wpływa na Evę, zmienia jej sposób odbierania otoczenia, a wreszcie zmienia ją. Reasumując, to całkiem ciekawy projekt, który zdecydowanie ma szansę spodobać się fanom form minimalnych.
Moja ocena:
Straszność: 1
Fabuła: 7
Klimat:8
Napięcie:6
Zaskoczenie:6
Zabawa:7
Walory techniczne: 8
Aktorstwo:7
Oryginalność:7
To coś:7
64/100
W skali brutalności: 1/10


















