Nowe włosy, nowa ja

The Stylist/ Krwawe ostre cięcie (2020)

Mieszkająca w Kansas City Clarie jest zdolną fryzjerką. Swoje klientki obsługuje do późnych godzin nocnych. Układa włosy, wysłuchuje ich opowieści, częstuje winem i… zabija. Cicha stylistka jest bowiem ogarnięta obsesją zmiany tożsamości. Zdejmując skalpy z głów swoich ofiar wchodzi w nowe rolę, staje się nimi.

„The Stylist” wyrosło w umyśle fanki horrorów i zawodowej fryzjerki Jill Gevargizian, która najpierw nakręciła tę historię w krótkim metrażu. Po czterech latach doczekaliśmy się jednak filmu pełnometrażowego, który prezentuje nie tylko wielkie zamiłowanie do gatunku grozy, ale też wysmakowane poczucie horrorowej estetyki. Gatunkowo „The Stylist” oscyluje między krwawszym psycho thrillerem a horrorem psychologicznym z elementami gore. Twórczyni położyła ogromny nacisk na szczegóły, takie jak elementy garderoby, rekwizyty, czy scenografię utrzymując je w bardzo określonej kolorystyce kojarzącej się z nurtem giallo. Kamera to zwalnia to przyspiesza, obraz dzieli się i łączy, a dociekliwy widz może cieszyć się całą gamą sensorycznych wrażeń. Wzorowe wykonanie.

A pomysł? Może nie najoryginalniejszy, bo mieliśmy już parę okazji by przejść się w ochlapanych krwią butach seryjnego zabójcy. Jednak tu pewien rodzaj kobiecej delikatności i subtelności odzwierciedlony w postaci Clarie (jej powierzchowności, gestach, mimice) skontrastowany z jej morderczą działalnością (precyzyjną, przemyślaną, pozbawioną wyrzutów sumienia) to mieszanka iście niecodzienna. Bohaterka „The Stylist” budzi grozę i zaciekawienie. Budzi też współczucie gdy obserwujemy jej desperację w dążeniu by stać się kimś innym. Kiedy Clarie postanawia zbliżyć się do jednej ze swoich klientek – promiennej i radosnej Olivii- nasze zainteresowanie sytuacją zdecydowanie rośnie,a sytuacja jest… rozwojowa;)

Powiem Wam szczerze, że niewiele nowszych filmów w ostatnim czasie przypada mi do gustu. Ten jest jednym z tych nielicznych. Polecam of course.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:10

Aktorstwo: 8

Oryginalność:6

To coś: 7

67/100

W skali brutalności: 2/10

Obcy 2 – wersja książkowa

Obcy. Decydujące starcie – Alan Dean Foster

Ellen Ripley po ponad pięćdziesięciu latach hibernacji, w trakcie której bezwolnie dryfowała po przestrzeni kosmicznej zostaje odnaleziona i przetransportowana na stację badawczą. Czy oznacza to, że nasza Sierżant wreszcie wróci na ziemię? Nic z tych rzecz. Stacja badawcza należy bowiem do korporacji Weyland-Yutani, która właśnie skolonizowało pewną planetę. Ellen szybko dowiaduje się, że koloniści trafili nigdzie indziej, jak na LV-426. Dokładnie w miejsce stąd przed laty do załogi Nostromo dotarł sygnał, który zwabił ich w śmiertelną pułapkę. Riply wraz z ekipą Weyland -Yutani wraca na LV-426 by podjąć próbę ewakuacji bezbronnych ludzi z gniazda obcej formy życia.

„Obcy decydujące starcie” Jamesa Camerona nie jest moja ulubioną częścią serii. Dla mnie decydujące starcie to dopiero część czwarta, ale i tak 'dwójkę’ lubię bardziej niż trójkę.

Książkowe wersja 'Alienów’ to dla mnie nie lada gratka. Zbieram, podziwiam, czytam, zachwycam się. I o ile do lektury pierwszej części podeszła z dużą rezerwą – jak to książka na podstawie scenariusza? – Tak o drugi tom byłam już spokojniejsza.

Podobnie jak w przypadku „Ósmego pasażera” bawiłam się przednio i znajomość historii wcale mi nie przeszkadzała. Ot, bawiłam się wyłapywanie różnic, konfrontowałam zamiary scenarzysty z finalnym produktem filmowym, szukałam zmian.

Jeśli pamiętacie to trochę narzekałam na zbyt powierzchowne traktowanie sylwetek bohaterów, emocji im towarzyszącym etc. Tym razem nie mogę się o to przyczepić, bo Foster jakby w odpowiedzi na moje negacje uzupełnił „Decydujące starcie” o to czego brakowało w „Ósmym pasażerze”. Zaowocowało to dużo większym zaangażowaniem z mojej strony, choć jak wspomniałam 'dwójka’ to nie mój TOP.

Co również odnotowuję na plus, to pewne zmiany fabularne. Może nie tyle zmiany co uzupełnienia. Łatwo zauważycie, że pierwsza partia opowieści, tj. sytuacja Ripley po przebudzeni jest nakreślona dużo wyraźniej, głębiej niż odbyło się to w filmie. Autor dokładniej przygląda się też spotkaniu kolonistów z obcym organizmem czego na ekranie mogliśmy się bardziej domyślić niż zobaczyć. Drobne detaliczne zmiany to głównie rozszerzenie perspektywy, co dodaje całej historii rozpędu.

Tak, jestem zadowolona i czekam na więcej.

Moja ocena: 8/10

Dziękuję wydawnictwu Vesper

Człowiek to okrutne zwierzę

Link (1986)

Młoda studentka zoologii zafascynowana badaniami doktora Stephena Philipsa stara się o posadę jego asystentki. Podstarzały mizogin oferuje jej zamiast tego pełnienie funkcji gosposi w jego nadmorskiej posiadłości w czasie wakacji. Jane Chase godzi się na to i wkrótce na własne oczy będzie mogła przekonać się nad czym pracuje doktor, bowiem na miejscu wita ją szympans przebrany za lokaja. Link, bo tak nazywa się tresowana małpa usłużnie wykonuje polecenia doktora, ale tylko pozornie, tylko do czasu.

Nie wiem, jak Wy ale ja jestem wielką fanką „Planety małp”. W każdej wersji, w każdej odsłonie, dlatego zainteresował mnie dreszczowiec z małpim antagonistą w roli głównej.

„Link” Richarda Franklina nie spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem tak widzów jak i krytyków. Czy jestem zdziwiona? Nie szczególnie? Czy zgadzam się z tym? Absolutnie nie. Rozumiem, że kino lat ’80 może wydawać się współczesnemu odbiorcy dość archaiczne i skontrastowane z tym współczesnym na poziomie technicznym wypada zwykle blado, ale nie „Link”.

Według mnie „Link” się 'nie zestarzał. To obraz za którym stoi bardzo dobre przygotowanie techniczne. Nic nie śnieży, dźwięk jest czysty, a ujęcia i sposób prowadzenia kamery bardzo bliski współczesnym rozwiązaniom. Aktorstwo, mam tu na uwadze ludzką część obsady, wypada bardzo dobrze, bez sitcomowego przerysowania. Co się tyczy małp… Tu mimo faktu, że twórcy zdecydowanie odradzono angażowanie w projekt zwierząt, małpią obsadę chwalę jeszcze bardziej. Wszystko wypada bardzo naturalnie i ta naturalność jest upiorna. Szympansy, czyli Link (w tej roli akurat mamy orangutana, ale kto by się połapał), Voodoo i Imp są czymś więcej niż rekwizytami, na planie filmowym i pełnią swoje role i są partnerami do pracy.

Franklin nakręcił nie tyle animall attack co horror antropologiczny, który obala popularną szczególnie w w początkach drugiej połowy XX wieku teorię o tym, że tylko człowiek jest zdolny do prowadzenia wojen w obrębie własnego gatunku. Inspiracją do nakręcenia historii zbuntowanego małpiego kamerdynera miał być artykuł w National Geographic traktujący o wzajemnej agresji wśród szympansów. Filmowa narracja pochyla się też nad zagadnieniem ekologii, idei ochrony zwierząt i jest sprzeciwem wobec ich wykorzystywania. Nasza bohaterka szybko i bezpardonowo zwraca uwagę swojemu chlebodawcy, że ten źle traktuje swoich podopiecznych.

Charakterystyki dwóch przeciwstawnych postaci są dobrze przemyślane. Z jednej strony zestawienie: mistrz i uczeń z drugiej coraz bardziej wyraźna wzajemna niechęć. Szowinizm doktora jest aż nader widoczny i miejscami można odnieść wrażenie, że traktuje on obecność w swoim domu kobiety jako zdobycie kolejnego eksponatu badawczego. Fakt, że nakazuje on Jane pojedynkować się z Impem w teście inteligencji świadczy, że nie znajduje się ona w wiele lepszy położeniu niż jego małpy.

Co się tyczy scen konfrontacji ze zwierzęcym antagonistą to wszystko zaczyna się dość niewinnie. Scenariusz parokroć podkreśla przewagę siłową zwierząt, dość wcześnie sygnalizując gdzie mamy dopatrywać się źródła zagrożenia. Jane widzi sygnały świadczące o tym, że małpy są o krok od buntu, ale doktor w swojej pysze zdaje się bagatelizować problem. Jak to się skończy możemy się domyślać i nie jest to bynajmniej zarzut pod adresem scenariusza.

Sam reżyser określił fabułę jako animal attack w stylu „Szczęk” z małpą zamiast rekina i być może coś w tym było, ale wprowadzenie protagonistki, która jest jak najdalsza od chęci eksterminacji zwierzęcia znacznie zmienia perspektywę z jakiej postrzegamy problematykę filmu. Relacja Jane z Linkiem jest zresztą mega złożona.

Milcząca małpa swoim zachowaniem prezentuje cały wachlarz emocji przypisywanych tylko i wyłącznie ludziom: zazdrość, pożądanie, nienawiść, chęć zemsty. Dla mnie super, warto dać szansę staruszkowi.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa: 7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność: 7

To coś:8

70/100

W skali brutalności: 1/10

Jedziemy z tą grozą

Gaz do dechy – Joe Hill

Wciąż zadaje sobie pytanie, czy Joe Hillowi udało się wyjść z cienia sławnego ojca? Sięgając po zbiór opowiadań „Gaz do dechy” miałam świadomość, że część z utworów powstała we współpracy ojca i syna, więc nie wiem czy w moich rozważaniach – Lubię Hilla, czy nie lubię Hilla – posunę się znacząco do przodu. Tak więc gaz do dechy i jedziemy sprawdzić czym tym razem uraczy nas King Junior.

Zbiór otwiera opowiadanie tytułowe, czyli „Gaz do dechy”. Mamy tu do czynienia z opowieścią o gangu motocyklistów nękanych przez rozpędzoną ciężarówkę. Klimat trochę jak w starym „Twilight Zone” za to z bardzo ciekawym i chwytającym za serce zakończeniem. Siadło. Moja ocena: 7/10

„Mroczna karuzela”, drugie z opowiadań nieustępujące poziomem pierwszemu, więc mamy na wstępie dwa bardzo celne strzały wymierzone w moje literackie upodobania. W mrocznej karuzeli przenosimy się do świata końca niewinności gdzie grupa nastoletnich bohaterów doświadcza pierwszych alkoholowych ekscesów w cieniu nawiedzonej karuzeli. Tu nie spotkamy się może z finalnym zaskoczeniem, ale sam oniryczny klimat opowieści doskonale rekompensuje taki brak. Moja ocena: 8/10

Bardzo ciekawym, choć może nie koniecznie wybitnie grozowym okazało się „Nad srebrzystą wodą jeziora Champlin” gdzie grupa dzieciaków próbuje zwrócić uwagę domorosłych na swoje wiekopomne odkrycie. Moja ocena: 6/10

Trochę zabawy formą mamy w „Tweetach z cyrku umarłych”. Tytułowy cyrk stoi gdzieś na uboczu ze swoimi tajemnicami, a głównym tematem opowiadania jest rodzinny konflikt na linii matka i córka. Jest niepokój, jest krew. Moja ocena:6/10

Wisienką na torcie jest oczywiście „W wysokiej trawie”. Znałam je już wcześniej i to właśnie jego treść przekonała mnie do tego by bliżej przyjrzeć się twórczości Kinga Juniora. Mocna, grozowa, pomysłowa i nieoczywista historia o tych, którzy zgubili się …na polu. Nie wiem, który z autorów wpadł na tej pomysł, ale do dziś uważam jest za jedno z najlepszych opowiadań tak w ogóle, tak ever. Moja ocena:10/10

Więcej pozytywnych wyróżnień nie będzie, ale co szczególnie czuję się zobowiązana podkreślić, jest to bardzo zróżnicowany zbiór. Eksperymenty z formą, z gatunkiem, z klimatem. Trochę sentymentalizmu, trochę moralizowania, trochę gore, trochę thrillera. Wątki niesamowite i te całkiem przyziemne dotyczące relacji międzyludzkich. Właśnie dzięki tej różnorodności, elastyczności uważam zbiór za udany choć nie wszystkie opowiadania mi siadły, nie wszystkie były błyskiem.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję wydawnictwu Albatros

Przeklęta zmienia obiecana

No one gets out alive (2021)

Młoda imigrantka latynoskiego pochodzenia, Ambar przybywa do Ohio w Stanach Zjednoczonych by zacząć nowe, lepsze życie. Niedawno pochowała matkę, którą dotąd troskliwie się opiekowała. Echo żałoby wciąż w nie wybrzmiewa, a dodatkowo Ziemia Obieca okazuje się być daleka od ideału. Ambar trafia do domu Reda, który podnajmuje tanie pokoje kobietom w kłopocie. Jak się szybko okaże nie jest to bezpieczne miejsce.

Oto Netflix wypuścił kolejny średniaczek. Scenariusz filmu luźno oparto o powieść Brytyjczyka, Adama Neville’a pod tym samym tytułem. Fabuła skupia się na dążeniach bohaterki do osiągnięcia życiowej stabilizacji w bardzo niesprzyjających okolicznościach przyrody. Silnie podkreślono tu wątek imigracji, przez większość czasu skupiając uwagę widza na bardzo przyziemnych problemach naszej bohaterki, typu jak skołować lewe dokumenty by zacząć normalną pracę.

Stopniowo orientujemy się jednak, że z jej obecnym miejscem zamieszkania- starą, upiorną kamienicą  – jest coś mocno nie tak. Alarmują nas dobiegające z sąsiedztwa krzyki innej kobiety i ewidentne kłamstwa jakie Red sprzedaje Ambar by uśpić jej czujność. Do tego dochodzą jeszcze wizje, czy też emanacje, które łatwo połączymy z traumą żałoby jakiej doświadcza nasza bohaterka.

To co widzi Ambar w budynku, między innymi zjawa w białej szpitalnej koszuli, to elementy mogące przykuć uwagę widza. Technicznie wypadają bez zarzutów. Jeśli dodamy do tego jeszcze niezły warsztat aktorski obsady, przybrudzone posępne kadry fajnie budujące klimat opowieści mamy filmidło no, powiedzmy dobre, a przynajmniej takie nie urągające średnio wymagającym gustom.

Schody zaczynają się gdy dochodzimy do finału. Ni z gruchy ni z pietruchy wchodzimy w obszar folk horroru. Nie mam pojęcia co te wątki tu robią i czemu scenariusz idzie w tę stronę. Pasują tam mniej więcej tak jak jednorożec do wiejskiej obórki. Czyli nie pasują wcale. Zakładam, że jest to wynik zmiksowania inwencji scenarzystów z książkowym oryginałem. No nie wyszło. Pozostał niesmak, choć nic go nie zapowiadało.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 5

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:4

54/100

W skali brutalności: 1/10