Itt érzem magam otthon/ Jak w domu (2025)

Młoda Kobieta, Rita właśnie traci pracę z powodu likwidacji sklepu. Gdy wraca tego wieczoru do domu i zatrzymuje się na moment na pobliskim osiedlu by wraz z innymi ludźmi obserwować płonący wrak samochodu zostaje schwytana i uprowadzona przez dwóch zamaskowanych mężczyzn. Trafia do pokoju, gdzie związana i rzucona na twardą podłogę dowiaduje się, że oto, nie jest Ritą, a Silvie Arpad zaginioną siostrą porywacza, która właśnie wróciła na łono rodziny. Rzecz w tym, że Rita doskonale zdaje sobie sprawę z tego kim jest i zdecydowanie nie jest tym za kogo wydaje się brać ją Marci. Wkrótce kobiecie będzie dane poznać całą familię, na której czele stoi nie znoszący sprzeciwu ojciec i w której, jak szybko będzie jej dane się przekonać, jest więcej podobnych jej ofiar.
„Jak w domu” to węgierski thriller psychologiczny z domieszką bardzo czarnej komedii i zakusami na bycie społeczną satyrą. Poznajemy tu, wydawałoby się, niecodzienny model rodziny oparty na solidnym fundamencie w postaci rojenia jednego człowieka (ojca) wspierany przez gorliwych wyznawców (niektóre z dzieci z Marcim na czele), chcących zasłużyć na atencję papy i podporządkowany lud złożony z uciśnionych przegrywów z mniejszym lub większym zapałem odgrywających rolę pozostałych krewnych. Skojarzenia polityczne aż same cisną się do oczu, ale postaram się je zgrabnie pominąć, coby nie fundować sobie kolejnego bana. Zdradzę Wam tylko, że nazwisko Arpad nie jest tu przypadkowe, jest to bowiem nazwisko pierwszego historycznego władcy Węgier.

Porwanie Rity stanowi punkt wyjścia. Kobieta jest na tyle inteligentna i zorientowana na cel, że szybko łapie zasady gry. W dążeniu do wyjścia z tej kłopotliwej sytuacji poszukuje słabych punktów dziwnego systemu, do którego trafiła i bezbłędnie je namierza. Zajmuje jej to jednak trochę czasu więc możemy cieszyć się tym procesem. Jest to o tyle zajmujące, że mamy t do czynienia z całą gamą psychologicznych i socjologicznych wypaczeń, a jest ich tak dużo, bo i familia liczna.

Jedną z bodaj najciekawszych scen jest rozmowa Rity z Rudim, który z zapałem gra wujka alkusa popijając porzeczkowy sok. To lewdwie preludium do przemiany jakiej będziemy wkrótce świadkować. To świetna opowieść o zamkniętych systemach rodzinnych, o tak zwanych modelach totalitarnych gdzie każdy musi odegrać swoją rolę zgodnie z wizją najwyższej figury. Rzeczywistość jest tam w pełni plastyczna i zależna od woli, ale wolę może wyrazić tylko jedna osoba. A co członkowie otrzymują w zamian? Solidne, nienegocjowalne zasady sprawiające, że egzystencja staje się przewidywalna i bezpieczna. Gdy na zewnątrz panuje zawierucha (scena płonącego samochodu, bankrutujący biznes) jest to nad wyraz kusząca perspektywa.

W filmie nie doświadczycie brawurowych aktów przemocy, ani rozlewu krwi, raczej slow burn’owe budowanie atmosfery izolacji i dusznego zamknięcia. A gdy drzwi w końcu się otworzą niewolnik zrozumie, że wcale nie pragnie wolności, a własnego niewolnika.
Moja ocena:
Straszność: 1
Fabuła:8
Klimat:8
Napięcie:7
Zaskoczenie:6
Zabawa:7
Walory techniczne:7
Aktorstwo: 8
Oryginalność: 8
To coś: 8
68/100
W skali brutalności: 1/10














