Obsession/ Obsesja (2026)

Nieśmiały Bear, pracownik sklepu muzycznego podkochuje się w swojej koleżance Niki. Wspólne, zakrapiane imprezy w gronie przyjaciół nie sprzyjają miłosnym wyznaniom, ale nawet będąc z Niki sam na sam nie jest w stanie wyznać jej swoich uczuć, ani tym bardziej zapytać o wzajemność. Kiedy słyszy od niej, że zamierza opuścić ich rodzinne miasteczko i poszukać szczęścia gdzieś indziej, całkowicie się załamuje. Chcąc wykorzystać ostatnią szansę na zatrzymanie Niki przy sobie sięga po gadżet kupiony w sklepie ezoterycznym, One wish willow i łamiąc 'magiczną’ gałązkę wypowiada życzenie: Niech Nikki pokocha mnie najbardziej na świecie. I tak też się dzieje. I tu zaczyna się horror, bo zamiast miłości przychodzi coś na kształt psychotycznej obsesji.
Amerykański youtuber Curry Baker w 2024 zaprezentował swoim odbiorcom pierwszy pełnometrażowy film, slasher „Mike & Serial” gromadząc przed ekranami dwa miliony widzów. Zwrócił uwagę kogo trzeba, bo już rok później po festiwalu w Toronto otrzymał ofertę szerokiej dystrybucji „Obsesji” z umową opiewającą na czternaście milionów. Nawet w Polsce, gdzie sympatia widzów do gatunku nie jest przeceniana obraz był szeroko promowany. I o co tyle krzyku?

„Obsesja” to kolejny film grozy bacznie przyglądający się zagadnieniu relacji romantycznych. Niedawny „Towarzysz”, czy „Together” sporo powiedziały w tym temacie, ale nie wiem, czy w pełni zaspokajały grozowe apetyty, tymczasem „Obsesja” jest w stanie przestraszyć. To zdecydowanie musi być zasługa wcześniejszych, filmowych doświadczeń twórcy. Kto jak kto, ale Youtuberzy muszą ogarniać jak szybko i skutecznie przykuć uwagę i choć Curry zaczynał od skeczów komediowych to pierwszym reżyserskim projektem był horrorowy short.
W „Obsesji” można zauważyć bardzo dobre wyczucie gatunku, zarówno jeśli chodzi o metody klasycznej szkoły straszenia (Nikki w ciemnym kącie sypialni) jak i te przystające bardziej do nowej fali horroru. Mamy tu do czynienia z show burn’ową narracją, bazującą na stopniowym sączeniu niepokoju, a cała dramaturgia tkwi w obrazie relacji, niecodziennej relacji Niki i Bear’a. Dziwny artefakt z kiczowatego sklepu, zapowiadał dość klasyczne wejście w motyw make a wish, w którym to bohater otrzymuje szansę na spełnienie życzenia, spełnia się ono, ale fakt ten musi zostać okupiony jakąś odpłatą. Tu zwykle cała tragedia zasadza się na paragonie wystawionym przez los, a nie na życzeniu samym w sobie.
Już w momencie gdy Niki trafia do sypialni Beara, chłopak zaczyna dostrzegać, że to jej zakochanie to jakieś jednak dziwne jest. Chyba nie do końca o to mu chodziło? Ale cóż z tego ,skoro piękna koleżanka lgnie do niego? Bear wbrew zdrowemu rozsądkowi zamierza cieszyć się z tą relacją i czerpać z niej satysfakcję. Możemy wtedy dojść do konkluzji, że nie o miłość mu chodziło, a o poczucie kontroli nad wybranką. Możesz być bezdusznym robotem, opętaną kukłą, możesz stracić siebie, ale najważniejsze, że Cię posiadam.

Kontekst jest dość opresyjny, ale dodajmy do tego jeszcze środki wyrazu. Szaleńcze grymasy odtwórczyni roli Niki , gwałtowne przejścia od sweet do creepy robią niesamowitą grozową robotę. Wzbudziło to moje skojarzenie z „Pearl”, a to bardzo dobre skojarzenie. Seria jej irracjonalnych zachowań nabiera coraz to większego rozpędu, tym bardziej dramatyczne i straszne wydaje się to gdy jej prawdziwe ja, próbuje desperacko wyjść na powierzchnie i zdjąć ten mroczny czar, który każe jej kochać kogoś kogo nawet średnio lubi. Sceny totalne, to Niki w roku ciemnej sypialni, szaleńczy wybuch na imprezie, czy wreszcie pierwszy trup, ale tak naprawdę całość składa na na kompozycję grozy nieco absurdalnej, ale w tym absurdzie celnej.
Moja ocena:
Straszność: 2
Fabuła:8
Klimat:8
Napięcie: 7
Zaskoczenie: 7
Zabawa:9
Walory techniczne:8
Aktorstwo:9
Oryginalność: 8
To coś:8
74/100
W skali brutalności: 2/10















