I już Cię nie będzie

Possessor (2020)

Tasya jest pracownicą organizacji wyspecjalizowanej w zabójstwach na zlecenie. Każdorazowo jej zadaniem jest zabicie kogoś, jednak nie własnymi rękoma. By dokonać aktu morderstwa wciela się w wytypowaną przez zleceniodawcę osobę. Przejmuje nad nieszczęśnikiem kontrolę, zabija kogo trzeba i w finałowym momencie gdy jedna z ofiar jest już martwa a druga- ta w której siedzi Tasya – za chwilę martwą będzie, opuszcza ciało i wraca do siebie. Wszystko to umożliwia jej zaawansowana technologia jaką dysponują jej mocno dawcy. Nie bez wagi są też jej własne predyspozycje, które są gwarantem wyjścia z takowego eksperymentu bez szwanku. Jednak do czasu. Kolejne zlecenie okaże się bowiem trudniejsze niż przypuszczała.

Zapewne nie jednego widza ów tytuł wywiódł na manowce. “Possessor” to i opętanie, demon szatan i egzorcyzm. Jeśli jednak przyjrzycie się słownikowej definicji opętania nie ma tam nawet słowem wspomniane o tym, co poprzez opętanie sugeruje religia. Opętanie to sytuacja w której ktoś, lub jakaś zewnętrzna siła przejmuje kontrolę nad jednostką. I tego też dokonuje nasza bohaterka. Opętanie jako korporacyjna zagrywka mająca na celu realizację zlecenia. Wyobraźcie sobie prezentacje usługi przed inwestorami;)

Pośmieszkowałam, ale tak całkiem serio to najnowszy film Brandona Cronenberga – Tak, jest synem TEGO Cronenberga – to futurystyczna, może nawet cyberpunkowa wizja tego jak można w okrutny sposób wykorzystać technologię. Trochę tak jakby Brandon kończył zdanie, które zaczął ojciec.

Surrealizm jest tu mocno obecny, zarówno w warstwie narracyjnej, gdy do głosu dochodzi niejakie rozdwojenie, którego doświadczać będzie Tasya, jak i w kadrach, w obrazach, w dźwiękach. Co jeszcze mogę rzec, od tego filmu bije chłód. Chłód szpitalnej sali operacyjnej, albo wystawy w sklepie meblowym – niby wszystko ładne, ale puste. Twórcy z pewnością należą się brawa, za zdolność tak określonego wpływu na wrażenia widza.

Wyniosłam z niego bardzo przygnębiające wrażenia, doświadczyłam dyskomfortu jakie powinno w swoim założeniu powodować kino grozy, ale czegoś mi zabrakło. Może jakieś wyraźniejszej puenty, mniejszej przewidywalności kolejnych wydarzeń, a może za dużo tu było mizantropii. Film wart uwagi, ale raczej nie będę głosicielką jego glorii.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 7

Klimat: 7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10

Angela tam jest

Bezimienni – Ramsey Campbell

Barbara Waugh opłakała już stratę męża gdy spotkała ją kolejna tragedia, jej córka, Angela została porwana i jak się wkrótce okazuje, zamordowana. Mijają lata, Barbara poświęca się pracy, jednak pewnej nocy odbiera telefon. W słuchawce słyszy głos swojej córki, córki uznanej za zmarłą. Dziewczynka wzywa pomocy, prosi o ratunek. Początkowo kobieta chce tylko wytropić i zdemaskować żartownisia, jednak w toku prywatnego śledztwa zaczyna budzić się w niej nadzieja. Nadzieja na to, że  Angela żyje i czeka na nią.

Anglik, Ramsey Campbell to niezwykle płodny autor horrorów, jednak tylko kilka pozycji z jego literackiego dorobku doczekało się polskiego tłumaczenia. “Bezimienni” to jedna z nich.

Zasiadając do lektury nie miałam żadnego wyobrażenia o prozie Campbella i to co mogę stwierdzić już po fakcie, to to, że niesłusznie jest pomijany w polskich wydaniach. “Bezimienni”, może nie zachwycili mnie bezdennie, ale dostrzegłam w nich szereg zalet, które docenią fani horroru.

Jego angielski sposób na grozę jest daleki od tego, czemu hołduje chociażby amerykańska popkultura związana z gatunkiem. Nie spotkamy się tu z brutalnością, raczej pewnym rodzajem podskórnego niepokoju, który pojawia się już w prologu właściwych wydarzeń. Odczuwa go bohaterka, odczuwa go czytelnik, ale nikt z zainteresowanych jeszcze nie wie z czym tak naprawdę przyjdzie mu się zmierzyć.

Ta relatywnie krótka powieść obfituje w gatunkowe koalicje i urodzaj motywów. Z jednej strony mamy typowy dla dreszczowca wątek niewyjaśnionej zbrodni, z drugiej wchodzimy w obszar z pogranicza horroru religijnego, gdzie antagonistami są członkowie sekty. Akcja książki przypada zresztą na okres mocno obfitujący w doniesienia o wynaturzonej działalności takich zgromadzeń.

Co ciekawe, towarzyszące mi w czasie lektury odczucie deja vu okazało się efektem śladu pamięciowego po filmie. Tak, lata temu widziałam ekranizację “Bezimiennych” i jeśli jesteście zainteresowani także możecie po nią sięgnąć. Ja tymczasem porozglądam się za innymi powieściami Campbella coby wyrobić sobie wyraźniejsze zdanie na temat jego twórczości.

Moja ocena: 6/10

Dziękuję wydawnictwu Phantom Books

Nastolatki i opętanie

Moja przyjaciółka opętana – Grady Hendrix

Końcówka lat ’80. W Cherleston, na południu Stanów żyją dwie dorastające dziewczyny: Pochodząca z zamożnej rodziny Gretchen Lang i biedna stypendystka Abigail Rivers. Ich wieloletnia przyjaźń zostaje wystawiona na próbę, gdy po pewnej feralnej nocy Gretchen diametralnie się zmienia. Zmiany są tak kolosalne, że Abigail zaczyna podejrzewać, że jej przyjaciółka jest opętana.

Czar lat ’80 w Ameryce. Satanic panic dodatkowo nakręcana przez popkulturowe twory takie jak “Egzorcysta” każe ludziom obawiać się diabła bardziej niż Aids. Mimo tego nastolatki swobodnie imprezują, nawiązują nowe znajomości i przeżywają swoje małe i duże tragedie. W powieści Hendrixa obcujemy z taką właśnie rzeczywistością.

Nie jest to typowy horror paranormalny, gdzie dogmat rozpycha się łokciami. Autor duży nacisk położył na wątki obyczajowe, starając się jak najbardziej skupić na pierwiastku ludzkim. Skupia się na nim do tego stopnia, że teoria o tytułowym opętaniu wcale nie jest tu prawdą objawioną i jedyną.

Mogłabym górnolotnie rzec, że to opowieść o sile przyjaźni – takiej postawionej w cieniu nastoletniego pierdolca. Nastoletni pierdolec, to pierwsza rzecz jaka przychodzi nam na myśl, gdy słyszymy hasło, że szesnastoletnia dziewczyna zmienia się całkowicie z dnia na dzień. Cóż fizjologia. W przypadku Gretchen zmiana jest tyle drastyczna co przerażająca, więc jak najbardziej możemy pomyśleć o jakimś traumatycznym przerażeniu. Jakby nie patrzeć Gretchen znikła z radaru na całą noc i nikt nie wie czego mogła być uczestnikiem lub świadkiem. Krążąca po okolicy niesamowita urban legend tylko podsyca podejrzenia. 

Oczywiście nie mogę powiedzieć by nie był to horror, by książka nie posiadała właściwej gatunkowi atmosfery i smaczków dla fanów grozy. Myślę jednak, że jej siłą jest jednak to, że autor podszedł do sprawy od mniej oczywistej strony, a na pewnym etapie nawet zaskoczenie czytelnika. Sprawny język jest dopełnieniem całkiem przyjemnej lektury.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję wydawnictwu Vesper

Impreza im zdechła

Wszyscy moi przyjaciele nie żyją (2020)

Poranek po Sylwestrowej nocy. Dwóch policjantów przybywa na miejsce masowej zbrodni. W domu młodzieńca, Marka, zastają tylko jedną ocalałą – dziewczynę pogrążoną w ciężkim psychicznym szoku wywołanym faktem, że wszyscy jej przyjaciele nie żyją.  Trupy rozrzucone po całym domu, ofiary strzelaniny, ataków tępymi narzędziami, porażanie prądem, uduszeń… Pytanie jest tylko jedno: co tam się odjebało?

Moi Drodzy, nie przybyłam tu dziś by życzyć śmierci Julce Wieniawie, bo już wstęp do filmu mówi nam że to ona będzie jedyną ocalą. Chyba na naszych oczach rodzi się legenda pierwszej polskiej final girl😉 Przybyłam by opowiedzieć Wam o polskiej komedii, czarnej komedii, która mnie rozbawiła.

Nie zdarza się to często, w zasadzie od czasu “Testosteronu” i historii ‘sukienuni’ się to nie zdarzyło. I nie wiem czy mój całkiem pozytywny odbiór tego filmidła wynika z poświątecznych traum, czy może jest konsekwencją mojego niezwykle chujowego nastawienia do “Wszyscy moi…”. Bo tak, spodziewałam się tragedii, zamuły i pseudo refleksji nad konwencją gatunku.

Zamiast tego dostałam produkcję, która o nic się nie stara i niczego nie wymaga. Nie krzyczy, że jest przełomem, nie oczekuje, że wpasuje się w gust tej grupy wielce świadomych wyznawców teorii hołdów jakie to jeden film ma składać drugiemu. Po prostu nie sugeruje, że powinniśmy się koniecznie dopatrzeć w nim czegoś czego nie ma, bo inaczej wyjdziemy na ignorantów. “Wszyscy moi przyjaciele nie żyją” oferuje zabawę, ostrą, ale niezobowiązującą jak seks po pijaku, czy partyzanckie macanki po krzakach.

Pomijając wstęp będący w zasadzie epilogiem, początek filmu to przedstawienie w komediowym ujęciu osób dramatu. A tu mamy taką niunie ładnie uczesaną, kwiatowo ubraną pod rękę z Krzyśkiem Bosakiem, a tam tacy dwaj co chcieli by zamoczyć, cycki, cycki, wszędzie cycki, wróżbitka Anastazja, Milf dosiadający młodzieńców, czarny mormon z Jezuskiem w sercu i waginą na twarzy i tak dalej i tak dalej. Obietnica chujowej zabawy w chujowym towarzystwie już jest tu na miejscu.

Obserwując poczynania naszych bohaterów w pierwszej partii filmu obcujemy z dobrze znanym sex comedy, jak te wszystkie ‘Amerykańskie szarlotki’ etc. Młodzi bardzo amerykańcy ludzie, grający w amerykańskie gry zaoceaniczne, przenoszący amerykańskie wzorce na polskie podwórko. Widzę tu takie właśni stado, które che być fajniackie, dzejzi i krejzji, a lajf jest lajf. Z tego wszechobecnego funu stopniowo wyłaniają się małe umartwienia, a te w końcu staną się przyczółkiem dla masowej śmierci.

Szybkie tempo filmu nie pozwala na nudę, czy choćby szybką refleksję: ale to głupie. A nawet jeśli takowa się pojawi, to jak tu się nie śmiać z epicko przestrzelonego łba. Przecież jesteśmy pojebani, nie ma co się oszukiwać 😉 Nie piętnuje w tym miejscu osób, które linczowały ten film. Tak się tylko zastanawiam, ile spośród nich chwaliło komediowe walory “Wiecznego studenta”, “Projekt X” czy innych tego typu ‘zagramanicznych’ przedsięwzięć i tęskno wzdychało: no u nas to takich filmów się nie robi. No teraz się zrobiło. Wystarczy wykręcić mózg, zostawić na pralce i zabawa murowana. Bawcie się dobrze Smutasy w Nowym Roku.

Samotny Larry

Come Play (2020)

Cierpiący na autyzm Oliver jest bardzo samotnym dzieckiem. Ojciec, który wyprowadził się z domu zdaje się bagatelizować jego trudności, matka z kolei naciska na niego by dołożył więcej starań w kwestii poprawy swojego funkcjonowania i niemal na siłę chce syna uspołeczniać. Szkolni koledzy z niego szydzą uważając za dziwaka i delikatnie mówiąc stronią od jego towarzystwa. Niczym światełko w tunelu w samotniczej egzystencji chłopca jaki technologia. Spędzając dnie w towarzystwie tabletu chłopiec napotyka  interaktywną bajkę o samotnym Larrym.

Wyobraźcie sobie “Babadooka” w wersji cyber horroru i już będziecie mieć pewne wyobrażenie o Larrym. To może zbyt duże uproszczenie i może krzywdzące dla filmu, ale nie chcę Was czarować, że mamy tu do czynienia z historią oryginalną i przełomową.

Pomysł na postać Larryego  zrodził się w głowie Jacoba Chase’a w czasach gdy prowadził Dom Grozy. Wykorzystał wówczas jeden z kostiumów i w krótkim metrażu zaprezentował opowieść, którą parę lat później zainteresowało się Amblin Partners wytwórnia, która w swoich projektach stara się poruszać tematy związane z dążeniem do równości i sprawiedliwości społecznej. Dzięki takiemu partnerowi debiutującemu reżyserowi udało się zgromadzić budżet i zaangażować aktorów i techników z prawdziwego zdarzenia. W dynamicznym montażu rozpoznacie rękę gościa od “Uciekaj”, zaś soundtrack to dzieło Roque’a Bañosa (“Delikatna”, “Martwe zło”, “Old Boy”).

Jako film grozy “Come play” sprawdza się całkiem dobrze, ma swoje momenty, dość typowo jump scaerowe, ale urągające dobremu smakowi i obrażającego widza naiwnością. Scena w której dzięki aplikacji nakładającej na twarz użytkownika śmieszny filtr mały Oliver po raz pierwszy zdaje sobie sprawę z fizycznej obecności Larryego należy do bardziej udanych. Oczywiście emanacje cyber potwora  w miarę rozwoju fabuły stają się coraz intensywniejsze toteż wkrótce ową maszkarę zobaczymy w całej okazałości, a i jej czyny przestaną się ograniczać do zaznaczania obecności. Tu mogę Wam wskazać całkiem dobre ujęcie z pidżama party w domu Olivera kiedy to Larry szturmem rusza na Byrona, ‘kolegę’ bohatera. Moim top topem jest jednak scena z telewizorem. Jak na cyber zmorę przystało Larry używa technologii by porządnie wystraszyć Olivera i jego matkę. Złowrogi komunikat stworzony z telewizyjnych migawek robi kolosalne wrażenie.

Najsilniejszy przeraz tkwi jednak nie w tym co nadnaturalne, a w całkiem przyzimnym przesłaniu o samotności.Samotny jest oczywiście nasz poszukujący przyjaciela Larry, samotna jest jego ofiara, czyli Oliver, ale nie można też pominąć jego mamy. Sarah może budzić w Was ambiwalentne odczucia z racji swojego wyobrażenia o tym co jest dobre dla jej syna, ale mamy tu wszak do czynienia  z osobą wystawioną na społeczny ostracyzm z uwagi na przypadłość dziecka, która zmuszona jest borykać się z tym sama. Jej nieporadne dążenia do uleczenia dziecka mogą trącić niejakim absurdem zwłaszcza w kontekście paranormalnej warstwy jaka ingeruje w warstwę czysto dramatyczną: “Jeśli chcesz mieć przyjaciół nie możesz ich przygniatać meblami” o_O

Myślę, że to troskliwe pochylenie się nad sylwetkami bohaterów robi dużo dobrego na rzec odbioru filmu. Nie sposób nie przejąć się losem chłopca, który przynajmniej w moim przypadku stanowił deja vu dla postaci Dannyego Torrance’a.

Reasumując mamy całkiem niezły obraz. Niekoniecznie oryginalny, ale przyjemny dla oka i niegłupi film.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność: 5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10