Fresh (2022)

Noa jest młodą kobietą, która bezskutecznie przeszukuje aplikacje randkowe w poszukiwaniu chłopaka. Zamiast miłosnych uniesień częściej kończy się na uniesieniu brwi w poczuciu zażenowania i zdziwienia co też ostatecznie wypełzło z ekranu. Po jednej z nieudanych randek, podczas zakupów w markecie spotyka jednak kogoś, kto zdaje się pozytywnie wyróżniać. Steve ujmuje ją nieporadnym podrywem na winogrono to też godzi się z nim umówić. Chemia, porozumienie, wspólne doświadczenia popychają ją w jego ramiona. Romans rozkwita, a widz zastanawia się, gdzie ten thriller. Wtedy właśnie Noa trafia do ekskluzywnego domostwa na odludziu, którego właścicielem jest Steve. I tu zaczyna się właściwa akcja, bowiem czarujący chirurg z Teksasu ma niecodzienny sposób zarobkowania, a Noa jest jego nowym, świeżym towarem.
Debiutująca w pełnym metrażu reżyserka teledysków, choreografka i tancerka Mini Cave zabiera nas na ucztę. W menu kobiece ciało, wiotkie i uległe, zawsze świeże. Zagrywka jaką się tu posługuje skutecznie wiedzie na manowce. Wszystko zaczyna się jak lekka komedia romantyczna z parą sympatycznych bohaterów. Nie widzimy nawet wejściówki, tytułu, niczego, co mogłoby rozproszyć czar roztaczany przez rodzące się uczucie. Aż nagle odurzona księżniczka ląduje w lochu, a książę zmienia się w ropuchę. Nie tak miało być, a może właśnie tak? Bo oto rozpoczyna się jazda bez trzymanki, która skutecznie przytrzyma nas przed ekranem.


Fabuła posługuje się bardzo czytelną metaforą odnoszącą się do żarłocznego konsumpcjonizmu, oraz męskiej drapieżności, której ofiarą padają kobiety. Biorąc pod uwag motyw przewodni, o którym nie chciałabym walić wprost, nie spotkamy tu wyjątkowo szokujących scen przemocy. Największa masakra dzieje się poza kadrem każąc nam się domyślać jak dokładnie przebiega proceder. Widzimy natomiast efekty finalne działalności Stevena, co jest na swój sposób karmiące dla wyobraźni.
Film jest dobrze zagrany, castingowo wszystko się zgadza, a ja jako miłośniczka wszelkich aktorskich pojedynków jestem ukontentowana. Za kamerą stanął nasz rodak Paweł Pogorzelski, a jego zdjęcia w połączeniu z muzyką tworzą bardzo zgrabne widowisko. Jest tu sporo dynamiki i napięcia, którego scenariusz nie stara się sztucznie podkręcać głupotkami. Wszystko jest jak trzeba więc tym bardziej jestem zdziwiona, że dopiero teraz na niego trafiłam, bo jakoś cicho sza o nim.
Moja ocena:
Straszność: 1
Fabuła:7
Klimat:7
Napięcie:7
Zabawa:8
Zaskoczenie:6
Walory techniczne:8
Aktorstwo: 8
Oryginalność:7
To coś:7
66/100
W skali brutalności: 2/10
















