Archiwum autora: ilsa333

Do kogo się modlisz?

Saint Maud (2019)

Maud, młoda głęboko wierząca kobieta podejmuje się opieki nad terminalnie chorą Amandą, byłą tancerką i choreografką. Praca jest dla niej misją, misją, którą wyznaczył dla niej Bóg. Maud ma bowiem nie tylko ulżyć kobiecie w ostatnich chwilach życia, lecz skierować ją wprost do Boga.

Fanatyzm religijny jest jednym z częściej spotykanych motywów w kinie grozy. Nie bez powodu,bo  kwestie związane ze sferą duchowości to wręcz wymarzona furtka, którą można na arenę wprowadzić nienazwane i nieokreślone zagrożenia, byty, które nie powinny istnieć realnie.

Jeśli jednak spodziewacie się po seansie ze „Świętą Maud” wrażeń zbliżonych do tego co zwykły oferować horrory satanistyczne, czy mniej jednoznacznie zorientowane obrazy traktujące o wszelkiej maści kultach, to nie uświadczycie tu ani jednego ani drugiego. Nie mogę Wam nawet zaręczyć, że uznacie ten film za horror, bo sama jego twórczyni nie sygnuje go tym konkretny gatunkiem.

Jest to kino mocno psychologiczne, psychodeliczne gdzie obcować możecie z wykręconą wizją rzeczywistości jednak jest to rzeczywistość umowna, stworzona przez umysł bohaterki. Trudno jest mi orzec, czy jest to produkcja skierowana do fanów grozy, więc nie będę Was na siłę ciągnąć przed ekran, powiem Wam natomiast jakie wrażenie na mnie ów twór wywarł.

Do tytułowej Maud zapałałam niechęcią od pierwszej chwili. Z miejsca uruchomiły mi się diagnostyczne zapędy. Młoda dziewczyna, która żyje tylko w sferze duchowej, wszelkie uciechy życia doczesnego odpycha, w obawie, że te mogły by przysłonić jej to co najwartościowsze, czyli relacje  z Bogiem. Bóg, z którym Maud prowadzi długie rozmowy – tak słyszy jego głos, więc nie są to monologi – dostarcza jej każdego rodzaju zaspokojenia. Nie będzie to chyba nadużycie jeśli stwierdzę, że jest to relacja nacechowana dość erotycznie. Obserwując jej powiedzmy religijną ekstazę przypomniała mi się historia mnichów, którzy adorowali wizerunek najświętszej panienki aż do spustu.

Jej spotkanie z Amandą, kobietą nawet u kresu starającą się korzystać ze wszystkich możliwości jakie daje cielesność jest jak zderzenie ze ścianą. Maud zwierza się swojej podopiecznej ze swoich duchowych przeżyć, a ta przyjmuje je z aprobatą. Może to było tylko pełne zrozumienia politowanie, ale Maud dostrzega w tym zazdrość i sygnał, że w głębi siebie Amanda pragnie zjednoczyć się z Bogiem i w ostatnich chwilach życia doświadczyć tego czego jej opiekunka doświadcza na co dzień.

Ta chwila jest w zasadzie początkiem równi pochyłej. Maud zatraca się w swojej misji, gubi orientacje. Robi się coraz dziwniej i dziwniej, więc można rzec że przez większość filmu obcować będziemy z wciąż pompowanym balonikiem obłędu. Środki wyrazu użyte dla zaprezentowania stanu umysłu bohaterki przerastają oczekiwania jakie można rościć do przeciętnego kina grozy. Obrazy i muzyka, kolejne sekwencje iluzorycznych wrażeń i wreszcie to co ostateczne. Dla mnie ten film pokazuje, że duchowość nie może istnieć bez cielesności, niezależnie jak silnie będziemy sobie to wmawiać. Ciało nie jest świątynią, chyba że świątynią bólu. To w dużym stopniu zaawaluowana  krytyka religii chrześcijańskiej, której fundamentem i najwyższą wieżą jest ból i przemoc.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:7

67/100

W skali brutalności: 2/10

Co straszy w Polsce?

Nawiedzona Polska – Bernard Breszka

„Nawiedzona polska” to autorski projekt wydawniczy Bernarda Breszki, który postanowił zebrać zasłyszane w różnych rejonach naszego kraju opowieści z dreszczykiem. W przeszło dwudziestce króciutkich opowiadań zostały przywołane lokalne legendy o nawiedzonych miejscach, historie o duchach, klątwach i innych nadprzyrodzonych zjawiskach. Opowiadania przybierają bardzo konkretne formy, autor bawi się z czytelnikiem każąc mu wierzyć, że oto czyta relację naocznego świadka, lub wręcz uczestnika nadanego zdarzenia. W ten sposób odtwarza atmosferę nocnych spotkań przy ognisku w trakcie których mogliście posłyszeć podobne historyjki, podane w bardzo zbliżonej formie.

Autor nie sili się więc na wielką literaturę, jego opowiadania to coś pomiędzy straszną dobranocką, a creepy pastą. Język jest bardzo prosty, nie ma żadnych narracyjnych udziwnień. Każde z opowiadań zostało opatrzone komentarzem od autora, który zwraca uwagę na płynące z danej opowieści przesłanie, cel jej istnienia, czy okoliczności w jakich się zrodziła.

Określone zostały także lokalizacje, dzięki czemu wiemy w jakim regionie straszy dany stwór. Nie będę Wam rozbierać na części każdego z opowiadań, bo recenzja była by dłuższa niż sam zbiór- nie ma nawet stu stron – ale opowiem o tych, które najbardziej przypadły mi do gustu. Oczywiście wśród nich znajdziecie te z najbardziej dramatycznym kontekstem historycznym i te związane z ludowym folklorem, czyli to co tygryski lubią najbardziej.

„Bezpieczne miejsce” opowieść prosto z województwa świętokrzyskiego, traktuje o pewnym feralnym górskim schronisku. Nie ukrywam, że po lekturze opowiadani strasznie chciałabym je odwiedzić. „Chusta” to opowieść z Podkarpacia, podobnie jak „Bezpieczne miejsce” pobrzmiewają w niej echa wojny. Jest to mniej współczesna – co zdecydowanie odnotowuję na plus – opowieść o żołnierzu, który po powrocie w swoje rodzinne strony  spotyka na drodze… coś, nie powiem Wam co;). „Czerwona msza” podobnie dawne dzieje, tym razem rzecz o dziewczynie, która doświadcza niezwykłego w okolicznej kaplicy.

„Dwanaście uderzeń” obdarzyłam sentymentem ze względu na bliskość okolic, w których rozgrywa się akcja – nawiedzony komisariat w Konstancinie pod Warszawą. W „Kroplach” z Pomorskiego dostrzegłam duży potencjał, ale nie do końca wykorzystany, co jest bolączką sporej części w przywołanych tu opowieści. .Dolnośląska „Muzyka nocy”, to znowuż opowieść bazująca na powojennych traumach, nie tak mocna jak „Szafa”, która z całego zbioru podobała mi się najbardziej i zasługuje na specjalne wyróżnienie, ale różnie zaliczam ją do udanych. Ciekawie prezentuje się też „Redyk” czyli historia pewnego stracha na wróble towarzyszącego góralom w czasie wypasania owiec. „Szum” spowodował u mnie niemały szok, historia prosto z Warszawy, bazująca na legendzie o Warszawskiej syrence, oczywiście w stosownie grozowym klimacie – mój numer dwa jeśli chodzi o najlepsze opowiadania. „Trzynasta noc” prosto z Wielkopolski to bardzo klasyczna opowieść wampiryczna, toteż również przypadła mi do gustu.

Najmniej spodobały mi się historie na mode amerykańską, bardzo przypominające zaoceaniczne urban legend i to co zwykle możemy oglądać w zaoceanicznych straszakach. Jest ich sporo i choć rozumiem, pewne przenikanie się kultur, to wolałabym zmilczeć te hollywoodzkie fascynacje.

Podsumowując wyniosłam z tej książki sporo pozytywnych wrażeń, ale też nie szczędziłam autorowi uwag. Większość z nich zostawię już między nami, ale gwoli ostrzeżenia muszę Wam jako czytelnikom przedstawić najważniejszą z nich. Książka została wydana bez właściwej korekty i redakcji. To widać, co bardziej ortodoksyjni miłośnicy poprawności językowej będą zgrzytać zębami, ale i zwykły czytelnik zauważy potknięcia logiczne i inne błędy, bo jest ich nie mało. Na ten moment książka istnieje tylko w formie e-booka, jest widok na wydanie tradycyjne, a to jak sądzę, będzie już prezentować wyższy edytorski poziom. Bardzo doceniam samą inicjatywę, pomysł i odczuwalne w lekturze zamiłowanie do grozy.

Moja ocena: 6/10

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

Horror w czasach zarazy

Host (2020)

Grupa przyjaciół decyduje się na zorganizowanie seansu spirytystycznego łącząc się ze sobą przy pomocy komunikatora internetowego. Szybko okazuje się, że bariera cyberprzestrzeni nie stanowi żadnej ochrony przed złowrogim gościem.

„Host” to produkcja na miarę naszych czasów. Wiele się mówi o innowacyjnym podejściu, a nawet o przełomie w sposobie kręcenia w odniesieniu do filmu Roba Savage i przyjaciół. Umówmy się jednak, nie jest to pierwszy film, w którym oglądamy pulpitową rzeczywistość. Pierwszym był bodaj „Megan is missing„, którego fabułę przedstawiono za pomocą  wideo rozmów. Czysto pulpitowym found footage był już Den„, „Searching„.  Jednak tym co wyróżnia „Host” jest fakt, że film zrealizowano całkowicie w trybie online. Aktorzy nie spotkali się na planie, nie stworzono ułudy akcji osadzonej przed monitorem komputera, oni faktycznie w ten sposób zrealizowali cały projekt.

Film nakręcono w czasie głębokiego lock doown’u, kiedy przemieszczenie się do studia, czy spotkanie na żywo było niemożliwe. Obserwujemy więc aktorów, zdanych tylko na siebie, którzy sami muszą zadbać o to by obraz, dźwięk i oświetlenie było okej. To po prostu pierwszy 'zdalny' horror. W kwestii kreatywności należy oddać oddać twórcom sprawiedliwość.

„Host” powstał w odpowiedzi na potrzebę chwili. Doskonale oddaje społeczne nastoje związane z sytuacją pandemii. Można wręcz powiedzieć, wykorzystuje sytuację przymusowej izolacji by zwiększyć poczucie zagrożenia, zagrożenia we własnym domu, z którego nie można uciec. Nikt nie przyjdzie z pomocą, a przyjaciele są tylko obrazem na pulpicie komputera.  Pod tym względem – strzał w dziesiątkę, jednak czy jest to tak zwyczajnie i po ludzku dobry horror, który warto polecić. W tej kwestii nie mogę być tak stanowczo po stronie twórców.

Filmowa narracja jest dość chaotyczna, tak naprawdę nie wiemy co jest wstępem, co jest właściwą akcją, co jej punktem kulminacyjnym i zakończeniem. Zabrakło tu budowania napięcia, subtelnych sygnałów ostrzegawczych i wyraźniejszego zaznaczenia, że oto mamy tu historię do opowiedziana. Wszystko po prostu się dzieje, tak spontanicznie jak to tylko możliwe.

Dla miłośników stopniowo budowanej atmosfery grozy będzie to zagranie nonsensowne, ale poszukiwacze szybkich i gwałtownych rozgrywek powinni być zadowoleni. Dodatkowo jeśli obejrzycie film na laptopie łatwiej będzie Wam wkręcić się w atmosferę zoom’owego spotkania, jakbyście sami byli jego uczestnikami. Jak dla mnie z korzyścią dla odbioru byłoby gdyby nieco go rozwinąć, poświęcić więcej niż tą niespełna godzinę i dodać więcej elementów z rodzaju desperackiej ucieczki jednej z uczestniczek seansu.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła: 6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

To coś:6

58/100

W skali brutalności: 2/10

Spirala zła

Spiral/Spirala (2019)

Aron wraz z nastoletnią córką Kaylą i partnerem Malikiem przeprowadzają się do uroczej mieściny gdzie jak szybko się okazuje są jedynymi otwarcie nieheteroseksualnymi obywatelami. O ile Aron doskonale czuje się w nowym miejscu o tyle Malik podejrzliwie przygląda się sąsiedztwu i wypatruje kolejnych przesłanek, które świadczyły by o zagrożeniu.

„Spirala” jest jednym z lepiej ocenianych horrorów jakie wyszyły w ubiegłym roku.Osobiście dopiero teraz miałam okazję go zobaczyć, ale jak to mówią, co się odwlecze to nie uciecze.

Jest to kolejny reprezentant horrorów nowej fali. Film skupiony na powolnym budowaniu nastroju i snuciu opowieści gdzie nie mamy do czynienia z grozą dosłowną, taką którą ucieleśnia komputerowo wygenerowana emanacja. Zamiast tego mamy horror silnie zakotwiczony w warstwie dramatycznej i to właśnie z niej rodzi się wszelki przestrach.

Kluczowym elementem fabuły jest kontekst społeczny i psychologiczny. Mamy do czynienia z parą gejów, z czego jeden ma za sobą małżeństwo z kobietą, a nawet potomstwo w osobie nastoletniej dziewczyny. Widać, że Aron jest pozytywnie nastawiony do swojego coming outu i nie spodziewa się ostracyzmu. Malik, który mógł dostawać po głowie nie tylko ze względu na orientacje ale i na kolor skóry ma skrajnie odmienne podejście.Ma też za sobą mocno traumatyczne doświadczenie. To wszystko jest dobrym przyczółkiem dla wprowadzenia elementu paranoid thrillera.

Tak się składa, że to właśnie Malik dostrzega pierwszą niepokojącą rzecz jaka dzieje się w sąsiedztwie. Jest świadkiem czegoś, co można nazwać obrzędem, czy rytuałem. Aron oczywiście nie daje wiary w interpretację Malika. Naturalną koleją rzeczy będzie wprowadzenie kolejnych dowodów świadczących albo o obłędzie Malika, albo o faktycznym zagrożeniu.

Fabuła jest skonstruowana w taki sposób, że mimo tej konsekwentności zaskakuje i mamy do czynienia z naprawdę spektakularnym finałem. Dużo niepokoju, niejasności, podskórnych przeczuć i wreszcie pointa, która przerasta wyobrażenia widza. Świetnie zbudowany klimat i zogniskowane napięcie, dobrze opakowane, pytanie tylko czy znajdzie właściwego adresata? Do mnie produkcja jak najbardziej trafiła i wcale nie domagam się od niej niczego więcej.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności: 1/10

Duchy poza czasem

Kobieta w czerni, Rączka – Susan Hill

W najnowszym wydaniu powieści Susan Hill zgodnie z tym co mówiłam Wam w zapowiedzi otrzymacie nie jedną, a dwie powieści autorki, bowiem do „Kobiety w czerni” dołączy „Rączka”. Przyznam, że tej drugiej nie było mi dane wcześniej poznać toteż od niej zacznę.

Antykwariusz Adam Snow w drodze powrotnej od klienta zboczywszy z głównej drogi natrafia na stare domostwo. Okazały Biały Dom z dużym, ale zaniedbanym ogrodem. Aura miejsca przyprawia antykwariusza o dreszcze tym bardziej, że stojąc u drzwi domu odczuwa czyjąś obecność w sposób wręcz namacalny. Mała, dziecięca rączka wślizguje się w jego dłoń. Zarówno sama rączka jak i jej właściciel są dla Adama niewidzialnymi. Wrażenie jakie robi na nim ten incydent popycha go do rozpoczęcia śledztwa i zbadania historii opuszczonej posesji, którą nazwał Białym Domem.

Pierwszą zasadniczą różnica pomiędzy znacznie popularniejszą „Kobieta w czerni” a „Rączką” jest czas akcji. Tu Was zaskoczę, bo po lekturze szlagierowej powieści autorki mogliście sobie wyrobić przekonanie, że dzieło to powstało gdzieś na przełomie XIX i XX wieku, bo ducha owych czasów doskonale oddaje. Nic bardziej mylnego, o ile „Kobieta w czerni” to jeszcze druga połowa XX wieku to „Rączka” powstała w 2010. Zdziwieni? 

Akcja „Rączki” osadzona jest w czasach współczesnych, internet, telefony komórkowe etc. Nie znaczy to jednak, że nie będziecie mieć tu okazji zatopić się w starowiktoriańskim klimacie gotyku. Na angielskiej prowincji czas jakby się zatrzymał, sam bohater zagłębiając się w historię Białego Domu sięga coraz dalej w przeszłość, zaś obraz opisywanych zjawisk nadnaturalnych nie różni się od tych mających swoje miejsce, czy to w XIX, czy w początkach XX wieku. Duchy Susan Hill nie idą z duchem czasu;)

Nie spodziewajcie się tu nadmiernie wyeksponowanych emanacji. Jest tylko uścisk małej zimnej rączki, który sprowadza na bohatera przekonanie o własnym szaleństwie, czy też zmusza do okazania wiary w to co nadnaturalne. Mnie to przekonało, choć początkowo sceptycznie nastawiałam się do tego jak autorka sportretuje całe zjawisko osadziwszy je we współczesnych ramach. Finalny efekt jestem gotowa odebrać jako metaforę. Świat pozamaterialny nie zna pojęcia czasu.

Czy „Rączka” spodobała mi się bardziej niż „Kobieta w czarni”? Tak daleko bym nie poszła. Uważam, że poziom jest wyrównany.

„Kobietę w czerni” jak już wspomniałam przy okazji zapowiedzi, miałam już okazję czytać. Ba, widziałam też ekranizację, remake ekranizacji, albo readaptację jak kto woli, oraz jej sequel. Zainteresowanych kwestiami różnic pomiędzy wersją filmową a literackim oryginałem mogę uspokoić. Z żadnej strony nie spotka Was rozczarowanie, choć różnicie między kolejnymi wariacjami na temat „Kobiety w czerni” są duże.

Powieść wspaniale buduje klimat i to jest jej główna zaleta. Autorka nie szczędzi przestrzeni na opisanie tła wydarzeń malując przed oczami czytelnika obraz Wężowych Moczar, do których przybywa nie świadomy ich złowrogiej atmosfery młody notariusz Arthur Kipps. Całkowicie podążamy się w nastrojowości dawnej Anglii, tym razem nawet jedną stopą nie sięgając czasów współczesnych.

Groza ma tu kilka źródeł. Problemem jest już sama lokalizacja nawiedzonego domostwa. Przybywając na miejsce Arthur jest całkowicie uzależniony od przypływów i odpływów, nie ma łatwej drogi ucieczki z moczar. Rola największego postrachu przypada widmowej kobiecie, którą bohater spotka parokrotnie, ta zdaje się go obserwować, milcząco przygląda się jego poczynaniom i można sądzić się, że czegoś od Artura chce. Pojawiają się też inne zjawiska. Mocno zogniskowana grozę mamy w scenie Arturowego pomieszania, jego błądzenia w gęstej mgle gdzie na własne uszy słyszy rozgrywająca się gdzieś poza jego obszarem widzenia tragedię. Upiornym dźwiękom wypadku towarzyszy przekonanie o niemocy zapobiegnięcia temu. Oczywiście obcujemy tu z szeregiem bardziej subtelnych i nieśmiałych sygnałów z zaświatów. Wreszcie mamy obraz psychologicznego ciężaru jaki spada na Artura. Zaczyna on bowiem odczuwać emocje niejako przeprojektowane na niego przez ducha domu. Możemy tu mówić nawet o czyś w rodzaju opętania. Wszystko to tworzy całość, niemal poetycki pejzaż grozy, w którym możemy zatopić się bez trudu.

Co mogę zarzucić obydwu powieściom, bo pewne wady są wspólne zarówno dla „Rączki” i „Kobiety w czerni”, to swego rodzaju fabularne niedbałości. Pewne wątki, mam tu na myśli szczególnie te odwołujące się do biografii, nazwijmy ich antagonistami, zostały w mojej ocenie potraktowane zbyt pobieżnie, dodatkowo nie uświadczymy tu większej innowacji, czy oryginalności. Wszystko na tyle mocno trzyma się prawideł gatunku przez co staje się dość łatwe do przewidzenia.

Jakkolwiek sami ocenicie twórczość Susan Hill warto mieć na uwadze, że obcowanie z jej powieściami to rzadko spotykana okazja by we współczesnej literaturze przywołać ducha grozy klasycznej i niesłusznie zapomnianej.

Moja ocena: 7+/10

Dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka