Archiwum autora: ilsa333

Dom na końcu świata

The Crescent /Półksiężyc (2017)

Owdowiała Beth zabiera dwuletniego synka Lowena do domu letniskowego swojej matki położonego tuż nad samym morzem. Jak sama tłumaczy dziecku, tu kończy się świat. Kobieta oddaje się artystycznej pasji i opiece nad synkiem, niestety pobyt daleki jest od sielskich wakacji. Niedawna tragedia odcisnęła silne piętno na psychice Beth, a i wytłumaczenie dwulatkowi zniknięcia ojca nie jest łatwym zadaniem. W tym wszystkim pojawiają się jeszcze zdarzenia, o których można myśleć jako o tajemniczych i niewyjaśnionych.

Tytuł „Półksiężyc” odnosi się bezpośrednio do nazwy posiadłości, w której kilka dziwnych dni spędzą nasi bohaterzy. Dziwna nazwa, dla dziwnego domu i nie chodzi tylko o jego dziwność architektoniczną, raczej o to czego można tam doświadczyć.

Jest to jeden z tych obrazów celujących w uczuciowość widza. Emocje jakie odczuwają bohaterzy mają znaleźć odzwierciedlenie we wrażeniach widza. Nie będzie więc specjalnie rozrywkowo, nie nastawiajcie się.

Powolna, wręcz senna narracja sprzyja wglądowi i kontemplacji. Nie spotkacie tu ujęć nastawionych na wystraszenie widza, bo to czego boi się nasza bohaterka to to, czego nie widać. Zasada stara jak świat, a jednak kino jako sztuka wizualna musi wszystko pokazywać. Jeśli mamy mieć ducha, to trzeba go zobaczyć. Tu go nie zobaczycie. To znaczy…no coś zobaczycie, ale czy to duch? Cały ambaras w tym, że rzeczywistość jaką kreuje owa produkcja jest dość mglista, rozmyta i niejednoznaczna. Liczą się odczucia, wrażenia, przeczucia i niepokój. Nie strach, nie groza, a niepokój. Stąd już tylko rzut beretem od utajonego podskórnego lęku, który ciężko zdefiniować.

Nie będę ukrywać, że lubię takie zagrania, to coś zdecydowanie dla mnie. I o ile przez lwią część filmu nie mamy bladego pojęcia o co tak naprawdę chodzi to jego finał wyjaśnia wszystko. A jakby Wam było mało to jest jeszcze epilog, na potwierdzenie.

Czy ta zagadka jest oryginalna? Nie. Czy sposób jej przeprowadzenia jest oryginalny? Tu już jestem bardziej skłonna do zgody. Mnie to zadowoliło, mnie to kupiło.

Technicznie mimo relatywnie niewielkiego budżetu film prezentuje się bardzo dobrze. Ogromny plus za udźwiękowienie, soundtrack i wszelkie wrażenia słuchowe. Jeszcze większy plus za wybór miejsca akcji. Nie wiem, czemu filmowcy tak rzadko stawiają na nadmorskie krajobrazy jako przestrzeń do zbudowania fabuły filmu grozy. Tymczasem jest coś krańcowo niepokojącego w ujęciach ciemnych fal, pustej plaży, suchych traw czesanych wiatrem. Seth Smith w pełni to wykorzystał, niemal każdy kadr przygnębia i niepokoi.

Co jeszcze wykorzystał? A wykorzystał swojego synka. W roli dziecka Beth zobaczymy nikogo innego jak syna twórcy. I ten dzieciak jest wybitny. Jeśli możemy mówić o jakimkolwiek warsztacie u dwulatka to to dziecko czuje się na planie jak ryba w wodzie. Wieść gminna niesie, że Lowen był najważniejszą osobą w ekipie i to on wytyczał rytm prac. No cóż, poświecenie się opłaciło, młody czaruje z ekranu. 

Nie jest to zdecydowanie film, który spodoba się wszystkim Nie przypadnie go gustu osobom oczekującym wartkiej akcji, zdecydowanych rozwiązań fabularnych i kinowego przepychu. Jest skromnie, cicho, onirycznie.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa: 6

Zaskoczenie:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności: 1/10

To o czym zapominam

Ostatni dom na zapomnianej ulicy – Catriona Ward

Na ulicy Mgielnej, tuż przy lesie stoi dom, w tym domu mieszka Ted. Samotny facet w średnim wieku, bezrobotny, otyły i zaniedbany. Lubi zwierzęta, ale nie przepada za ludźmi. Ma problemy psychiczne, często traci przytomność umysłu. Łyka psychotropy i popija je alkoholem. Tajemnic jakie kryje jego dom strzegą zabite dyktą szyby i nadnaturalna ostrożność właściciela. Jedenaście lat temu nad jeziorem w okolicy domu Teda zniknęła dziewczynka, „Dziewczynka z lodem na patyku”, której nigdy nie odnaleziono. Z resztą nie tylko ona zniknęła w okolicy „Ostatniego domu na zapomnianej ulicy”…

Brzmi to jak wypisz wymaluj typowy, sztampowy psychothriller o seryjnym mordercy. I tak ma brzmieć, ma brzmieć tak po to, żebyście pogubili klapki, gdy okaże się czym w rzeczywistości jest ta historia.

Moi Drodzy, mamy poważnego kandydata do roli najlepszego dreszczowca roku. Książka cieszyła się ogromną popularnością jeszcze przed premierą i o ile tak rozkręcona machina promocji częściej mnie zniechęca niż zachęca do lektury to w przypadku „Ostatniego….” nie mogłam odpuścić. Nie mogłam z powodu kota. Wyobraźcie sobie lepszego obserwatora upiornej rzeczywistości niż kot? Narracja z punktu widzenia kota? Wreszcie ktoś skorzystał z potencjału takiego bohatera, nie ograniczając jego roli do cichego przemykania pałacowymi korytarzami tego, czy innego nawiedzonego domu. Poe byłby dumny, Lovecraft byłby zachwycony. Biorę!

Kotka Oliwia o lesbijskich ciągotach, o czarnym futerku z białym krawatem ma swój pierwowzór w kotce autorki, towarzyszce jej dzieciństwa. Stąd też tak wiarygodnie brzmi jej narracja. A wiarygodna musi być, w przeciwnym razie wszystko runie.

Głos ma też Ted, nasz kandydat na podręcznikowego mordercę. Ogromną sztuką jest stworzyć bohatera/antybohatera, który jednocześnie będzie nam się jawił jako potwór, w którego potworność wierzymy, z drugiej budzi współczucie i wcale nie dlatego, że jest człekiem atrakcyjnym, czy fascynującym i skoczylibyśmy z nim na drinka.

Są też inne głosy, inne postacie. Ich narracje przeplatają się tworząc wielogłos, kakofonie i pajęczynę wątków i podejrzeń. Catriona Ward jest mistrzynią niedomówień. Nie sztuką jest zrobić czytelnika w balona, zmieniając całe założenie na finiszu, sztuką jest stworzenie takiej perspektywy, takiej iluzji rzeczywistości w której  jednocześnie pokazuje się czytelnikowi pewien obraz i w tym samym czasie zawiązuje mu przepaskę na oczach.

Nie mogę powiedzieć, bym nie odgadła tego i owego. SPOILER: Po scenie w centrum handlowym już byłam pewna, że Lauren nie istnieje, że jest projekcją umysłu Teda. Ale nie sądziłam, że Oliwia też. Być może nie chciałam wierzyć, że Ted jest całkowicie samotny, chciałam mu dać choć tego kota. KONIEC SPOILERA. Nie mniej jednak nadal z zachwytem podziwiam sposób w jaki autorka snuje swoją opowieść. Ward nie tylko chwyciła się ciapowatego tematu, ale tez widziała co z nim zrobić. Podeszła do niego bez naiwności, odrzuciła stereotypy i poszła własną (kocią) ścieżką. Tak jestem zachwycona, poruszona, zasmucona i rozbita. Chcę więcej takich powieści, a że Ward ma w swoim dorobku dwa wcześniejsze tytuły – gotyckie powieści grozy- to z tego miejsca domagam się ich polskiego przekładu.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję Czwarta Strona

Całkiem inny James Wan

Malignant/ Wcielenie (2021)

Młoda kobieta Madison po kolejnej domowej awanturze doznaje urazu głowy, który funduje jej ukochany. Od tamtej pory zaczynają nawiedzać ją upiorne wizje w których świadkuje scenom mordów. Co więcej za każdym razem okazuje się, że do owych zbrodni doszło naprawdę w realnym świecie. Stan psychiczny kobiety pogarsza się, a jej opowieściami zaczyna interesować się policja.

„Wcielenie”, najnowszy film j=Jamesa Wan’a miał być sposobem na odcięcie się od formuły ghost story, czyli tego, z czego jest głównie znany i z czym kojarzony. Tym razem 'facet od „Obecności” stawia na horror tak daleki od estetyki nastrojówek, że tylko po pojedynczych kadrach pojawiających się w pierwszej partii filmu możemy rozpoznać w nim jego reżyserskie rzemiosło. (Patrzcie, scena przed telewizorem) Później zaczyna się jazda i jest to jazda jakiej nie powstydziliby się twórcy kina superbohaterskiego, bo z dobrodziejstwa technologii komputerowej nasz twórca korzysta bez zahamowań. Gdyby można było mnie tym kupić, to byłabym kupiona.

Co innego jednak bardziej zwraca moją uwagę. bardziej niż te plazmowe ściany i topniejące sufity. Ano, łatwo się we „Wcieleniu” dopatrzeć całego szeregu odwołań do stylu włoskiego kina lat ’70. No, tu musicie być  w opór zaskoczeni, bo jeśli James Wan zupełnie do czegoś nie przystawał to właśnie do giallo.

Tymczasem widzimy szereg ujęć poświęconym ekspozycji narzędzia zbrodni – a jakże jaskrawo złotawego ostrza, antagonistę skrytego pod płaszczem i wreszcie całą możliwą do zmieszczenia na ekranie teatralność i krzykliwość scen śmierci. Protagonistów także skrojono na miarę starego giallo. Trochę banału, trochę melodramatu, obowiązkowe zacięcie komediowe odzwierciedlone w sylwetkach pary dochodzeniowców, którzy do niczego nie dochodzą – radź sobie człowieku sam, tylko daj numer do siostry, bo fajna dupa;)

Fabuła oferuje widzowi dość ciekawy, ale nie wiem czy oryginalny plot twist związany z historią głównej bohaterki. Tu znowu mamy jazdę po bandzie, bo o ile motyw ten widzieliśmy już u Króla, widzieliśmy też w takim jednym filmie z serii Master of Horror- a tytułu Wam nie podam, bo byłby spoiler, to nie widzieliśmy go w tak rozdmuchanej efektami formie. Serio, scena w areszcie to istny „Old Boy” – załatwiam wszystkich skurwieli na jednym wdechu. Same sceny demaskacji antybohatera to istny kosmos i popis pojebaństwa. No, ja się zohydziłam, body horror jak nic.

Polotu niestety zabrakło na poziomie emocjonalno-motywacyjnym, bo generalnie całość wypada dość płytko i trudno tu o dramaturgię, która zostałby potraktowana przez widza na sto procent serio. Kino raczej rozrywkowe, raczej zabawowe. Wan wrócił do krainy dzieciństwa, gdzie mógł pobawić się wszystkimi tymi zabawkami, na które nie było stać jego starych. I fajnie, niech ma chłopak coś od życia, nie tylko te katolickie gusła mało zabawne;)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne: 6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:7

61/100

W skali brutalności: 3/10

Zaklęte zamczysko

W nawiedzonym zamczysku – Jan Łada

Wołyń, rok 1633. Kazimierz  jest prawnukiem niesławnego wojewody Hrehora Miśniakowskiego. Hania z kolei pochodzi z rodu Turobojskich. Konflikt ciągnący się od pokoleń nie sprzyja temu co rodzi się między dwojgiem młodych ludzi. Swoista klątwa, czy inne przekleństwo? A od wschodu nadciągają kozacy…

Ksiądz Jan Gnatowski, bo to właśnie jego osoba kryje się pod pseudonimem Jan Łada był temperamentnym publicystą, charyzmatycznym kaznodzieją, ale także twórcą i to nie byle jakim, bo jego książki możemy kategoryzować jako utwory z pogranicza powieści historycznej i powieści fantasty. Taki polski Martin przełomu XIX i XX wieku tylko, że w sutannie zamiast kaszkietu;)

Jego powieści cieszyły się ogromną popularnością do czasu, gdy cenzura PRL postanowiła pogrzebać jego spuściznę. Pierwotnie „W nawiedzonym zamczysku” nosił tytuł „W zaklętym zamczysku” i chyba ten pierwszy tytuł bardziej pasuje do tego co spotkamy na karach powieści. Magia i klątwy owszem, ale duchów i nawiedzeń jak na lekarstwo. Może powinnam być rozczarowana, ale wcale nie jestem.

Mimo, że motorem napędowym głównej osi fabuły jest wątek, który najmniej mnie interesował, żeby nie powiedzieć, że irytował, to całość oceniam wysoko, a nawet jeszcze wyżej.

Można powiedzieć, że „W nawiedzonym zamczysku” to taki prequel do sienkiewiczowskiego „Ogniem i mieczem”, a więc jest to powieść z pod znaku kontusza i szabli, czy tam szpady;) Język nieco archaiczny, ale po to w liceum czytało się „Potop” żeby teraz docenić starania współczesnego wydawcy, który zadbał o lekki szlif i uwspółcześnienie. Tempo akcji jest niemal sensacyjne, a narracja niemal filmowa. Nikt się nudzić nie powinien. Szlacheckie rody, waśnie i najeźdźcy ze wschodu. Bohuna nie ma, ale też jest ciekawie.

Główny wątek to oczywiście nieszczęśliwa miłość, a że ksiądz o miłości pojęcia miał chyba średnie, to wyszły z tego popłuczyny. Rycerski Kazimierz i jego cnotliwa oblubienica zawsze dziewica. On wzdycha, ona mdleje i tak się ta ich relacja kręci.

Dużo ciekawiej jest na dalszym planie. Moją szczególną uwagę przykuła Motra, również nieszczęśliwie zakochana, również – a jakże – w Kazimierzu. Niestety facet mający do wyboru lalkę barbie nie wybierze laleczki Voodoo, a musicie wiedzieć, że Morta cieszyła się w okolicy sławą czarownicy. Magiczna postać, nad którą niemal uroniłam łzę. Podobnie do gustu przypadła mi kreacja Walka wariata.

Wojna i miłość, a gdzie mistycyzm i magia? Głównie w części pierwszej noszącej znaczący tytuł „Noc kupały”. Jest folklor, dawne pogańskie wierzenia, obrzędy i legendy o wilkołakach i upiorach. Jest klimat. Oczywiście te wątki pojawiają się też później, ale tu mamy ich największy urodzaj. Za to na końcu doczekamy się ducha.

Bardzo się cieszę, że powieść udało się wznowić i miałam okazję się z nią zapoznać. Klasyka warta docenienia.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Nuklearna rodzinka

Der Bunker/ Bunkier (2015)

Młody naukowiec celem ukończenia swojej pracy nad Bozonem Higgsa decyduje się na wynajęcie pokoju na odludziu, gdzie nikt nie będzie miał szansy by zakłócić twórczy proces. Skromny budżet kieruje go do lokum oferowanego przez pewnych małżonków. Tak student wprowadza się do bunkra. Obcując codziennie z osobliwymi personami właścicieli przygląda się kolejnym dziwactwom. W końcu zostaje wrobiony w rolę nauczyciela dla ich syna i tu szczyt absurdu zostaje osiągnięty.

O tej, nie da się ukryć ciekawej produkcji przypomniała mi znajoma z bookstagrama.

Miałam już okazję oglądać „Der Bunker”, ale z jakiś przyczyn nie skończyło się to wówczas recenzją. Najpewniej poszło o przynależność gatunkową, bo produkcja Nikiasa Chryssosa klasyfikowana jest jako komedia i dramat. Nie trudno jednak doszukać się w niej przymiotów właściwym thrillerowi, czy nawet grozie psychologicznej.

„Der Bunker” to bowiem teatr absurdów, poziom groteski, nieadekwatności i surrealizmu w jakim żyją rodzice 'małego’ Klausa przekracza próg normalności w takim stopniu, że możemy tu mówić o skoku w szaleństwo, skoku na główkę. Właściciele tytułowego bunkra są zdrowo pomyleni, a i Student wchodzący w coraz bardziej abstrakcyjne role zdaje się wcale nie być od nich zdrowszy. Mały Klaus podający się za ośmiolatka i karmiony piersią przez matkę rodzicielkę to bagatela chłop przynajmniej 30 letni, który nigdy nie opuszcza rodzinnego domu. Studentowi zostaje powierzona rola jego nauczyciela. Student uczy więc Klausa stolic, bo wiedza ta mu zagwarantować w przyszłości posadę prezydenta. Oboje zmanierowanych rodziców wierzy w to gorąco. To dopiero początek, bo im dalej tym dziwniej, za chwilę dowiecie się, że można gadać z raną w nodze.

Wszystko dosłownie wszystko, od kreacji bohaterów, po scenografię i najmniejsze rekwizyty przedstawione tu zostaje w taki sposób że w większym stopniu budzi niepokój niż rozbawienie. Dla mnie to takie bizzaro fiction w wersji filmowej.  Seans z tym filmem to jak wycieczka do gabinetu osobliwości. Zdecydowanie nie będzie frajdą dla wszystkich.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie: 6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 7

To coś: 7

62/100

W skali brutalności: 1/10