Archiwum autora: ilsa333

Nadużycie

Violation (2020)

Miriam przechodzi kryzys w związku ze swoim partnerem Calebem toteż chętnie korzysta z oferty zmiany otoczenia i tym samym trafia do domu swojej siostry Grety i jej męża Dylana, którzy żyją w domu pośród leśnej głuszy. Wyjazd nie wpływa pozytywnie na relacje kobiety w partnerem, zamiast zbliżyć się do niego Miriam szuka pociechy u siostry. Ich relacja nie należy jednak do najlepszych toteż wieczór przy ognisku Miriam spędza sam na sam ze swoim szwagrem. On jeden wydaje się rozumieć jej rozterki. Finalnie dochodzi jednak do incydentu który wpędza Miriam w jeszcze gorsze samopoczucie. Poczcie krzywdy dojrzewa w niej kiełkując ogromną chęcią zemsty.

„Nadużycie” bo tak chyba można tłumaczyć wprost tytuł filmu to produkcja z pogranicza kina exploration i dramatu psychologicznego. Mamy więc połączenie brutalności z dramatycznym kontekstem psychologicznym sytuacji.

Film stoi w niejakim rozkroku pomiędzy gatunkami i widać w nim dużą ambicję by stać się czymś więcej niż typowi reprezentanci gatunku. Początek seansu daje nam sygnał, że będziemy mieć tu do czynienia nie tyle z kinem rozrywkowym co bardziej artystycznym. W pewnym jednak momencie nieoczekiwany cios w kark- wcale nie metaforyczny – przenosi nas do rzeczywistości, niewiele mającej wspólnego z uduchowieniem i artyzmem. Nie powiem bym nie była tym obrotem spraw zaskoczona.

Dodatkowo nie mamy tu możliwości prostego liniowego śledzenia filmowych wydarzeń. Retrospekcje przeplatają się z bieżącymi wydarzeniami, tak byśmy nie od razu mogli przypisać przedstawionej sytuacji szerszy kontekst, uzasadnić cokolwiek dziwne zachowanie głównej bohaterki. Sztuczny penis będzie tu ledwie pierwszym z serii osobliwych widoków, a im dalej w las tym więcej grzybów.

Wachlarz odczuć jakie mogą towarzyszyć widzowi w czasie seansu nie pozwalają na jasne określenie reżyserskich zamiarów. Z jednej strony mamy jasny podział na ofiarę i oprawce, z drugiej odwrócenie owej roli, aż wreszcie rozszerzenie perspektywy, które ostatecznie nie pozwala na kategoryczną ocenę głównego motoru napędowego filmowych wydarzeń. Technicznie film bardzo zgrabny, stojący dobrym aktorstwem. Myślę, że mimo pewnych nie niedociągnięć, wynikających z braku doświadczenia twórców, ma szansę spodobać się szerszej publice.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś: 6

62/100

W skali brutalności: 3/10

By się dobrze bawić trzeba kogoś zabić

Zabawmy się u Adamsów – Mendal W. Johnson

Ameryka lat ’70. W małej miejscowości w stanie Maryland mieszka rodzina Adamsów, małżeństwo z dwójką dzieci. Adamsowie udając się w wymarzoną podróż po Europie postawiają pozostawić dzieciaki pod opieką młodej, ale odpowiedzialnej studentki pedagogiki Barbary Miller. Kobieta nawiązuje z dziećmi dobrą relację więc nic nie zapowiada tragedii, do której wkrótce dojdzie. Barbara zostaje bowiem więźniem dziewięcioletniej Cindy, trzynastoletniego Bobby’ego i ich kolegów z sąsiedztwa siedemnastoletniej Dianne, trzynastoletniego Paula i szesnastoletniego Randalla.

Już wspominając o tej powieści na ig zaznaczyłam, że jest to książka w stylu Jacka Ketchuma. Ci, którzy znają autora powinni kojarzyć jego najgłośniejszą powieść, czyli „Dziewczynę z sąsiedztwa” będącą sfabularyzowaną historią tragedii jaka w latach ’60 spotkała Sylvie Likens.

„Zabawmy się u Adamsów” bez wątpienia ją przypomina, choć w komentarzu do powieści Grady’ego Hendrixa nie mamy nawet wzmianki o tej dziewczynie. Grady jako źródło inspiracji autora wskazuje „Władce much” i wcale nie jest to głupi trop, ale w moim przypadku skojarzenia z historią Sylvii było dużo mocniejsze. Jakkolwiek było faktycznie mamy tu do czynienia z powieścią, którą spokojnie można zaliczyć do podgatunku splatterpunku, czyli rodzaju horroru, który choć brutalny nie idzie w absurd ekstremy, ale kładzie nacisk na realizm. To nie jest gatunek dla wrażliwych miłośników subtelnego klimatu grozy.

Mogę Wam jednak powiedzieć, że w moim akurat przypadku pod względem wrażeń „Dziewczyna z sąsiedztwa” zostawia w tyle „Zabawmy się u Adamsów”. Początkowo ciężko było mi wskazać przyczynę takiego stanu rzeczy, ale im dłużej myślę o tej powieści tym klarowniejszy staje się jej obraz w mojej głowie.

Teoretycznie fakt iż w „Zabawmy się u Adamsów” w ogromnej mierze skupia się na perspektywie ofiary, czyli torturowanej Barbary powinien sprawiać, że obraz jej tragedii silniej zachodzi za skórę. Teoretycznie, bo nie mamy tu jednak narracji pierwszoosobowej, a ta wydaje mi się być kluczowa jeśli miałabym ocenić siłę oddziaływania przekazu treści. W „Dziewczynie z sąsiedztwa” z taką narracją mamy do czynienia, jednak nie jest to narracja ofiary, a oprawcy – choć może oprawca w przypadku tego akurat chłopca nie jest najwłaściwszym określeniem, ale znalazł się on jednak w pozycji osoby, która przyczyniła się do tego co spotkało tytułową bohaterkę.

Drugą rzeczą jaka przychodzi mi do głowy jest swego rodzaju rozmycie relacji z opisanych wydarzeń poprzez nagminne wtrącenia natury refleksyjnej. U Ketchuma mamy konkret, brutalny w swojej surowości, zaś Johnson teoretycznie skupia się na czym innym. Skala tego czego doświadcza Barbara, wydaje się może nie tyle mniejsza co właśnie rozmyta. Ale oczywiście jest to moje subiektywne odczucie. Sygnalizuję je z uwagi na obecność czytelników, którzy deklarowali, że po lekturze „Dziewczyny z sąsiedztwa” nie tkną więcej tego rodzaju powieści. Myślę po prostu, że po lekturze Ketchuma „Zabawmy się u Adamsów” jest 'do przeżycia;)

Nie zmienia to jednak faktu, że mamy tu do czynienia z obrazem zła w czystej postaci. Zła, które nie ma początku, ani kierunku, ono po prostu pojawia się, bo może. Pamiętam takie słowa: „W świecie w którym wszystko jest możliwe, najbardziej możliwe jest zło” i to jest kredo tej historii. Zło po prostu istnieje. Wśród wielu opinii na temat tej książki słyszałam zarzut braku celowości w działaniu antybohaterów, brak przyczyny ich zepsucia. Przecież to nie były dzieci pochodzące z patologii, ani naznaczone traumą. Warto pamiętać o tym że 'Wolna Piątka' bo tak nazywały siebie dzieciaki całą sytuację postrzegały w kategorii zabawy. Czegoś co robi się na niby i nie może pociągać prawdziwych konsekwencji. Dziecięce postrzeganie świata i fakt, że byli w tym razem, a siła grupy wspierała społeczny dowód słuszności pozwalała im tym bardziej odsuwać od siebie myśl o karze. Moralne dylematy ich nie dotyczyły. Te dzieciaki serio uważały, że Barbarze wcale nie dzieje się wielka krzywda, a zło które czynią, czynią jakby od niechcenia.

Ta historia wymyka się schematom jakim podlega nasze postrzeganie zwyrodnialców i chyba na tym polega jednocześnie jej siła i jej słabość – słabość wynikająca z reakcji czytelników zrzucającym jej niskim poziom logiki prawdopodobieństwa.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję wydawnictwu Vesper

Demon złych wspomnień

The Vigil/ Nocne czuwanie (2019)

Yakov, młody żyd z Hasidic Borough Park na Brooklinie mimo że opuścił swoją ortodoksyjną społeczność decyduje się na jedną noc powrócić do tradycji, w której się wychował. Wszystko za sprawą zlecenia w ramach, którego ma się podjąć roli shomera, czyli osoby opłacanej do czuwania nad zwłokami zmarłego. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że umierający sędziwy żyd pozostawił po sobie niecodzienną spuściznę.

„Vigil” to debiutancki horror operatora dźwiękowego i nie wspominam o tym przypadkowo, bo w produkcji Keitha Thomasa wrażenia słuchowe odgrywają bardzo istotną rolę. Oczywiście nie zamierzam tu deprecjonować całej reszty, bo to debiut wyjątkowo udany, ale zwróćcie uwagę na udźwiękowienie w filmie. To chyba pierwszy horror straszący oddechem umarłego.

Całość można traktować w kategorii bardzo przyjemnego przeżycia estetycznego. Technicznie stoi na bardzo wysokim poziomie, mimo, że cała akcja rozgrywa się pod osłoną nocy to plan zdjęciowy jest oświetlony wręcz wzorowo z dużą dbałością o uzyskanie określonej kolorystyki zdjęć.

Fabuła rozwija się niespiesznie więc w oczach niektórych widzów może być to temp zbyt wolne, ale sprzyja budowaniu nastroju, który jest tu bezapelacyjnie kluczowym elementem grozy. Ale groza w „Vigil” to nie tylko wyczekane straszne obrazki i straszne dźwięki to też, kontekst psychologiczny i społeczny – spójrzcie na funkcjonowanie Yakova po opuszczeniu żydowskiej ortodoksyjnej społeczności. Fakt jak silnie nasz bohater był przesiąknięty tradycją i wiarą nie mógł pozostać bez wpływu na przedstawione wydarzenia.

Mamy tu do czynienia po pierwsze z motywem demona, coś na zasadzie żydowskiego Dybuka, po drugie z motywem straszliwych wspomnień i traumy. Zarówno zmarły, jak i nasz Yakov mają za sobą takie doświadczenia. W przypadku zmarłego jest to piętno holocaustu, a w przypadku Yakova napaść. Obydwa zdarzenia łączy poczucie winy za bezradność. I tu z automatu nasuwa się myśl o określeniu 'demony przeszłości'. Czy mogą one przybrać formę nadnaturalnej emanacji w oczach bohatera? Odpowiedź wcale nie jest oczywista, a ciężar tej prostej z pozoru historii może silnie trafić w emocjonalność widza.

Dla mnie film jak najbardziej warto uwagi, wyróżniający się i jednocześnie zdolny zaspokoić także mainstreamowe apetyty. Warto obejrzeć.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie: 6

Zabawa: 8

Walory techniczne: 9

Aktorstwo: 8

Oryginalność: 7

To coś:8

72/100

W skali brutalności: 1/10

Koty Lovecrafta

Koty Ultharu – H.P. Lovecraft

„Koty Ultharu” to tytułowe opowiadanie ze zbioru prozy Lovecrafta w najnowszym wydaniu od Vesper.  Nie wyróżnia się złożonością świata przedstawionego, jest przy tym bardzo krótkie i myślę, że na tle wyobrażeń Samotnika z Providence tworzącego swoiste uniwersa niesamowitości może być przez wielu czytelników pomijane. Ale moi drodzy „Koty Ultharu” były jednym z ulubionych utworów autora i nie wiem, czy owe ulubienie jest wynikiem zadowolenia z własnego kunsztu pisarskiego w owym okresie, czy raczej chodzi o sentyment do kocich braci mniejszych i przesłania zawartego w „Kotach z Ultharu”.

Obstawiam, że chodzi o to drugie. W jednym z kocich bohaterów opowiadania czytelnicy dopatrują się sentymentalnego wspomnienia po Czarnuchu, kocie, który towarzyszył naszemu autorowi w dzieciństwie, więc tym bardziej można mówić o sentymentalnej wartości tego utworu, ale do brzegu.

Tytułowe „Koty Ultharu” to historia w formie przypowieści odwołująca się do ludzkiej moralności, czy też jej braku w kwestii obrony słabszych przed krzywdą. Bohaterem zbiorowym jest społeczność miasta Ultharu, której dobitnie pokazano dlaczego nie wolno zabijać kotów. Finał tej krótkiej opowieści jest wręcz epicki i skłamałabym gdybym powiedziała, że po mojej twarzy nie przebiegł uśmiech satysfakcji.

Ale zbiór  to oczywiście nie to  jedno opowiadanie. Znajdziemy w nim jeszcze „Innych bogów”, „Wędrówka Iranona”, „Ku nieznanemu Kadath śniąca się wędrówka”, „Srebrny klucz” „czy „Polaris”. W sumie dziesięć opowiadań, które zabierają nas do krainy snu.

Lovecraft zabiera czytelnika  oniryczną podróż do krain swoich wyobrażeń. Oczywiście, że czytałam je wszystkie już wcześniej w innych zbiorach, ale Lovecraft ma to do siebie, że przy każdorazowej lekturze można odkryć coś nowego, coś skrytego pod powierzchnią i niedostępnego na pierwszy rzut oka. Odbywanie tych podróży to sama przyjemność. Za wyjątkiem „Kotów Ultharu”, które mają osobne miejsce w moim sercu największe wrażenie nieodmiennie  robi „Ku nieznanemu Kadath”, o którym pisałam już szerzej w osobnej recenzji.

Moja ocena: 8/10

Dziękuję wydawnictwu Vesper

W świecie Ren

Jestem Ren (2019)

Renata jest matką nastoletniego Kamila i żoną Jana. Rodzina wiedzie spokojne życie w domu nad jeziorem, aż do chwili gdy pewnej nocy dochodzi do sytuacji w wyniku, której rodzina dopada kryzys. Aby rozwiązać problemy udają się do ośrodka terapeutycznego, tam Renata daje upust swoim obawom co tylko pogarsza ich wzajemne relacje.

Nie mam pojęcia jak się zabrać do pisania o tym filmie. Cokolwiek bym nie rzekła byłby to wprowadzenie w błąd potencjalnego widza, albo spoiler. Bardzo mi jednak zależy by nie uszedł on Waszej uwadze, więc, no, spróbujmy.

„Jestem Ren” to nasza rodzima produkcja niezależna na podstawie autorskiego pomysłu twórcy, a raczej twórczyni, Patrycji Ryczko. Reżyserka porywa się tu na kino sci-fi, które w naszym kraju praktycznie nie istnieje. Kino sci-fi bowiem kojarzy się z koniecznością użycia zaawansowanych technik wizualnych, bardzo kosztownych i wymagających doświadczenia. Nie mam pojęcia gdzie owo doświadczenie mieliby zebrać nasi twórcy obracając się po własnym dość jałowym polu. Skąd wziąć na to budżet?

Najwyraźniej Patrycja Ryczko miała głęboko w poważaniu te gatunkowe prawidła made in Hollywood i zrobiła film po swojemu. Owszem, mamy tu futurystyczny motyw nowych technologii, ale przedstawiony w taki sposób, że nie wymagał on użycia efektów, czy nawet szczególnej charakteryzacji. Film zresztą nie skupia się na wrażeniach wizualnych, nie takich w rozumieniu kina sci-fi, nie celuje w widowiskowość, jest wręcz bardzo przyziemny. Z resztą w miarę śledzenia rozwoju wydarzeń wersja rodem z science fiction nie będzie jedyną, nasuwającą się widzowi na myśl. Ba, myślę, że wielu z Was od początku będzie w stanie postrzegać tą historię w zupełnie innym wymiarze i to też jest duży plus tej produkcji. Techniczne, warsztatowe niedoróbki w mojej ocenie nie rzucają się bardzo w oczy. Cóż, kamera nie zawsze trafia tam gdzie powinna, a obsada ma słabszych przedstawicieli, ale nadal jest produkcja prezentująca pewien poziom, którego nie ma co się czepiać biorąc pod uwagę niszę z jakiej pochodzi.

Film jest krótki, bo liczy ledwie osiemdziesiąt minut i są to minuty w pełni zagospodarowane. Tworzą spójną, angażującą opowieść,z niegłupim przesłaniem. Opowieść o czymś, o ważnych społecznie problemach, co biorąc pod uwagę kolejne wydmuszki które filmowy namiętnie produkują – bo nie da się powiedzieć, że tworzą – to jest to zdecydowanie dobra moneta. Znacie moje podejście do polskiego kina, wiele jestem gotowa mu wybaczyć i gdy jest je za co docenić, doceniam w opór. Czy podzielicie moje zdane, nie wiem, ale zachęcam Was byście choć spróbowali.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat: 7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:7

61/100

W skali brutalności:1/10