Archiwum autora: ilsa333

U źródła prawdy

Źródło – Ayn Rand

Howard Roark jest młodym, bardzo utalentowanym architektem stojącym u progu wielkiej kariery. Projekty, które tworzy odbiegają jednak od ówczesnych standardów idąc w stronę jego autorskich wizji, co nie jest w stanie zagwarantować mu komercyjnego sukcesu. Jego chęć niezależności i autonomii tak w życiu jak i w pracy boleśnie zderza się z oczekiwaniami otoczenia.

Moja wiedza o pisarstwie Ayn Rand ograniczała się do tego, że jest ona autorką głośnej powieści „Atlas zbuntowany” . Teraz wiem już znacznie więcej, bo po przeczytaniu „Źródła” nie mogłam postąpić inaczej jak tylko zagłębić się w jej biografii. Lubię wiedzieć kto stoi za książkami, które mnie sponiewierały. I tak wyłonił się przede mną obraz kobiety na wskroś niezwykłej. Żyjącej i tworzącej w Ameryce, gdzie była matką, żoną, kochanką i oczywiście autorką, która o dwa kroki wyprzedziła swoją epokę. Autorkę,jak twierdzą niektórzy dotkniętą manią wielkości, która budziła i budzi do dziś kontrowersje. 

Przygnieciona rozmiarem „Źródła” spędziłam z nią wiele czasu. Była to lektura okupiona bólem nadgarstka i niepokojem duszy. Niczego nie żałuję.

Fabuła powieści stanowi coś pomiędzy romantycznym dramatem, a filozoficzną rozprawą. Bardzo ciężko napisać mi o tej powieści coś czego przez lata od jej publikacji (1943r) nie powiedział już żaden krytyk, nie przywołał żaden współczesny filozof. Możecie nie zgodzić się z prezentowanymi w niej poglądami, ale na pewno nie pozostaniecie obojętni.

Jak twierdzi sama autorka stworzony przez nią przekrój charakterów tak głównego bohatera jak i osób, które stoją na jego drodze został celowo przejaskrawiony. Tak by z impetem uderzyć w czytelnika. Można powiedzieć, że czytelnik ma do czynienia nie tyle z ludźmi co z archetypami.

Mamy tu oczywiście naszego rudowłosego indywidualistę, szaleńca(?), który nie ulega żadnym kompromisom i woli by jego projekty pozostały tylko w sferze idei niż miałby on stworzyć coś wbrew sobie. Jego obsesja jest posunięta tak daleko, że możecie zacząć się zastanawiać czy jest on bohaterem, czy raczej antybohaterem. Po przeciwnej stronie barykady mamy jego kolegę ze studiów, Petera. Jest on człowiekiem praktycznym i uległym w takim stopniu, że możecie odnieść wrażenie, że nie mamy tu do czynienia z jednostką, a sztucznym wytworem systemu. Ellshwort jest jeszcze gorszy, bo choć jak twierdzi ceni piękno to swoje zawodowe starania kieruje w stronę uprawiania kultu brzydoty i przeciętności. Mamy jeszcze tajemniczą Dominiqe i właściciela nowojorskiego szmatławca. Serio, jest tu całkiem sporo osób, zdolnych wyprowadzić z równowagi świętego. Wszak nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

Jest to bardzo gorzka historia, która jeśli chodzi o moją osobistą refleksję kazała mi przedefiniować rozumienie pojęcia sukcesu. I choć może brzmi to banalnie to w tej powieści nie ma nic banalnego. Każde z Waszych odczuć jakiekolwiek one będą będzie jak najdalsze od banału.

Moja ocena: 9/10

Dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Nie ma ciszy

A Quiet Place Part II/ Cieche miejsce 2 (2021)

Evelyn Abbot wraz dwójką dzieci i niemowlęciem na ręku bezskutecznie szuka bezpiecznego miejsca w post apokaliptycznym świecie naznaczonym inwazją potworów. Potworów za sprawą, których ocalali zmuszeni są żyć w całkowitej ciszy, bo nawet najdrobniejszy szelest może do nich zwabić istoty, które skutecznie przetrzebiły rodzaj ludzki. Gdy rodzina zatrzymuje się starej odlewni i wpada w tarapaty z pomocą przychodzi im inny ocalały. W bohaterze Evelyn rozpoznaje dawnego znajomego swojego męża, który stracił swoich bliskich. W czasie ich krótkiego spotkania nastoletnia córka Evelyn, Regan dokonuje być może przełomowego odkrycia. Potrzebuje jednak pomocy by móc je zweryfikować i być może dać ludzkości szansę na normalną egzystencję.

Najnowszy film Johna Krasińskiego, kontynuacja „Cichego miejsca', które można rzecz okazało się kasowym hitem, była jednym z najbardziej oczekiwanych filmów. Oczekiwanym przez widzów i przez krytyków, bo nie koniecznie przeze mnie. Mimo, że owszem seans z częścią pierwszą zaliczyłam do całkiem udanych, może nawet bardzo udanych, nie wyczułam potrzeby kontynuowania tej historii. Scenarzyści byli zresztą podobnego zdania dlatego też powodzenie całej misji spadło na reżysera, który po kilku próbach współpracy z proponowanymi przez wytwórnie scenarzystami wziął sprawy we własne ręce. Różnica na poziomie historii jest więc widoczna.

O ile „Ciche miejsce” wyróżniało się niezbyt dynamiczną akcją, przecinaną nagłymi skokami napięcia o tyle w przypadku drugiej odsłony serii – możemy mówić o serii, bo planowana jest następna część – to tu postawiono na zdecydowanie bardziej zintensyfikowaną akcję. Matka kwoka zmuszona przez okoliczności wypuszcza spod skrzydeł pisklęta i te będą głównym motorem napędowym akcji i generatorem napięcia.

A wszystko zaczyna się od … prequela. Najwyraźniej Krasiński poczuł się zobowiązany uchylić widzom rąbka tajemnicy dotyczącej przebiegu inwazji, która wtłoczyła naszych bohaterów w ich nieciekawe położenie.

Zostajemy tam jednak tylko na moment, bo po kilku pełnych okropieństwa ujęciach przenosimy się do czasu bezpośrednio po wydarzeniach z „Cichego miejsca”. Evelyn udało się opracować patent, który ma ochronić ją i jej starsze pociechy przed zagrożeniem płynącym z niemowlęcego kwilenia najmniejszej latorośli i wydaje się radzić sobie całkiem dobrze. To jednak tylko pozory, bo za chwilę zobaczymy całą czwórkę w nie lada kłopocie. Zdecydowanie więcej uwagi poświęcono tu dziecięcym bohaterom, bo jak wspomniałam oddzielają się one od matki. W pewnym momencie syn zostaje z kłopotliwym niemowlakiem, a córka wyrusza na tułaczkę wraz z Emmettem, wspomnianym znajomym nieżyjącego ojca sprzed czasów apokalipsy.

Gwoździem programu jest tu odkrycie jakiego dokonuje głuchoniema dziewczynka. Regan niesiona nadzieją obrasta w zbroje odwagi i postanawia za wszelką cenę sprawić, czy jej przypuszczenia są prawdziwe. Można to nazwać małym plot twistem, ale raczej z rodzaju tych mało odkrywczych. Nie mniej jednak jakoś należało popchnąć fabułę do przodu.

Mimo rozlicznych zachwytów jakie wzbudza owa produkcja ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że powstała trochę z poczucia obowiązku. Siłą pierwszego „Cichego miejsca” był klimat, pewna świeżość i brak pośpiechu. I o ile ujmowało mnie ono przejmującą ciszą to w nowym cichym miejscu tej ciszy mi zabrakło. Za dużo za głośno, za prędko. Jeśli tendencja wzrostowa utrzyma się także w planowanej kontynuacji spodziewam się wyścigów samochodowych i solówek na gitarze elektrycznej;)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

57/100

W skali brutalności: 1/10

Fani grozy, którzy przeżyją grozę

Eksperyment – Grzegorz Kopiec

Dwóch przyjaciół z Lublińca – dwóch fanów grozy, Franciszek Zięcina i Adam Kobylarski oraz dziewczyna tego pierwszego, Asia Jagielska, wyruszają do Krakowa na konwent literacki. Marzą o spotkaniu z ulubionymi autorami i zdobyciu ich autografów. Przepadają bez wieści, a sprawę ich zaginięcia przyjmuje młody, prywatny detektyw Michał Majer. Mężczyzna łączy siły z francuską policjantką Christine Benoit, która prowadzi śledztw w łudząco podobnej sprawie, bowiem w Paryżu po spotkaniu autorskim z pisarzem horrorów, Johnem Winchesterem znika jej siostrzeniec.

Grzegorz Kopiec jest jednym z najnowszych 'nabytków' wydawnictwa Vesper. O ile ciężko nazwać go debiutantem, bo ma na swoim koncie kilka publikacji w pomniejszych antologiach grozy, a nawet powieść, to dopiero wstąpienie w szeregi autorów najpopularniejszego, grozowego wydawnictwa w Polsce sprawiło, że oczy wszystkich fanów horroru zwróciły się na jego osobę. Mojej uwadze również nie uszedł.

„Eksperyment”, od początku promowany jako gatunkowy miszmasz, historię nieprzewidywalną, nie budził we mnie żadnych konkretnych oczekiwań. Zresztą od tych staram się być zawsze jak najdalsza, w pełni oddając głos autorowi i dając się prowadzić zgodnie z jego twórczym zamysłem – jaki by on nie był. Do „Eksperymentu” podeszłam więc eksperymentalnie i nie jestem zachwycona jego wynikiem.

Powieść można podzielić na dwie części, połączone ze sobą, ale bynajmniej nie spięte klamrą,którą uznałabym za zadowalającą.

Pierwsza, która dość mocno mnie wymęczyła, to obszernie opisany obraz śledztwa prowadzonego przez nijakiego detektywa Majera, o którym niewiele jestem wstanie powiedzieć, bo i autor nie był zbyt wylewny względem jego charakterystyki. To samo mogłabym stwierdzić ad. reszty protagonistów, w których przekrojach odnotowałam dwa przypadki nowotworów, dość powierzchowne podejście do relacji damsko męskich oraz tendencje do parafrazowania tych samych wypowiedzi. A nader wszystko są oni fanami horrorów i ta ich 'właściwość' uwypuklona jest nieznośnie dobitnie.

O ile nasi zaginieni, czyli Franek, Adam i Asia są raczej mało wyraziści to wyrazistości nie można odmówić Magdalenie Wąsat, krakowskiej dziennikarce telewizji Wawel. Magdalena bowiem jest klasycznym przypadkiem braku konsekwencji w portretowaniu literackiego bohatera. Kompletnie nie kupiłam jej przejaskrawionej postaci. Była uczestniczka reality show, uzależniona od socjal mediów, płytka karierowiczka, która z dnia na dzień, przeobraża się w najgorliwszą fankę grozowego festiwalu, bo przeczytałam kilka grozowych tytułów? Co więcej jest gotowa zrobić komuś krzywdę by w tym festiwalu uczestniczyć, nie mówiąc już o rezygnacji z udziału w dużo większym dziennikarskim przedsięwzięciu? Ta sama dziewczyna w ciągu miesiąca zaczyna deklamować oratoria o dziennikarskiej pasji, która jest przecież najważniejsza – chwilę wcześniej mówiąca o tym, że nic ją tak nie dołuje jak brak lajków pod postem na fb? Czy tylko mnie wydaje się, że została ona zlepiona z kilku niepasujących do siebie części jak potwór Frankensteina?

Z ust wszystkich bohaterów, a nawet narratora nieustannie wydobywa się fanowska podjarka. Przez to „Eksperyment” odebrałam jako maskotkę grozowego środowiska, a nie równorzędnie w nim funkcjonującą powieść. Cały szereg nazwisk autorów, tych fikcyjnych i tych prawdziwych, niekończące się, całe połacie tekstu, poświęcone temu jak X, czy Y cieszy się na spotkanie z autorem Z. Dorosła kobieta, ta sama, która swoje poczucie wartości uzależnia od ilości polubień postów stwierdza, że na przeddzień grozowego konwentu jest najszczęśliwsza w całym swoim dotychczasowym życiu. Tyle lukru nie jestem wstanie przyswoić.

Nawet w opisach scen z goła brutalnych pojawiają się małe laury składane na czyjeś skronie np. „Wyglądał jak bohater „American Psycho” – okej, fajnie – ale autor musiał dodać: „W którego po mistrzowsku wcielił się Christian Bale”. Serio? To opis postaci, czy recenzja filmu? Takich niepotrzebnych, budzących we mnie zażenowanie tekstów (najczęściej przymiotników) są jak wspomniałam, całe połacie. Gdyby je wywalić i nadać tej grozowej pasji trochę umiarkowania i subtelności książka zdecydowanie by na tym zyskała. W niektórych momentach fanowska podjarka osiąga poziom sufitowy. Tu SPOILER:. Gość jest właśnie torturowany przez jednego z ulubionych pisarzy, który raczy go dodatkowo opowieścią o złowrogim eksperymencie. A jego przemyślenie ad. tej sytuacji to to, że bardzo sobie ceni powieści tego autora. Padłam. Nie wiem jak zareagowałabym na sytuację w której np. Grabiński miałby  zamiar urwać mi głowę, ukrzyżować, albo zostawić na torach przed nadjeżdżającym pociągiem – w końcu lubił pociągi 😉 ale RACZEJ w owej chwili nie oddawałabym się refleksjom na temat jego literackiej twórczości. KONIEC SPOILERA.

Ale zostawmy już tych bohaterów, choć muszę przyznać, że ciężko było mi śledzić losy osób, których potencjał realności był mocno pod kreską.

Jak wspomniałam, pierwsza partia powieści to śledztwo Michała Majera – jego nazwisko to zresztą kolejny ukłon tym razem w stronę bohatera slashera „Halloween” – ale druga cześć książki następująca mniej więcej w trzech czwartych całości, to już porzucenie schematu kryminału na rzecz horroru. Horroru, którego małą- bardzo udaną i zachęcającą – próbkę otrzymujemy w prologu. Ten prolog to zresztą najlepsza część powieści. Mocne wejście, kop w drzwi i wejście razem z nimi. Tu według niektórych mamy do czynienia ze spaltterpunkiem, moim zdaniem raczej czystą ekstremą, gore jeśli nie pulpą. Dużo tortur, które mogliśmy widzieć w takich filmach jak „Hostel”.

Co i rusz pochlamy się nad innym nieszczęśnikiem marzącym o ucieczce z miejsca, z którego uciec nie można. Trup ściele się gęsto i fan horroru może w końcu poczuć  smak krwi. Niestety narracja jaka został zastosowana w tych dynamicznych fragmentach we mnie budziła więcej zagubienia niż zainteresowania. Zbyt to był chaotyczne. Miałam wrażenie, że słucham znanej melodii granej na roztrojonym instrumencie. Coś z tego wyłapałam, ale nie mogę powiedzieć, że występ był satysfakcjonujący. Nie poczułam napięcia wynikającego z opisanych sytuacji i nie jest to wynik ich samych i braku pomysłu autora na nie, bo ten ewidentnie był, ale zupełnie inną sprawą jest sposób w jaki zostały opisane. Jeśli w scenie, w której bohaterzy są w trakcie ucieczki, walki o życie, gdy bohater  „dochodzi o konkluzji” to całe napięcie i temperatura znika. W dynamicznych fragmentach zastosowanie znajdują zwroty ten dynamizm podkreślające i wierzcie mi lub nie, ale 'dochodzenie o konkluzji' bardziej pasuje do tekstu traktatu naukowego, którego narrator długo rozważa jakieś zagadnienie przed drzemiącą publicznością niż do fragmentu powieści, w której czyjeś życie zależy od szybkiej decyzji. Czepiam się? Może się czepiam, ale słowa mają siłę.

Tu też naszym oczom ukazuje się wyjaśnienie całego zamieszania. Dość pomysłowy polot twist, który miałby szansę zaintrygować – moją uwagę zatrzymał – gdyby nie następujący wkrótce po nim kolejny zwrot. Temu drugiemu, nie można odmówić pierwiastka niesamowitości, ale nie tej spod znaku weird fiction tylko raczej karkołomnego, cyrkowego popisu. Pojechany temat, trudny do przewidzenia, czym wielu czytelników z pewnością kupił. Mnie nie, bo wolę być jednak mniej zaskoczona, niż gdy owe zaskoczenie ma być okupione dość absurdalnym zamysłem. Po prostu nie siadł mi ten pomysł i nic na to nie poradzę. Zbyt dobrze mam w pamięci pewne listy i eseje by dać się ponieść tej fantazji.

Nie wiem, czy chce mi się zanudzać Was moimi uwagami ad. pewnych fabularnych potknięć, ale nie wypada być gołosłownym. Dam więc jeden przykład. Nie obejdzie się bez SPOILERÓW więc jeśli jeszcze nie czytaliście „Eksperymentu” to pomińcie ten fragment. SPOILER: Dotyczy on nagrania Magdy Wąsat, naszej dziennikarki. Majer odtwarza nagranie na, którym padają słowa, że w owym miejscu, w którym znajduje się Magdalena ktoś robi krzywdę ludziom i zmusza ich do robienia krzywdy. „Tu krzywdzą ludzi, każą nam ich krzywdzić” Jasne prawda? Więc gdybyście na miejscu bohatera usłyszeli takie słowa i zobaczyli kolejne nagranie, na którym jedna z zaginionych osób krzywdzi kogoś innego to A) uznalibyście, że jest ona głównym oprawcą i odpowiada za całe przedsięwzięcie i upierali się przy tym? B) Wzięli pod uwagę drugą część wypowiedzi Magdy i pomyśleli, że ktoś zmusił nieboraka do zrobienia komuś krzywy, prawdopodobnie pod groźbą pozbawienia życia. Majer oczywiście wybrał opcję A, mając gdzieś jasno nasuwające się wnioski,przez co jego kreacja bystrego detektywa upadła z hukiem. Mało realny wydał mi się resztą już sam pomysł, że Majer jako detektyw wolny strzelec ma dostęp do policyjnych akt i prowadzi swoje śledztwo pod ramie z komendantem. Wystarczy wysłuchać paru kryminalnych podcastów żeby widzieć jak mundurowi zapatrują się na takie współprace. Bardziej prawdopodobne jest, że komendant oskarżył by Majera o mataczenie w śledztwie niż wspierał w taki sposób. KONIEC SPOILERA

Wiem, że „Eksperyment” zyskał wielu zwolenników, ale choć chciałabym nie mogę stać się jednym z nich. Może gdyby to była pierwsza próbka literacka autora byłabym bardziej skłonna do ustępstw w ocenie. Dla mnie ta powieść bardziej przypominała fan fiction jakie można przeczytać w sieci niż pełnowymiarową, kompletną i dopracowaną powieść. Czy jestem rozczarowana? Nie, bo nie miałam względem niej konkretnych oczekiwań.

Moja ocena: 4/10

Dziękuję Wydawnictwu Vesper

Nawet śmierć nas nie rozłączy

Aż do śmierci/ Till Death (2021)

Mąż Emmy, Mark z okazji rocznicy ślubu zabiera ją do domu nad jeziorem, gdzie w otoczeniu zimowego krajobrazu mają celebrować swoją miłość. Problem w tym, że miłości między nimi nie ma. Ze strony Pana Webstera jest to tylko chęć posiadania żony na własność jak drogiego, efektownego gadżetu, Pani Webster zaś marzy tylko o ucieczce od małżonka. Nie mniej jednak oboje robią dobrą minę do złej gry do czasu, gdy o poranku Mark Webster przykuwa rękę żony do swojej i strzela sobie w łeb. Nawet śmierć nie rozłączyła tych dwojga.

Dawno niewidziana na dużym ekranie Megan Fox wyswobodziwszy się z okowów małżeństwa powraca w filmie debiutującego w długi metrażu S. K. Dale’a traktującym o tym jak trudno uwolnić się z toksycznej relacji 😉

Melodramatyczny początek historii w której czarnowłosa piękność porzuca dobrze rokującego kochanka by podjąć próbę ratowania swojego beznadziejnego małżeństwa to wstęp do thrillera o zabarwieniu survivalowym.

Wiele osób zarzuca scenariuszowi Jason Carvey’a mocne inspirowanie się „Grą Geralda Stephena Kinga.  Czasem myślę, że nie ma takiej fabuły, której King by nie wykorzystał w swojej niezwykle płodnej twórczej pracy. Cała reszta ma przez to przejebane. Faktem jest, że sytuacja w jakiej znajduje się Emma bardzo przypomina położenie pani Geraldowej. Z tą różnicą, że tamta została przykuta do łóżka obok martwego współmałżonka. Emma łóżko może opuścić. Ba, może opuścić nawet pokój, dom, czy planetę jeśli zechce. Ale tylko z mężem u boku.

Choć u boku nie jest zbyt fortunnym określeniem i w żadnym stopniu nie oddaje tragikomicznej sytuacji, w której nasza piękność musi targać za sobą zwłoki męża, bo jest do niego przykuta. Klucza do kajdanek nigdzie nie ma, wiadomka. Mark zadbał też by kobieta nie mogła wezwać pomocy, ani wykorzystać domowych sprzętów do uwolnienia się od nadbagażu. Jej mąż jak rasowy psychopata wszystko sobie zaplanował i wygląda na to, że właśnie toczy zza grobu jakąś dziwną grę ze swoją połowicą. To oczywiście nie koniec zmartwień Emmy, bo scenarzysta przewidział dla niej cały szereg atrakcji, o których wolę nie wspominać coby nie psuć Wam uciechy.

Film nie unika potknięć typowych dla swojego podgatunku w myśl zasady, że widz ma zawsze lepszy pomysł na przetrwanie niż bohater/bohaterka. Faktem jest, że dałoby się pewne kwestie rozwiązać inaczej, sprawniej, szybciej, ale Emma jest zbyt skupiona na swoim wkurwieniu na męża by na te rozwiązania wpaść. Nie mniej jednak nie skreśla to całego zamysłu i nie kładzie się długim cieniem na całej produkcji. Ot, kanapowy trener może sobie pomarudzić i oglądać dalej ciesząc się całkiem angażującym spektaklem. Mnie ten film kupił i choć daleka jestem do zachwytu to mogę go polecić.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:8

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10

Lisette nie chce umierać

Przeklęte bądź dziecię – Mort Castle

Pisarz w kryzysie z problemem alkoholowym, jego żona i dziesięcioletnia córka wprowadzają się do nowego – starego domu. Domu gdzie przed laty zabite zostało dziecko. Zabite, to zresztą mało powiedziane. Mała Lisette została wręcz zakatowana przez swojego wuja zwyrodnialca i zboczeńca. Śmierć w takich okolicznościach i wielka wola życia sprawiają, że dusza dziewczynki nie jest wstanie zaznać spokoju. Zostaje gdzieś pomiędzy silnie zdeterminowana by móc się odrodzić.

Mort Castle i jego twórczość były mi całkowicie obce. Podobnie jak to było w przypadku Ramseya Campbella dopiero polskie wydanie od Phantom Books zwróciło na niego moją uwagę. Oczywiście książka „Przeklęte bądź dziecię” była już wcześniej dostępna na polskim rynku, bodaj od 1992 roku więc przypuszczam, że ktoś z Was mógł już o niej słyszeć.

Fabuła powieści skupia się na historii rodziny pewnego pisarza, który chcąc zażegnać kryzys twórczy i rodzinny zmienia miejsce zamieszkania. Niestety, nie mógł trafić gorzej, bo dom, który wybrał ma już lokatora. Jest nim mała dziewczynka. Mała, martwa dziewczynka.

Opis agonii dziecka, zwyrodnialstwo wuja i rzec można trauma jakiej do ostatnich chwil życia doświadcza Lisette to cios w potylicę dla wrażliwców. Współczujemy dziecku, może nawet ronimy nad nim łzy, jednak Lisette nie jest przyjaznym duszkiem. To co zrobił jej wuj wtłoczyło w nią pokłady okrucieństwa, którym po śmierci epatuje jej dusza. Śmierć nie uczyniła z niej przeciwniczki życia, wręcz przeciwnie, dziewczynka bardzo chce wrócić, jedyną drogą ku temu jest pozyskanie nowego siedliska dla swojej duszy.

Tu z pomocą przychodzi jej nowa lokatorka, mała Missy, córka pisarza. Każdy fan horroru wie jak może skończyć się przyjaźń z duchem. Nie spodziewamy się niczego wesołego i mamy rację. Sceny rozmów pomiędzy dziewczynkami mogą wywołać gęsią skórkę. Co ciekawe doświadczenia Lisette za życia, wspomniana trauma przemocy rzutuje na jej oddziaływania w dość bezpośredni sposób. Zupełnie tak, jak dzieje się to w przypadku osób, które ze swoich tragicznych doświadczeń uszli z życiem. Lisette sama zdaje się stosować to co stosowano wobec niej, włącznie z przemocą seksualną.

Nie zbrakło tu dramaturgii i dbałości o szczegóły. Ciekawie prezentują się bohaterzy drugoplanowi jak kaznodzieja z kryzysem wiary, psycholog dziecięca o romskim pochodzeniu, czy pozbawiony empatii fotograf.

Zamiast bazować jedynie na katolickim postrzeganiu duchowości Castle posiłkuje się cygańskim wierzeniami i jest to w moim odczuciu strzał w dziesiątkę.

To czego mnie osobiście w tej historii zabrakło to mocniejszego finału. Ten okazał się cokolwiek średni. Mimo wszystko książkę bardzo polecam zwłaszcza osobom, które nie znają pióra Brytyjczyka.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję wydawnictwu Phantom Books