Archiwa tagu: filmy grozy z 2021

Taki mamy klimat

Caveat/ Wyspa mroku (2020)

Cierpiący na amnezję Isaack przyjmuje zlecenie od swojego przyjaciela, Moe, które polegać ma na dyskretnej opiece nad jego chorą psychicznie bratanicą. Z uwagi na to, że Olga cierpi na paranoję Isaak nie może się do niej zbliżyć, a gwarantem tego ma być uprząż i łańcuch o długości ograniczającej mu dostęp do niektórych pomieszczeń w domu na wyspie. W praktyce oznacza to, że Isaak zostaje uwięziony. W domu poza obłąkaną kobietą krąży coś jeszcze. 

„Caveat” debiutującego w pełnym metrażu Damiana Mc Carthy to film, który ogląda się nie tyle dla historii, bo ta summa summarum okazuje się raczej mało pomysłowa, co dla klimatu. Mroczny, duszny, przytłaczający, przygnębiający nastrój tego filmu w połączeniu z atmosferą niezidentyfikowanego zagrożenia i poczucia izolacji robi całą robotę.

Od pierwszych ujęć byłam zahipnotyzowana. Tak proste, tak niepozorne, a jednak silnie oddziałujące kadry.

Najpierw widzimy dziewczynę. Dziewczynę ze strachem, czy może raczej obłędem w oczach przechodzącą od pomieszczenia do pomieszczenia jakiegoś obskurnego budynku mieszkalnego z zabawkowym królikiem w ręce. Dziewczyna trzyma stworzenie o płochym spojrzeniu za uszy i wysuwa przed siebie badając każdy kąt domu. W niektórych z nich zabawka samoczynnie wprawia się w ruch. Królik zaczyna uderzać o swój bębenek jak gdyby jakaś siła prowokowała go do tego. Fchuj straszne. Serio.

Kiedy na ekranie pojawia się nasz główny bohater wiemy już, że ta sama siła, która kierowała królikiem teraz skupi się na nim. Jego dość lepki przyjaciel wmanewrowuje go w sytuację w której facet, który panicznie boi się wody, ma za sobą traumę wypadku i niezbyt pamięta swoją przeszłość zostaje uwięziony na wyspie ze stukniętą dziewczyną. Mało tego, po obskurnym domostwie musi poruszać się w swego rodzaju kajdanach.

Isaak niechętnie, bo niechętnie ale godzi się na to, jest zagubiony, a widz już może bić na alarm. Spierdalaj stamtąd stary. Z dalszej części tej historii dowiadujemy się, że ojciec Olgi, a brat Moe popełnił w tym domu samobójstwo. Tu pojawia się wątek piwnicy, która zaczyna mocno skupiać uwagę naszego bohatera.

I tak stopniowo w akompaniamencie króliczego bębenka i dziwnych emanacji Isaak odzyskuje utracone wspomnienia. Tu jak wspomniałam, nie mamy do czynienia z pomysłem wybitnym, czegoś tu zabrakło i tłumaczę to sobie tym, że reżyserowi bardziej zależało na pokazaniu pewnym rzeczy niż na ich opowiadaniu. Stąd tak duża dysproporcja między warstwą fabularną, a wizualną. Zupełnie jakby facet pisał historie do obrazów, a nie robił obrazy do historii. Widzę w nim jednak ogromny potencjał i piękne czucie gatunku. Zerknijcie, fajnie będzie.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

71/100

W skali brutalności:1/10

Nie ma ciszy

A Quiet Place Part II/ Cieche miejsce 2 (2021)

Evelyn Abbot wraz dwójką dzieci i niemowlęciem na ręku bezskutecznie szuka bezpiecznego miejsca w post apokaliptycznym świecie naznaczonym inwazją potworów. Potworów za sprawą, których ocalali zmuszeni są żyć w całkowitej ciszy, bo nawet najdrobniejszy szelest może do nich zwabić istoty, które skutecznie przetrzebiły rodzaj ludzki. Gdy rodzina zatrzymuje się starej odlewni i wpada w tarapaty z pomocą przychodzi im inny ocalały. W bohaterze Evelyn rozpoznaje dawnego znajomego swojego męża, który stracił swoich bliskich. W czasie ich krótkiego spotkania nastoletnia córka Evelyn, Regan dokonuje być może przełomowego odkrycia. Potrzebuje jednak pomocy by móc je zweryfikować i być może dać ludzkości szansę na normalną egzystencję.

Najnowszy film Johna Krasińskiego, kontynuacja „Cichego miejsca', które można rzecz okazało się kasowym hitem, była jednym z najbardziej oczekiwanych filmów. Oczekiwanym przez widzów i przez krytyków, bo nie koniecznie przeze mnie. Mimo, że owszem seans z częścią pierwszą zaliczyłam do całkiem udanych, może nawet bardzo udanych, nie wyczułam potrzeby kontynuowania tej historii. Scenarzyści byli zresztą podobnego zdania dlatego też powodzenie całej misji spadło na reżysera, który po kilku próbach współpracy z proponowanymi przez wytwórnie scenarzystami wziął sprawy we własne ręce. Różnica na poziomie historii jest więc widoczna.

O ile „Ciche miejsce” wyróżniało się niezbyt dynamiczną akcją, przecinaną nagłymi skokami napięcia o tyle w przypadku drugiej odsłony serii – możemy mówić o serii, bo planowana jest następna część – to tu postawiono na zdecydowanie bardziej zintensyfikowaną akcję. Matka kwoka zmuszona przez okoliczności wypuszcza spod skrzydeł pisklęta i te będą głównym motorem napędowym akcji i generatorem napięcia.

A wszystko zaczyna się od … prequela. Najwyraźniej Krasiński poczuł się zobowiązany uchylić widzom rąbka tajemnicy dotyczącej przebiegu inwazji, która wtłoczyła naszych bohaterów w ich nieciekawe położenie.

Zostajemy tam jednak tylko na moment, bo po kilku pełnych okropieństwa ujęciach przenosimy się do czasu bezpośrednio po wydarzeniach z „Cichego miejsca”. Evelyn udało się opracować patent, który ma ochronić ją i jej starsze pociechy przed zagrożeniem płynącym z niemowlęcego kwilenia najmniejszej latorośli i wydaje się radzić sobie całkiem dobrze. To jednak tylko pozory, bo za chwilę zobaczymy całą czwórkę w nie lada kłopocie. Zdecydowanie więcej uwagi poświęcono tu dziecięcym bohaterom, bo jak wspomniałam oddzielają się one od matki. W pewnym momencie syn zostaje z kłopotliwym niemowlakiem, a córka wyrusza na tułaczkę wraz z Emmettem, wspomnianym znajomym nieżyjącego ojca sprzed czasów apokalipsy.

Gwoździem programu jest tu odkrycie jakiego dokonuje głuchoniema dziewczynka. Regan niesiona nadzieją obrasta w zbroje odwagi i postanawia za wszelką cenę sprawić, czy jej przypuszczenia są prawdziwe. Można to nazwać małym plot twistem, ale raczej z rodzaju tych mało odkrywczych. Nie mniej jednak jakoś należało popchnąć fabułę do przodu.

Mimo rozlicznych zachwytów jakie wzbudza owa produkcja ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że powstała trochę z poczucia obowiązku. Siłą pierwszego „Cichego miejsca” był klimat, pewna świeżość i brak pośpiechu. I o ile ujmowało mnie ono przejmującą ciszą to w nowym cichym miejscu tej ciszy mi zabrakło. Za dużo za głośno, za prędko. Jeśli tendencja wzrostowa utrzyma się także w planowanej kontynuacji spodziewam się wyścigów samochodowych i solówek na gitarze elektrycznej;)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

57/100

W skali brutalności: 1/10

Nawet śmierć nas nie rozłączy

Aż do śmierci/ Till Death (2021)

Mąż Emmy, Mark z okazji rocznicy ślubu zabiera ją do domu nad jeziorem, gdzie w otoczeniu zimowego krajobrazu mają celebrować swoją miłość. Problem w tym, że miłości między nimi nie ma. Ze strony Pana Webstera jest to tylko chęć posiadania żony na własność jak drogiego, efektownego gadżetu, Pani Webster zaś marzy tylko o ucieczce od małżonka. Nie mniej jednak oboje robią dobrą minę do złej gry do czasu, gdy o poranku Mark Webster przykuwa rękę żony do swojej i strzela sobie w łeb. Nawet śmierć nie rozłączyła tych dwojga.

Dawno niewidziana na dużym ekranie Megan Fox wyswobodziwszy się z okowów małżeństwa powraca w filmie debiutującego w długi metrażu S. K. Dale’a traktującym o tym jak trudno uwolnić się z toksycznej relacji 😉

Melodramatyczny początek historii w której czarnowłosa piękność porzuca dobrze rokującego kochanka by podjąć próbę ratowania swojego beznadziejnego małżeństwa to wstęp do thrillera o zabarwieniu survivalowym.

Wiele osób zarzuca scenariuszowi Jason Carvey’a mocne inspirowanie się „Grą Geralda Stephena Kinga.  Czasem myślę, że nie ma takiej fabuły, której King by nie wykorzystał w swojej niezwykle płodnej twórczej pracy. Cała reszta ma przez to przejebane. Faktem jest, że sytuacja w jakiej znajduje się Emma bardzo przypomina położenie pani Geraldowej. Z tą różnicą, że tamta została przykuta do łóżka obok martwego współmałżonka. Emma łóżko może opuścić. Ba, może opuścić nawet pokój, dom, czy planetę jeśli zechce. Ale tylko z mężem u boku.

Choć u boku nie jest zbyt fortunnym określeniem i w żadnym stopniu nie oddaje tragikomicznej sytuacji, w której nasza piękność musi targać za sobą zwłoki męża, bo jest do niego przykuta. Klucza do kajdanek nigdzie nie ma, wiadomka. Mark zadbał też by kobieta nie mogła wezwać pomocy, ani wykorzystać domowych sprzętów do uwolnienia się od nadbagażu. Jej mąż jak rasowy psychopata wszystko sobie zaplanował i wygląda na to, że właśnie toczy zza grobu jakąś dziwną grę ze swoją połowicą. To oczywiście nie koniec zmartwień Emmy, bo scenarzysta przewidział dla niej cały szereg atrakcji, o których wolę nie wspominać coby nie psuć Wam uciechy.

Film nie unika potknięć typowych dla swojego podgatunku w myśl zasady, że widz ma zawsze lepszy pomysł na przetrwanie niż bohater/bohaterka. Faktem jest, że dałoby się pewne kwestie rozwiązać inaczej, sprawniej, szybciej, ale Emma jest zbyt skupiona na swoim wkurwieniu na męża by na te rozwiązania wpaść. Nie mniej jednak nie skreśla to całego zamysłu i nie kładzie się długim cieniem na całej produkcji. Ot, kanapowy trener może sobie pomarudzić i oglądać dalej ciesząc się całkiem angażującym spektaklem. Mnie ten film kupił i choć daleka jestem do zachwytu to mogę go polecić.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:8

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10

Diabeł zmusił mnie do obejrzenia

The Conjuring: The Devil Made Me Do It/

Obecność 3: Na rozkaz diabła (2021)

Wczesne lata ’80, Brookfield, Connecticut. Ed i Lorriane Warren przybywają z pomocą rodzinie ośmioletniego chłopca, Davida Glatzela, który został opętany przez demona. Niestety w czasie rytuału gdy małe ciałko dziecka wije się w nienaturalnych pozach demon 'zmienia miejsce zamieszkania'. Dostrzega to tylko Lorriane, ale jest pewna, że oto demoniczna siła przystała na układ zaproponowany przez dzielnego młodzieńca, chłopaka siostry małego Davida i teraz zamieszkuje właśnie w nim. Na efekty opętania u Arny’ego nie trzeba długo czekać. Wkrótce chłopak trafia za kratki oskarżony o morderstwo, a Warrenowie spieszą z dowodami jego niewinności by przekonać ławę przysięgłych, że młodzieniec dokonał zbrodni na rozkaz diabła.

Na nową odsłonę serii „Obecność” strapieni widzowie musieli długo czekać. Nie trapiłam się wraz z nimi, bo raz, że nigdy nie byłam wielką fanką serii, dwa, że nie dawałam wiary w powodzenie misji przejęcia reżyserskiego fotela przez twórcę „Topieliska” – ależ to była nędza.

Podobno twórca właściwy, wielki James Wan, czuwał nad produkcją nie mniej jednak doskonale wiedziałam, że „Obecność 3” ma za zadanie jedynie nakarmić zgłodniałych kinowych wrażeń niedzielnych oglądaczy horrorów, a nie utrzymać jakikolwiek poziom. Uzbrojona w oręże cynizmu przystąpiłam do seansu bez jakikolwiek oczekiwań. Chciałam jedynie dotrwać do końca  i móc napisać o nim dwa słowa.

I mogłabym napisać więcej niż dwa, bo „Obecność 3” ma przebogatą ofertę. Niczym w tajlandzkim burdelu nie brakuje tu niczego, czego perwersyjna dusza może zapragnąć, a jednocześnie wszystko co tu zobaczymy mieści się w ramach klasycznej usługi bez pretensji do klasę wyższych inwestycji, w których przypadkowy widz mógłby się nie odnaleźć.

Zaczynamy mocnym jebnięciem od scen egzorcyzmu,w których mały chłopiec wprawiony w roli opętanego, bo dla aktora jest to już chyba druga lub trzecia taka rola, dokonuje nieludzkich akrobacji wcale nie będących wynikiem efektów komputerowych. No, dobra, zamieniono mu twarz ukrywając przed widzem fakt, że wystarczy być dobrze wygimnastykowaną statystką, żeby takie rzeczy wyczyniać;)

Ale zanim wejdziemy do piwnicy domu Glatzelów przystańmy na moment przed posesją i odczytajmy list miłosny pióra Michaela Chavesa (czyli reżysera „Obecności 3”) kierowany do Wiliama Friedkina (twórcy „Egzorcysty”). Zobaczymy tu ujęcie łudząco podobne do słynnego kadru z „Egzorcysty”. Na tym jednak nawiązania do klasyki się kończą, choć Chaves coś tam nieśmiało przebąkiwał o rozlicznych nawiązaniach do „Zemsty po latach”. Zostawmy te szumne deklaracje, bo „Obecność 3” to horror na wskroś współczesny i typowo mainstreamowy. Owszem podobnie jak w poprzednich dwóch częściach fajnie udało się odtworzyć klimat lat – w tym przypadku ’80 – ale środki wyrazu jakimi operuje filmowa narracja przypomina bardziej chałturę odwalaną przed świętami w galerii handlowej (głośno i barwnie) niż niszowy występ tajemniczej grupy undergroundowej.

Najbardziej rozwalił mnie na łopatki do bólu poprawny wątek antagonisty. Tak, demon nie pojawia się tu bez powodu, Moi Drodzy. Zagrywka była tak banalna, że banalnością przerasta ją tylko sama droga do jej ukazania. Wizje, Lorianne ma w tym 'odcinku' wyjątkowo dużo, wyjątkowo intensywnych wizji. 

Nie wierzcie więc trailerom, które obiecują nam formułę dramatu sądowego, jak to było w przypadku „Egzorcyzmów Emilly Rose”. Ten film tak naprawdę nie ma jednej formuły, bo musi pomieścić wszystko. Wszystko i jeszcze więcej. Ilość jump scarów nie pozwoliła na zmieszczenie na filmowej taśmie chwil postoju na zbudowanie napięcia, przygotowanie gruntu pod demona, czy co tam akurat jest w menu. Akcja pędzi na łeb na szyję i w przeciwieństwie do poprzednich części nie poznamy nawet dobrze głównej familii dramatu.

Nikt nie jest wstanie zatrzymać tej rozpędzonej karuzeli strachu. Możecie jedynie wyskoczyć gdzieś po drodze, ale nie radzę. W końcu to jeden z długo wyczekiwanych horrorów, który mogliście obejrzeć na dużym ekranie;)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat: 6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 8

Aktorstwo: 7

Oryginalność: 4

To coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

Nieświęte miejsce

The Unholy/ Sanktuarium (2021)

Niegdyś rozchwytywany, dziś okryty niesławą oszusta, dziennikarz Gerry Fenn przybywa do małego miasteczka w Massachusetts by opisać 'tajemnicza sprawę' okaleczenia krowy na pastwisku. Czujecie ten suspens? Garry też go nie poczuł, ale z pomocą przyszła mu znaleziona na tym samym pastwisku upiorna laleczka. Sprytny dziennikarz niesiony nieskrywaną desperacją postanawia wykorzystać znalezisko by w połączeniu z okaleczoną krową usnuć na tym historię z paranormalnym wątkiem. Bezpardonowo niszczy lalkę i porzuca. Wkrótce pod osłoną nocy spotyka na drodze dziwną młodą kobietę. Alice, bo tak ma na imię, zmierza do miejsca gdzie niefrasobliwie porzucił zniszczoną lalkę. Garry odstawia Alice w bezpieczne miejsce, gdzie dowiaduje się, że ta oto głuchoniema dziewczyna znajduje się pod opieką miejscowego księdza. Z tym, że Alice do niego przemówiła. Cudowne ozdrowienie dziewczyny jest dopiero początkiem cudów w Banfield. Cudów dokonanych za sprawą domniemanego maryjnego objawienia na środku pastwiska.

„Sanktuarium” reżyserski debiut Evana Spiliotopoulosa, którego pod skrzydła wziął Sam Remi to filmowa adaptacja powieści Jamesa Herberta w Polsce znanej pod tytułem „Święte miejsce”. Reżyser przyznaje, że od zawsze jego marzeniem było sfilmowanie właśnie tej powieści i gdy w końcu to pragnienie udało mu się spełnić postawił na atmosferę niełatwej do rozwikłania paranormalnej tajemnicy.

Serio?

Niestety, ale produkcja Spiliotopoulosa (ach te greckie nazwiska) ma tyle z tajemnicy co historia rannej krowy na pastwisku. Już z filmowego wstępu możemy wywnioskować czym tak naprawdę są owe święte objawienia i co jest ich źródłem. Ten prolog, wizualnie z resztą jest wyjątkowo udany, więc nie dziwię się, że umieszczono go w filmie. Problem w tym, że ON WSZYSTKO WYJAŚNIA. Te kropki leżą od siebie zbyt blisko by można było ich nie połączyć. Gdyby go sobie darowano jest szansa, nikła bo nikła, ale jednak jest, że część widzów dałaby się nabrać, a tak pozostaje tylko patrzeć i czekać aż maryjny ołtarzyk pierdolnie.

Fabuła filmu w rzeczywistości stanowi bardzo prostolinijną historię o tym jak nadnaturalne wydarzenia noszące znamiona cudów mogą mieszać ludziom w głowach. Bardzo podobał mi się fragment, w którym jeden ze statystów- mieszkaniec Banfield w panice pakuje rodzinę i ucieka z tego cudownego miejsca, do którego zaczynają ściągać wierni. Padają wtedy słowa, że miejsce Boga jest tam na górze, kiedy zaczyna pojawiać się na ziemi zwykle są z tego kłopoty. Facet ma oczywiście rację:)

Tymczasem całe miasto z Garrym na czele szykuje się do przekształcenia małego rolniczego miasteczka w sanktuarium maryjne gdzie niegdyś głuchoniema osiemnastolatka będzie dokonywać cudów uzdrowień. Alice słyszy głos Maryi Panny, a kramik z cudami działa prężnie. Tylko hierarchowie kościoła są jacyś dziwnie sceptyczni. I bynajmniej nie chodzi im o to, że tacy boży wybrańcy jak Alice zwykle źle kończą – tu pojawia się przekrój niewesołych biografii stygmatyków i innych którzy doświadczyli intensywnego obcowania ze świętością. Księża coś wiedzą.

W końcu wszytko wychodzi na jaw rzec można oficjalnie. I tu Moi Drodzy mamy to czego w żadnym szanującym się horrorze zabraknąć nie może. Efekty, dużo efektów, bardzo specjalnych efektów specjalnych. Może plastiku jak na plaży w Afryce. I o ile w początkowej partii filmu miałam do czynienia z dużo ilością banału, w którym można było odnaleźć coś na czym da się zawiesić oko to teraz chciałam tylko schować się w szafie.

 

Ale aktorstwo było niezłe. Szczególnie odtwórca roli dziennikarza. Alice też wypada nie najgorzej. Ale proszę Was, tą historię naprawdę można było nakręcić lepiej.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła: 6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa: 6

Zaskoczenie:3

Walory techniczne: 5

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś: 6

50/100

W skali brutalności: 1/10