Samotnia – opowiadanie

Życie zwykło oszczędzać mi niespodzianek. Jednak tego poranka obudziłem się z nieoczekiwaną i całkowicie mi obcą ochotą na kawę. Podążając za impulsem, zwlokłem się z barłogu i swoje kroki skierowałem w stronę kuchni kaflowej, w której dogasał ogień. Dorzuciłem szufle węgla i pożółkłą gazetę. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, skąd się u mnie wzięła. Nie czytam gazet. Świat wraz z jego nowinami od dawna przestał mnie dotyczyć. Skojarzyłem, że ekspedientka musiała coś w nią zawinąć podczas mojej ostatniej wizyty w sklepie. Zanurzyłem palce w gęstwinie siwiejących włosów i podrapałem się po głowie.
Stałem przez chwilę nad fajerką wpatrzony w sadzę, która osiadła na wierzchniej części paleniska. W czajniku była jeszcze woda, więc postawiłem go na kuchence i sięgnąłem do jednej z górnych szafek, gdzie w jej najdalszy kąt wciśnięta była puszka zwietrzałej kawy. Z uwagi na to, że jak wspomniałem, kawy nie pijam, nie miałem pojęcia, jakie proporcje zastosować. Do blaszanego kubka sypnąłem trzy łyżeczki. Chwilę dumałem nad dodaniem cukru, ale stwierdziłem, że szkoda go marnować na taki niepewny eksperyment jak kawa. Gwizdek w czajniku świsnął cicho, oznajmiając mi, że woda się zagotowała. Nienawidzę gwizdu gotującej się wody. Zwykle staję nad kuchnią i bacznie obserwuję czajnik, a kiedy tylko dostrzegę lekko unoszący się pod wpływem pary gwizdek, dopadam do niego i czym prędzej zdejmuję. Wciąż mam poparzone palce. Ale poparzone palce to nic w porównaniu z wbijającym się w moją czaszkę dźwiękiem, któremu po raz kolejny udało mi się zapobiec. Mógłbym mieć czajnik bez gwizdka albo czajnik elektryczny, ale boję się pożaru. Bardzo się boję, że mój dom spłonie. Ja spłonę w moim domu.
Palce zmoczyłem w wiadrze z zimną wodą prosto ze studni. Skąd w ogóle umyśliłem sobie tę kawę?
Chciałbym powiedzieć, że w chwili zalania proszku wrzątkiem po izbie rozszedł się przyjemny aromat, który pieścił moje nozdrza, ale tak nie było. Zwietrzała kawa dawała stęchlizną. Postanowiłem jednak wypić.
Z kubkiem w dłoni podszedłem do okna. Mój dom stoi na sporym podwyższeniu. Sam usypałem skarpę. Dach niemal zrównuje się z koronami otaczających go drzew.
Poranek był widny, mimo iż słońce z trudem przedzierało się przez chmury. Zagajnik i mój dom umieszczony jest w rozległej górskiej dolinie i otaczające go szczyty nie ułatwiają słońcu sprawy.
Stwierdziłem, że tej nocy nie spadło dużo śniegu. Czy w ogóle padał? Wytężyłem wzrok, by zza szyby oszacować warstwę bieli. Wtedy to dostrzegłem. Ślady! Ni mniej nie więcej, w nocy lub nad ranem, gdy jeszcze spałem, ktoś grasował pod moim domem. Być nie może! Kto by się tu zapuszczał? Kto ominął wnyki? Zacisnąłem palce dłoni na parapecie, aż poczułem w nich drętwienie. Mój najbliższy sąsiad mieszkał trzy kilometry dalej, licząc w linii prostej. Była nim stara kobieta. Dobiegała setki i nie kojarzyła połowy rzeczy, które działy się dokoła niej. Kiedyś miała syna, lecz ten zaginął w lesie lata temu. Podążając tą linią dalej w kierunku zachodnim, za następne dwa kilometry można było natrafić na siedlisko trzech domów. Nie pamiętam, kto w nich mieszka. A za następne pięć kilometrów trafiało się do prawdziwej metropolii w mikroskali: wioseczki składającej się z kilkunastu domków, sklepu i kościoła. Szkoły nie było, bo nie było i dzieci. Wybrałem sobie na siedlisko tak odludne miejsce jak to tylko możliwe, a mimo to w styczniowy poranek przed swoją chatą dostrzegłem ślady dwunożnego stworzenia. Być nie może!
Nie zwlekając ani chwili, napędzany paniką, w samych kalesonach i podkoszulce pobiegłem do sieni. W biegu nie pomyślałem o narzuceniu na siebie kurtki czy przyodzianiu butów. Wziąłem natomiast strzelbę. Pierwsze kroki, które postawiłem na werandzie, jeszcze nie ostudziły mojego zapału, dopiero gdy wełniane skarpety zatopiły się w mokrym śniegu, poczułem, że trochę mnie poniosło. Zamiast jednak wrócić do domu i naprawić swój błąd, ja już wpatrywałem się w ślady. Jak się okazało, zaczynały się tuż za moimi schodami, a więc intruz podlazł niemal pod drzwi wejściowe. Gdy objąłem wzrokiem większą przestrzeń, okazało się, że to nie koniec niespodzianek. Intruz nie był sam. Przyjrzałem się bliżej rozsianym po terenie podwójnym śladom. Były niewielkie, dziecięce, ale dość głębokie. Wyglądało to tak, jakby grupa dzieciaków bawiła się tu w berka. Ilu ich mogło być, nie potrafiłem oszacować. Atakująca mój narząd wzroku jaśniejąca biel, szok spowodowany odkryciem i lodowaty chłód przenikający do moich trzewi uniemożliwił mi sprawną kalkulację. Jeszcze raz omiotłem wzrokiem teren wokół domu i postanowiłem wrócić do środka. Nie była to dla mnie łatwa decyzja. Moja natura nakazywała mi wyśledzenie natrętów i rozstrzelania ich w tej chwili, w tym momencie, nie bacząc na zimno.
Zmarzłem. Wracałem ze zwieszoną głową, nadal nie wierząc własnym zmysłom. W domu dopiłem kawę, nie czując już nawet smaku. Przemoczone kalesony i skarpety wywiesiłem na sznurku nad kuchenką i począłem przygotowania do zbadania zagadki.
Kiedy się tu sprowadziłem, a było to lata temu, jednym z moich pierwszych nabytków była lornetka. Chwilowy kaprys. Nie wiem, co miałem wtedy w głowie. Teraz miałem użyć jej po raz pierwszy. Założyłem też ocieplane wojskowe spodnie, zmechacony sweter i parkę, gdyż stwierdziłem, że kożuch może ograniczać mi ruchy. Gdy stałem już u drzwi wyjściowych, obleciał mnie strach. Nie wiedziałem, z czym mam do czynienia, a przygotowania do wyjścia dały mi czas na rozważania.
Stałem tak przez chwilę, zaciskając i rozluźniając wolną dłoń, aż w końcu zdecydowanym ruchem otworzyłem drzwi. Ślady nadal tam były. Postanowiłem podążyć za tymi, które należały do najodważniejszego intruza, tego, który podszedł pod same schody. Szedłem, tropiłem.
W pewnym punkcie wszystkie tropy zaczynały się mieszać, zapętlać, a ja nie byłem już w stanie wyłonić z tego mrowia tej jednej pary. Obszedłem całą okolicę domu. Dzieciaki wyraźnie biegały wokół niego, a wszystkie pozostawione przez nie ślady urywały się na początku lasu. Teraz, stojąc przed nim, miałem wrażanie, że jest znacznie ciemniejszy i gęstszy, niż mi się wydawało, gdy obserwowałem go z okna. Chwilę wpatrywałem się w mroczną ścianę stworzoną z pni, która zdawała się być zdolna wchłonąć sobą wszystko, co przekroczy linię drzew. Nie chciałem jej przekraczać, mimo iż zdawałem sobie sprawę z tego, że zagrożenie, które czai się wokół mojego domu, przybyło właśnie stamtąd. Lornetki nawet nie podniosłem do oczu. Niewiele brakowało, a w złości cisnąłbym nią w zaspę.
Gdy wróciłem do domu, była już pora obiadowa. Nie zjadłem nawet śniadania. Trzy dni temu nagotowałem gulaszu z zająca, który wpadł w moje wnyki, i także dziś miał mi on posłużyć za posiłek. Zasiadając do jedzenia, planowałem swoją strategię obrony. Postanowiłem, że tej nocy nie położę się spać. Usiądę na fotelu na wprost okna ze strzelbą na podorędziu i jeśli tylko zobaczę choćby jednego gówniarza, który kręci się koło mojej chałupy, to będę strzelać w to małe dupsko aż strach! Na myśl o tym poczułem przyjemne mrowienie w dłoni. Lubiłem strzelby i noże. Mój świętej pamięci dziadek, niech skurwysyna piekło pochłonie, zawsze powtarzał, że karabiny są dla tchórzy. Nie chciałem się z tym zgodzić, choć podświadomie wiedziałem, że miał rację.
Przed wieczorem wypiłem jeszcze butelczynę piwa własnej roboty. Było lekko kwaśne, ale ten fakt mi specjalnie nie przeszkadzał. Czułem podniecenie związane z wieczorną wartą. Tak, byłem wkurwiony tą nową i niejasną sytuacją, ale też stałem w obliczu wyzwania. Miałem bronić swojej twierdzy. Chyba po raz pierwszy. Nie licząc incydentu z niedźwiedziem sprzed paru laty. Olbrzymi zwierz gdzieś w okolicy kwietnia podlazł pod moją szopę, mały budynek przytulony do chaty. Wypatrzyłem go z okna. Zamarłem ze strachu. Niedźwiedź stanął na dwóch łapach i zaczął węszyć, podnosząc łeb ku górze. W końcu opadł na cztery łapy i zaczął całym ciężarem cielska ocierać futro o drewniane deski szopy. Znaczył teren, zostawiał swój zapach. Było dla mnie coś upokarzającego w tym zdarzeniu. Nie dlatego, że byłem przerażony, lecz dlatego, że z owym strachem nawet nie spróbowałem się zmierzyć. Na szczęście bachory to nie niedźwiedź. Dam sobie radę.
Zastanawiałem się, czy nie sięgnąć po następną butelkę, ale stwierdziłem, że trzeźwy umysł to to, czego będę mógł potrzebować. Nie chciałem chybić. Postrzelę gnoja, a ten dotoczy się do domu i znowu będzie afera, że strzelam do ludzi.
O tej porze roku zmrok zapada szybko. W przypadku doliny, w której mieszkam, zapada jeszcze szybciej.
Krótko po piętnastej jest już całkowicie ciemno. Intruzi mogą zjawić się w każdej chwili.
Była dwudziesta pierwsza, gdy podniecenie zaczęło ustępować miejsca znużeniu i senności. Ściągnąłem parkę, zwlokłem buciory i w końcu też spodnie. Głowa opadała mi na ramię. Zerknąłem w mrok nocy z półprzymkniętych powiek. Wtedy to się stało. Najpierw ich usłyszałem, dopiero później zobaczyłem. Trzy dziewczynki i jeden chłopczyk. Układ sił dobrze mi znany z własnego dzieciństwa. Mały ciągnął za sobą sanki, co wskazywało na to, że na ten wieczór lepiej przygotowali się do zabawy. Posłyszałem ich śmiech i to on wybudził mnie z letargu. Przycisnąwszy nos do szyby, dostrzegłem moich intruzów. Dziewczynki biegały wesoło po śniegu, ale chłopiec przystanął. Zadarł głowę i patrzył prosto w moje okno. Jak ten węszący niedźwiedź. Miał zieloną wełnianą czapeczkę i czerwony płaszczyk. Miałem wrażenie, że uśmiecha się do mnie w pozdrowieniu. Tego było już za dużo. Znowu to zrobiłem. Wybiegłem na dwór w samych kalesonach i skarpetach. Strzelbę przeładowałem w biegu. Wyskoczyłem na ganek i wymierzyłem w mrok. Mógłbym stwierdzić, że po dzieciakach nie było śladu, ale nie byłaby to prawda. Ślady były, ale dzieciaków nie. Nie ostudziło to mojego animuszu. Wiedziałem, że nie spierdoliłyby tak szybko. Biegnąc, krzyczałem:
– Wypierdalać, wypierdalać mi stąd!
Oddałem trzy strzały w głuchą przestrzeń. Echo poniosło się znacznie dalej niż pociski. Krążyłem wokół posesji, strzelając i przeładowując. Już nie krzyczałem, bo od krzyku zachrypłem. Szybko zrobiło mi się zimno, a gdy adrenalina nieco opadła, poczułem lodowaty chłód graniczący z bólem. Jeszcze raz spojrzałem na linie drzew i powróciłem do swojego domu. Usiadłem na tapczanie, ciężko dysząc. Po chwili leżałem, a jeszcze parę minut później już spałem.

***
Rankiem obudziłem się przemarznięty na kość. Ogień na kuchni dogasł, ja poległem w mokrych kalesonach i skarpetach. Bałem się, że przez takie akcje kiedyś zachoruję i umrę. Zdążę zgnić, nim ktoś znajdzie moje zwłoki. Wiedziałem, że ten kto zjawiłby się tu przypadkiem i zastał mojego trupa, pewnikiem by mnie okradł. Zabrałby gramofon i płyty Louisa. Z rozmysłem schowałem swoje pieniądze w jedynym garniturze, jaki mam i w którym pewnie zostałbym pochowany. O ile komuś chciałoby się owlekać w niego zgniłe truchło. Ten który by zechciał to zrobić, znalazłby w kieszeniach mój cały dobytek. Nie obraziłbym, się gdyby go wziął. Jeśli ozdo- biłby moje zwłoki odświętnym ubraniem, zapewne mogę podejrzewać, że byłby to człowiek o sprawiedliwym sercu, dlatego też część znalezionych pieniędzy przeznaczyłby na mój godny pochówek. Tak to sobie umyśliłem. Dobre, nie? Skostniały nie miałem siły wstać i choćby rozprostować przemarznięte gnaty. Wiedziałem, że jeśli nie ruszę dupy i nie napalę w piecu, plan związany z odświętnym garniturem rychle wejdzie w życie. Podniosłem się więc, zdjąłem ubranie, które zdążyło i tak na mnie przeschnąć, i owinąłem się kocem. Wpół roznegliżowany podszedłem do kuchenki i począłem dorzucać węgiel i odrobinę drewna. Szczęśliwie ogień szybko zapłonął na nowo, a ja przysiadłszy na ławce obok, mogłem na powrót poczuć krążenie krwi w kończynach.
Wraz z krążeniem powróciła do mnie zdolność myślenia. Przypomniałem sobie o wczorajszym niefartownym wieczorze. O bezczelnym chłopcu, który gapił się w moje okno i o własnej głupocie, która sprawiła, że pognałem na mróz niczym szarżujący dzik. Nieśmiało zerknąłem za okno, gdy chodzenie przestało już być tak bolesną czynnością. Padał śnieg, na tyle gęsty by utrudnić mi widoczność i tym samym przekreślić szanse na spostrzeżenie nowych dowodów zbrodni wokół mego domu.
Dalszy czas upłynął mi we względnym spokoju ducha. Cały ranek słuchałem płyt Louisa i zastanawiałem się, czy nie napisać czegoś w rodzaju testamentu do szczęśliwego znalazcy moich zwłok. Chyba wypadałoby się przedstawić, a nie leżeć bezimiennym trupem. Nie chciałbym kojarzyć się mojemu znalazcy tylko z fetorem rozkładającego się mięsa. Chciałbym zaprezentować się nieco lepiej w oczach ostatniej osoby, z jaką będę mieć styczność, jakkolwiek to brzmi.
Po południu zakasałem rękawy i posilony kaszą z okrasą przystąpiłem do przygotowania zapasów drewna. Machanie siekierą mnie odprężało. Odnotowałem w głowie, że nie robiłem tego od trzech dni, może stąd w moim ciele rosnące napięcie. Gromadzenie zapasów opału dawało mi poczucie celowości. W tym chujowym położeniu myśl o zagrożeniu mogły zagłuszyć tylko razy wymierzane ostrym narzędziem, a później widok równiutkiego stosu polan. Rytmicznym uderzeniom towarzyszył odgłos echa i nieregularne stuknięcia dochodzące z południowej części lasu. To dzięcioł wykonywał swoją pracę. Pracowaliśmy więc razem, w porozumieniu. Miałem jeszcze zamiar przed zmierzchem odwiedzić zastawione na drobną zwierzynę pułapki, ale zbyt zapamiętałem się w poprzednim zajęciu. Spojrzałem w niebo, nad korony drzew i drobne płatki śniegu znaczące przestrzeń ponad moją głową. Czas kończyć.
Wieczorem zasiadłem do obserwacji w pełnym uzbrojeniu. Nie w galotach z piwkiem w dłoni, ale z drugą już w ciągu dwóch dni kawą, w spodniach, butach i z parką zarzuconą na oparcie fotela. Broń rzecz jasna też miałem. Nie odczuwałem jak dotąd żadnych skutków wczorajszych wojaży, więc na jakiś czas odsunąłem od siebie myśli o gnijących zwłokach. Stęchła kawa chyba nawet zaczęła mi smakować. Humor miałem całkiem dobry jak na okoliczności. Gdy znudziło mi się słuchanie płyt, włączyłem radio. Łapało jedną, góra dwie stacje, w zależności od pogody. Na jednej ciągle się modlili i dociekali, czy dostąpią królestwa niebieskiego. Na drugim mówili o polityce i zbrodniach. Czyli w sumie o jednym. Pierwszą stację uważałem za zabawniejszą. Czasem dzwonili do nich słuchacze. Głównie starsze kobiety, im było najpilniej do królestwa niebieskiego. Słuchałem radia i planowałem. Postanowiłem wziąć intruzów podstępem. Znowu czaiłem się w oknie, ale tym razem nie zamierzałem wybiec z chałupy na wariata, w akompaniamencie wulgaryzmów i nieludzkich okrzyków. Zamierzałem wyjść cichaczem. Wiedziałem, że będę musiał zwalczyć narastające wkurwienie, gdy pojawią się dzieciaki, bo tylko w ten sposób mogę wcielić plan w życie.
Starałem się wyciszyć, gdy z wybiciem godziny dwudziestej pierwszej posłyszałem pukanie do drzwi. Radio zaszemrało i zawiesiło swoje usługi. Wzdrygnąłem się na fotelu. Być nie może! Sami przyszli się poddać? A może to ten wścibski strażnik leśny. Usłyszał wczoraj strzały, więc przyszedł na wieczorną kontrolę, psia mać. To głównie z myślą o nim zawsze trzymałem u siebie zwietrzałą kawę. W ten sposób mogłem zachować pozory normalności. Siadam z gościem przy stole i podaję kawę, jak dobry gospodarz. Bywał u mnie średnio raz na kwartał. Chyba, że coś się wydarzyło.
Usłyszałem w sumie trzy stuknięcia w drzwi. Dopiero przy trzecim podniosłem się z fotela. Strzelbę wsparłem o jego oparcie i zakryłem parką. Jeśli to strażnik, lepiej by nie widział broni. Zawahałem się jednak, bo jeśli to intruz, to wręcz przeciwnie, powinien ją widzieć, a nawet poczuć. Podszedłem do drzwi i zapaliłem światło na ganku, by mój gość kimkolwiek był, nie stał w ciemności. Stanąłem przed drzwiami i już miałem zadać sakra- mentalne pytanie: kto tam?, ale coś mnie powstrzymało.
Zamiast tego po prostu otworzyłem drzwi.
Moim oczom ukazała się blada twarz młodzika. Młodzik był mniej więcej mojego wzrostu, ale w porównaniu ze mną wydawał się dużo mniejszy, że tak powiem, objętościowo. Był bardzo chudy. Granatowy płaszcz wisiał na nim, a chude ciałko uginało się pod jego ciężarem. Oczy miał jakieś zamglone, o bardzo jasnym kolorze, włosy w odcieniu słomy i najważniejsze, był cały mokry, jakby zebrał ze sobą cały marznący deszcz, jaki spadł tej zimy.
Patrzyłem na niego wyczekująco, zastanawiając się, czy da głos, czy tak będzie tak stał.
– No? – ponagliłem go.
– Przepraszam, psze pana, czy mógłbym schronić się przed śniegiem?
Przyjrzałem się przestrzeni za jego plecami i zabijcie mnie, ale nie dostrzegłem ani płatka lecącego z nieba.
– Przecież nie pada śnieg – stwierdziłem rzeczowo, nadal wpatrując się w mojego dziwnego gościa.
Młodzik zadygotał. Nie wiem, czy to z zimna, czy ze strachu, ale i mnie przeszył dreszcz, gdy tak na niego patrzyłem. Nie potrafiłem oprzeć się wrażeniu, że skądś znam tego człowieka, jednak on zachowywał się, jakby trafił tu zupełnie przypadkiem.
– Czy mogę schronić się przed śniegiem? – powiedział jeszcze wyraźniej i jakby dobitniej. Był w jego tonie jakiś tragizm. – MOGĘ?
– Właź, skoro musisz – powiedziałem w końcu, choć nie nazwałbym tego świadomą decyzją.
Gdy mężczyzna wchodził do sieni, ja rozejrzałem się po posesji. Noc przyszła niepostrzeżenie i było już całkiem ciemno. Nie było wiatru, a mimo to usłyszałem szelest w pobliskich drzewach. Jakby zduszoną konwersację, zakończoną „Ciiiiii”. Jakby jedna osoba uciszała drugą. Już miałem ruszyć w tamtym kierunku, kiedy przypomniałem sobie, że mam w domu gościa. Nie mogę go zostawić, aby spenetrować krzaki. Majątku w domu nie trzymałem, ale kto wie? Może zajebałby mi płyty? Zamknąłem za sobą drzwi, gasząc światło na ganku. Odwróciłem się w kierunku mojego przybysza. Zdążył przejść może cztery kroki od drzwi. Stał w izbie i gapił się w okno. Nie wytężał wzroku, tak jakby patrzenie w ciemność nie sprawiało mu żadnego kłopotu. Jakby coś tam widział i to wyraźnie. Ruszyłem w głąb domu. Minąłem jegomościa i stanąłem przy fotelu, o który oparta była strzelba. Wziąłem ją w obie dłonie. Trzymałem ją przez chwilę oburącz, licząc, że facet obróci się i spojrzy na mnie. Chciałem, żeby dokładnie zobaczył, jaki jestem uzbrojony i groźny, żeby wiedział, że nie będę łatwą ofiarą. Nie zrobił tego jednak. Zniechęcony odkładałem broń na miejsce, gdy ten się wreszcie odezwał:
– Masz dzieci? – Nie odrywał wzroku od okna.
– Nie, nie mam nikogo – odrzekłem.
Chyba był usatysfakcjonowany taką odpowiedzią, bo przysiadł na drewnianym taborecie.
– Chcesz piwa? – spytałem siląc się na gościnność. – Grzane, dobre – dodałem.
– Dziękuję bardzo, poproszę – odpowiedział uprzejmie. Mówiąc to, nie patrzył jednak na mnie, tylko jakby na przestrzeń tuż za moimi plecami. To było dość dziwne i nie spodobało mi się.
– Co za popieprzony… – Nalałem do kubka chmielowego napoju. Spojrzałem na przybysza. Myślałem, że jakoś ustosunkuje się do mojej wypowiedzi, ale on tylko uprzejmie uśmiechał się do ściany na moimi plecami.
Podałem mu piwo. Chwycił je oburącz. Już chciał się napić, ale odstawił je na blat obok siebie, jakby nagle sobie przypomniał, że jest abstynentem. Siedział tak i patrzył to na jedną, to na drugą ścianę. Ja stałem wsparty o futrynę, przygnieciony niezręcznością tej sytuacji.
– A ty? – wystrzeliłem z siebie pytanie.
– Co ja? – spytał całkowicie zasadnie.
– Czy masz dzieci, się pytam – zamruczałem pod nosem.
– Nie. Ja też nie mam nikogo – odpowiedział
– Racja. Młody jesteś, po co ci to – ciągnąłem, porażony siłą mojej nagłej elokwencji.
– Nie jestem młody, psze pana. Tylko tak wyglądam – odpowiedział, patrząc na swoje zsiniałe od zimna ręce.
Na dworze zerwał się wicher. Świstało z taką mocą, z jaką świstać potrafi tylko górski niespokojny wiatr. Niespodziewanie odżyło moje radio i zainwokowało „Ojcze Nasz”. Mężczyzna w moim domu popatrzył na mnie smutno.
– Czas bym się zbierał. Bardzo panu dziękuję. – Podniósł się z taboretu. W jego ruchach było coś niesamowicie ociężałego.
– Taaa… – mruknąłem tylko. Wiem, że wypadałoby go zatrzymać. Zaproponować nocleg czy coś. Ale, prawdę mówiąc, nie było mi na rękę, by tu został. Co, mieliśmy spać na jednym tapczanie, przytuleni do siebie jak dwa kocięta? A może w nocy by mnie okradł. Albo zabił? Nie wiedziałem, kim był ani skąd przyszedł.
Zarzucił na głowę kaptur. Odprowadziłem go do drzwi. Zatrzymał się na moment, w tym czasie zapaliłem światło na ganku.
– Psze pana – zaczął.
– Taa?
– Psze pana, nie powinien pan tu nikogo wpuszczać – powiedział powoli i wyraźnie. – To nie jest dobry czas – dodał, przechodząc przez próg na ganek, po czym uśmiechnął się i zszedł po schodach. Miałem mu powiedzieć, żeby uważał na wnyki, ale z jakiegoś powodu wydało mi się to bezzasadne. Żarówka w lampionie zaczęła mrugać niespokojnie. Skupiłem się na niej, a tym czasem mój dziwny przybysz odszedł. Gdy znowu na niego spojrzałem, był już przy linii drzew. Wtedy to spostrzegłem: po swoich krokach nie pozostawiał śladów.

***
Czekała mnie długa i dziwna noc. Nie byłem idiotą, więc zacząłem dość szybko podejrzewać, że tajemnicze znaleziska i wieczór w osobliwym towarzystwie mogą mieć ze sobą coś wspólnego. Dreptałem niespokojnie po izbie, trzymając w ręku strzelbę. Była ciężka, więc ponownie odstawiłem ją na jej miejsce przy fotelu. Podszedłem do blatu tuż przy oknie, w które wpatrywał się mój gość. Spojrzałem przez szybę, po czym mój wzrok skierował się na żeliwny kubek, w którym podałem piwo swemu towarzyszowi. Był pusty. Kiedy on to wypił? Nie widziałem, żeby pił. Sam wypiłem? Czy ja do reszty już zdurniałem? Zacisnąłem pięści na blacie. Postanowiłem odkapslować kolejną butelkę i przygotować sobie grzańca. Zastanowiłem się jednak chwilę nad tym pomysłem. Powinienem raczej wypić kolejną kawę, żeby nie zasnąć. Muszę czuwać, a nie popijać piwko, jak na jakimś pikniku. W końcu wyjąłem piwo z drewnianej skrzyni, gdzie zwykłem je wstawiać, odkapslowałem i wypiłem zimne. Z kawą nie ma co prze- ginać. Znowu pomyślałem o moim truchle. Umarłem na zawał po przedawkowaniu stęchłej kawy.
Co tu robić? Po „Ojcze Nasz” radio znowu umilkło. Otaczała mnie niewygodna cisza. Pierwszy raz wydała mi się niewygodna. Nastawiłem więc gramofon z płytą Armstronga. Jego optymizm i zachwyt nad światem był dla mnie drzazgą w uchu, a mimo to lubiłem go słuchać. W końcu facet miał nieciekawe życie, szczególnie młodość. Matka dziwka, siostra dziwka… Nie rozumiałem jak ktoś może śpiewać, że świat jest piękny, kiedy jest, no, chujowy.
Słuchałem jednak tych kłamstw. Całe życie nic tylko słuchałem kłamstw. Kłamali moi rodzice, gdy zmarł dziadek. Mówili, że był dobry, ale on nie był dobry. Kłamały kobiety, kiedy mówiły: to nic, następnym razem się uda. Kłamali ci, którzy mówili, że wszystko zależy od ciebie i ci, którzy mówili, że wszystko jest w rękach Boga. Ja też umiem kłamać. O tak… „Mamusiu, tatusiu, to naprawdę nie ja zabrałem zdjęcie. Nie dosięgam na półkę z albumami. Mam za krótkie nóżki”.
Jak już człowiek raz zacznie kłamać, to nie potrafi prze- stać. Dlatego jestem tu. Sam. Samiutki, żebym nie musiał nikogo okłamywać i żeby nikt nie okłamywał mnie.
Osuszywszy butelkę, trwałem w bezruchu na swoim fotelu. Z letargu wyrwał mnie śmiech. Ale jaki śmiech! Jakby całą przestrzeń wokół mnie wypełniał dźwięk radosnego śmiechu dzieci. Śmiały się prosto w moje biedne uszy. Zagłuszyły Louisa. Zagłuszyły wiatr. Szyby w oknach trzęsły się od siły natężenia dźwięku. Odgłos rozchodził się falami, jakby od wnętrza mnie, i swobodnie rozchodził się po otaczającej mnie przestrzeni. Rozchodził się jak kręgi na wodzie, gdy do stawu wrzuci się kamień. Na początku są wyraźne i skoncentrowanie wokół miejsca spoczynku kamienia, z czasem zataczają się coraz dalej, aż w końcu znikają. Pozostaje tylko gładka, niewzruszona tafla wody.
Cisza. W końcu nadeszła cisza. Zerwałem się w fotela, na ślepo wymacałem strzelbę i wybiegłem przed dom. Krzyknąłem:
– Wypierdalać! Wypierdalać z mojego domu! Strzelałem na oślep w las. Echo niosło odgłos kolejnych wystrzałów. Czułem, jak w mojej głowie pulsuje ból. Chciało mi się płakać, ale bardziej chciałem krzyczeć. Więc krzyczałem, aż znowu ochrypłem.
Stałem tuż przed lasem i dyszałem ciężko. Usłyszałem huk sowy i wtedy znowu zaczął padać śnieg. Nieco ostudził on mój zapał do wystrzelania niewidzialnych wrogów. Poczułem przejmujący chłód. Spojrzałem na stopy. Kalesony, w których dziś występowałem przed śmiejącą się publicznością, miały mokre nogawki. Stopy całkiem zapadły się w śnieg. Zimno jak cholera. Kiedy zdążyłem się rozebrać? Przecież byłem gotowy, cały czas gotowy. A teraz znowu mokre kalesony, mokre skarpetki i zimno. Zimno.
Wróciłem do domu chwiejnym krokiem. Czułem straszną niemoc. Ociężałość. Jakbym kogoś niósł na plecach. Z hukiem zatrzasnąłem za sobą drzwi. Dopełzłem do fotela i opadłem na niego jak drętwe zwłoki wrzucone do dołu przez grabarza.
Zasnąłem. Chyba zasnąłem, albo straciłem przytomność. Dobrze, że w przerwie między podejmowaniem gościa a lataniem z gołą dupą po posesji dołożyłem do pieca. Zamarzłbym pewnikiem na śmierć. Nadal nie przygotowałem wiadomości dla szczęśliwego znalazcy mojego truchła.
***
Obudziłem się o wschodzie słońca. Przez chwilę siedziałem nieruchomo. Muszę najpierw pomyśleć, zanim zrobię coś głupiego. Chyba się bałem. Tych dziwnych zdarzeń i swojej reakcji na nie. Zawsze byłem impulsywny. Nikt nie wiedział, czego się po mnie spodziewać.
Gdy wpadałem w szał, szedłem jak taran. Rozjuszone, duże chłopisko, które nie potrafi nacisnąć hamulca.
W końcu usiadłem wyprostowany. Nasłuchiwałem. Zerknąłem niepewnie w stronę okna. Trzeba je będzie zabić deskami. Może to coś da. Dźwignąłem się ciężko z fotela. Bolały mnie plecy i kark. Od ubiegłego wieczora przybyło mi chyba z dziesięć lat. Byłem nieprzytomnie głodny. Nie miałem już zajęcy na stanie. Tylko konserwę i resztkę chleba. Dobrze, że nie przyszło mi do głowy częstować żarciem mojego gościa. Na dokładkę teraz bym jeszcze głodował. Niechętnie rozejrzałem się po prawie pustej szafce, gdzie trzymałem coś na ząb. W lodówce nie było lepiej. Będę musiał iść do sklepu. Westchnąłem ciężko i powąchałem bluzkę, którą miałem na sobie. Jeszcze nie śmierdzę, mogę iść między ludzi. Zagryzłem resztki żarcia i począłem się przygotowywać.
Zebranie się w sobie do opuszczenia domu zajęło mi wybitnie dużo czasu. Umyłem twarz, zaczesałem włosy, włożyłem czyste kalesony, stare przetarte bojówki i czapkę z zajęczego futra. Staranną toaletę odbyłem przed maleńkim, zaśniedziałym lusterkiem. Moja babcia nosiła je w torebce. Jakoś potrafiłem zaakceptować swój wizerunek odzwierciedlony w tym małym przedmiocie. Widziałem ogorzałą twarz, przekrwione oczy, siwiejące włosy. Prawie przypominałem w nim człowieka. Nigdy jednak nie przyglądałem się sobie zbyt długo. Chyba w obawie przed tym, że w którymś momencie zobaczę coś więcej. Środek, wnętrze. Gnijącego trupa, który zamieszkiwał moje trzewia. Coś zepsutego i ohydnego. Prawdziwego.
Zarzuciłem jeszcze płaszcz, plecak i wyruszyłem. Rozważałem wzięcie strzelby, ale ludzie jakoś dziwnie na nią reagują. Ograniczyłem się więc do noża. Wyciągnąłem z garnituru trochę pieniędzy.
Szedłem swoim zwyczajem wzdłuż linii wysokiego napięcia. Miałem spory kawałek do przejścia, zanim druty napotkają polną drogę prowadzącą do osady, gdzie mieścił się sklep, i biegnącą dalej, wylaną asfaltem, aż do najbliższego miasteczka. Poranek był dość ładny. Świeciło słońce, mróz był spory, ale za to wiatr spokojny i prawie nieodczuwalny. Tu w górach pogoda potrafi się jednak zmieniać bardzo szybko.
Nie chciałem myśleć o przykrych wydarzeniach. Chciałem poudawać pustogłowego turystę podziwiającego widoki. Nic z tego. Cały czas kołatała mi się myśl, co mogę zrobić, aby rozwikłać tę zagadkę. Po pierwsze. Dzieci. Skąd w dolinie wzięły się dzieci? Wiem, jak się to odbywa gdzie indziej, ale w wiosce nikt owego cudu stworzenia nie dokonał od dekad. Odkąd tu zawitałem, żadnego przeklętego bachora w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Pomyślałem o ziemi, którą próbowałem uprawiać, o małym ogródku za szopą oznaczoną przez niedźwiedzia. Kopałem, pieliłem, obsiewałem. Wszystko na nic. Ziemia nie rodziła. Nic z moich starań nie wykiełkowało. Była bezpłodna, jak te kobiety we wsi. Tu nie można mieć dzieci. Takie słowa usłyszałem od Starej Wariatki, mojej najbliższej sąsiadki. Ona miała syna i przepadł, bo nigdy nie powinno go tu być. Śnieg po niego przyszedł, zszedł z gór i go zabrał. Gdy się tu osiedliłem, syn wariatki był już tylko wspomnieniem, któremu paliła gromnice w oknie. Może zobaczy światło i wróci do matuli. Nie wrócił. Może nie chciał, może nie mógł. Różnie ludzie mówili, a im więcej czasu mijało, opowieści toczone pod sklepem stawały się coraz dziwniejsze. Czasami ociągałem się trochę zbyt długo przy zakupach. Przystawałem między półkami a lodówką i przysłuchiwałem się rozmowom. Nie wiem po co, ludzie i ich sprawy dawno przestały mnie obchodzić. W końcu odchodziłem, żegnały mnie wrogie spojrzenia sklepowych tubylców. Najchętniej przegoniliby mnie, obrzucili butelkami, ale wina szkoda. Dla nich byłem dziwakiem z lasu. Niebezpiecznym kłusownikiem, co rozstawia wnyki wokół domu i milcząco się uśmiecha, gdy jakiś turysta w nie wpadnie. Był tu kiedyś jeden turysta, a później go już nie było. Przepadł. Akurat ustrzeliłem wtedy dzika. Mięso było twarde i żylaste, bo stary był. Pod sklepem mówili, że to ja, że ja zabiłem turystę. Został po nim tylko namiot w górach, który znalazł wścibski strażnik leśny. Była zima, kto zimą obozuje w lesie? Śmierci szukał, to ją znalazł. A dzika zakopałem za szopą. Do użyźnienia gleby też się nie nadał.
Nie uznałbym mojego marszu za przyjemny, ale w życiu nie chodzi o przyjemności, tylko o konieczności. W oddali słyszałem krakanie kuka. Te ptaszyska wiją gniazda naprawdę wysoko. Żeby patrzeć na wszystko z góry i strzec wszystkich tajemnic. Dostrzegłem coś pocieszającego w tym krakaniu. Przypomniało mi się, jak stawiałem mój dom. Pomagał mi w tym jeden, nie młody, nie stary. Przybył tu Bóg wie kiedy i został Bóg wie po co. Wielkie, jeszcze większe ode mnie chłopisko. We wsi miał łatkę przygłupa. Może to przez zdeformowaną czaszkę. Mnie wcale nie wydawał się głupi, bo umiał heblować deski, słuchał, co się do niego mówi, za to sam nie gadał bez potrzeby. Z większością prac poradziłem sobie sam, ale Przygłup był pomocny i jakimś dziwnym trafem pojawiał się zawsze, kiedy był potrzebny. Po prostu przychodził, siadał na pieńku i patrzył, co robię. W końcu przyłączał się do roboty. Kiedy mój dom już stał, wypiliśmy z Przygłupem samogon, który kupił na targu, wymieniając za zająca. Zając był rzecz jasna mój, więc można powiedzieć, że samogon też. Popiliśmy. Wtedy dopiero morda mu się otworzyła. Zaczęło się od kruka. Przyznał, że boi się kruków i ptaków w ogóle. Tego co mogą zobaczyć, patrząc z góry, i co takiego już widziały. Zadumałem się wtedy nad jego słowami i już byłem pewny, że nie jest przygłupem. Im bardziej plątał mu się język, tym bardziej przyziemne tematy zaczynał poruszać. Opowiedział mi to i owo o wsi i jej mieszkańcach. Osada w dolinie była przesiąknięta zabobonem. Ludzie żyli tu, jakby rzeczywistość ich nie dotyczyła. Wojna przeszła obok, a miejscowi posłyszeli tylko jej echa. To w czasie wojny urodziło się tu ostatnie dziecko. Syn starej wariatki. Mojego rozmówcę nie zajmowały dociekania, dlaczego? Co było przyczyną tak nienormalnego stanu rzeczy. Czy słyszałem coś więcej na ten temat w ciągu wielu lat egzystowania na marginesie tej społeczności? Ano słyszałem. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie, ale między Bogiem a prawdą niewiele mnie to interesowało. Wtedy, teraz wiele bym dał za możliwość zweryfikowania nawet najbardziej absurdalnych pogłosek. Tylko po to by upewnić się, że nie zwariowałem. Kruk znowu zakrakał gdzieś w oddali, jakby odpowiadał na moje myśli.
W końcu dotarłem do cywilizacji. Wyszedłem z leśnej ścieżki na drogę. Minąłem te dwa domy, które miałem do minięcia, zatrzymując się na chwilę przy tym drugim. Popatrzyłem na zasypane obejście i samotnego psa śpiącego na schodach przy drzwiach. Pewnie zaraz go wpuszczą do domu. Nie zostawią tak przecież. A może zostawią? Wszystko jedno.
Sklep wyglądał jak chata z piernika, śnieg był lukrem, a nabrzmiałe wilgocią belki ścian tabliczkami czekolady. Ciężko postawiłem stopy na progu, by otrzepać buty ze śniegu. Miałem litość nad sfatygowanym linoleum, którym wyłożona była podłoga. Wszedłem do sklepu, a tam sklepowa stoi przy ladzie i płacze. Spojrzała na mnie, gdy stanąłem tuż przed nią. Pociągnęła nosem i dalej patrzyła. Wyczekująco.
– Pięć kilo mąki, trzy tuziny jaj, pięć konserw, tych co zawsze, tuzin zapałek i ten, nooo… tytoń do fajki – wyplułem z siebie listę zakupów, wpatrując się w czarne grochy na fartuchu sklepowej.
Sklepowa w milczeniu podawała produkty. Wyceniła usługę, odruchowo chciała pomóc przy pakowaniu, ale chyba przypomniała sobie, że nie podoba mi się ten zwyczaj. Kupiłem, to moje, niech sobie maca to, co stoi na półkach. Zarzuciłem ciężki plecak i już miałem wychodzić.
– Ta, eee… starsza pani, co to tu mieszka, to nadal tu mieszka? – powiedziałem, ja, mistrz składni. Na te słowa sklepowa zaczęła się dusić płaczem. Rozszlochała się na dobre. Z zaplecza wyłonił się jej małżonek. Objął żonę i skierował w stronę, z której sam przyszedł.
– Stara zmarła – powiedział krótko. – Coś jeszcze?
– Nie, dziękuję. Już wszystko mam.
I wyszedłem. Tym czasem pod sklepem zebrała się grupa pijaczków. Mróz im nie straszny. Zawzięcie konwersowali o ostatnich nowinach. O śmierci Starej Wariatki. Ją też zabrał dziwny śnieg. Zmarła w swoim łóżku na zawał, albo jak woleli podsłuchani przeze mnie pijaczkowie, ze strachu. Sklepowa zastukała do niej, gdy nie dostrzegła wieczorem gromnicznego światła w oknie. Okazało się, że Stara nie musiała już zapalać światła. Syn przyszedł i ją zabrał. Wysłuchałem opowieści pijaczków, nabijając fajkę. Jakbym się tak zastanowił, to nie paliłem już od miesiąca. Nie paliłem dużo, bo nie lubiłem nałogów.
Wracając, zorientowałem się, że pogoda zaczyna się zmieniać. Ciążył mi plecak i wieści o śmierci Starej Wariatki. Normalnie nie przejąłbym się tym zgonem, ale w mojej głowie to wydarzenie dołączyło do szeregu nieprzyjemnych zdarzeń ostatnich dni. Coś kazało mi połączyć te kropki.
Do domu miałem jeszcze z osiem kilometrów, do zachodu słońca przynajmniej dwie godziny. Niepowinno być źle. Szarość zasnuła niebo. Góry, wcześniej tak przyjemne dla oka, teraz zaczęły wydawać się posępne i groźne. Ich szczyty niknęły w kłębowisku wciąż obniżających się chmur. Szedłem drogą, myśląc o tym, że muszę zdążyć przed zamiecią, gdy zerwał się porywisty wiatr, a z nieba runął gęsty śnieg. Nie padał normalnie, tylko jakby osuwał się na świat gęsta białą zasłoną. To był śnieg, którego należało się bać. Chcąc iść coraz szybciej, w rzeczywistości szedłem coraz wolniej. Myślałem o byciu zasypanym i o tym, że jak zasypie mnie na drodze, to przynajmniej ktoś znajdzie moje zwłoki. Jeśli z niej zejdę, wchodząc na ostatnią prostą do domu i wtedy mnie przysypie, nie znajdą mnie do wiosny. Z desperacją myślałem o robakach i o dzikich zwierzętach pożywiających się moim truchłem. Cały misterny plan pochówku w garniturze pójdzie w pizdu. Zatrzymałem się na chwilę, by poprawić palto. Po mojej lewej stał przedostatni dom na trasie. Następny to dom Starej, która, jak twierdzili pijaczkowie i sklepowa, zdążyła się wymeldować. Nie pamiętam, kto tu mieszka. Wiatr utrudniał nie tylko stawianie kolejnych kroków, ale teraz nawet i oddychanie. Normalnie pewnie nie zrobiłoby to na mnie wrażenia, ale ostanie wydarzenia sprawiły, że zrobiłem się wrażliwszy.
Wiatr wzmagał się, a ja zdecydowałem, że rezygnuję z dalszej podróży. Zboczyłem z drogi i udałem się w kierunku domu po lewej. W oknie paliło się światło. Jest nadzieja – pomyślałem. Gdy wszedłem na schody i zapukałem, światło w oknie zgasło. Kurwa, jacy sympatyczni ludzie – przebiegło mi po głowie. Nie dam się tak łatwo zbyć, postanowiłem i dalej waliłem do drzwi. Nic? Nic. No to spróbujemy w okno. Walnąłem pięścią w szybę, aż ta się za trzęsła. Dudnienie miało całkiem zadowalającą intensywność. Teraz szczur będzie musiał zareagować.
Ktoś podszedł do okna. Starszy, siwy mężczyzna. W ręku dzierżył świecę i patrzył na mnie, jakby za chwilę miał wydać ostatnie tchnienie.
– Halo, dzień dobry – powiedziałem. Stary zamrugał, odsunął firankę i uchylił okno.
– Czego? – zapytał z niekłamaną uprzejmością
– Czy mogę schronić się przed śniegiem? – powie- działem donośnym głosem, a mój oddech prawie zgasił płomień świecy. Stary jeszcze bardzie wybałuszył oczy. Miały smutny wyraz i wodnisto-niebieski kolor. Chyba wszyscy starzy ludzie mają wodnisto-niebieskie oczy. Mój dziadek też takie miał. Starzec wpatrywał się we mnie, osłaniając dłonią drogocenny płomień. Po namyśle powoli przecząco pokręcił głową.
– Mogę? – powtórzyłem, bagatelizują wymowny gest.
– Nie mogę nikogo wpuszczać – powiedział cichuteńko stary.
– Panie, bądź pan człowiekiem, do domu mam jeszcze hektar, a w tę zawieję nie dojdę.
Znowu pokręcił głową. Wpatrywał się we mnie. Myślałem, że rozważa, czy mnie jednak nie wpuścić, a on rzecze:
– Czy ktoś u pana był?
– Co? – Szczerze się zdziwiłem.
– Czy przyszły dzieci? – mówił cicho, a i tak słyszałem, że głos mu się łamie.
– No i co? – Moja pięść zacisnęła się sama. Teraz dla odmiany pokiwał głową.
– Pan też nie powinien nikogo wpuszczać – powiedział z powagą.
– Taaa, już to słyszałem. – Gdy to mówiłem, wkurwiony już do bólu, w moim mózgu nastąpiło spięcie. Jakby coś wskoczyło na swoje miejsce. Stary chyba zobaczył strach w moich oczach.
– Nie mogę ci pomóc, chłopcze. – Po prostu zamknął okno.
Stałem tak, nie wierząc własnym uszom. W mojej głowie rozległ się odgłos stukania do drzwi. Moich drzwi, które otworzyłem ubiegłego wieczoru.

***
Nie pozostało mi nic innego, jak dalej iść. Ale dokąd? Do mojego domu, w którym teraz grasowało coś, czego wszyscy panicznie się boją?
Myślałem nad zawróceniem w stronę osady, ale to też był głupi pomysł. Nikt i tak by mi nie pomógł, nie udzielił schronienia. Może faktycznie są powody do zmartwień? Wiedziałem tylko, że nie zanosi się na nic dobrego. Ciekawe, co by się stało, gdyby stary jednak mnie wpuścił. Pewnie dzieci przyszły by do niego. Nękałyby go, a on być może zareagowałby na to jeszcze gorzej niż ja. Ja jestem jeszcze młody i silny, jak sądzę. Mogę się wziąć z tym czymś za bary. Nie mam, co prawda, na podorędziu gromnicy, ale mam nóż i strzelbę.
Zdecydowałem. Ruszam do domu. Do mojej ostoi, mojej samotni.
Kupiłem działkę ze spadku po rodzicach, w najbardziej odległym zakątku gór. Turystyka raczej tu nie kwitnie. Jest zbyt niebezpiecznie. Inwestorzy się boją. Żyją tu tylko ci, którzy tu utknęli. I ja, pomylony typ, który gardzi życiem społecznym, który nie potrafi się odnaleźć nawet w gromadzie odszczepieńców niewiele normalniejszych od niego. Wybrałem sobie takie życie. I nie chodzi o to, że nie próbowałem inaczej. Próbowałem. Gdy w wieku osiemnastu lat poszedłem do wojska, chciałem być żołnierzem. Nie przeszedłem jednak testów potrzebnych, by przejść na zawodowstwo. Odpadłem razem z takim jednym, któremu powiedziano, że zamiast zabić wroga, on by się godzinę zastanawiał. Mnie nie powiedziano nic. Może dlatego że nie zapytałem. A nie zapytałem, bo dobrze wiedziałem, jaka jest przyczyna. Tam też nie pasowałem. Poszedłem na studia. Na inżynierię. Chciałbym powiedzieć, że skończyłem je z wyróżnieniem, ale nie skończyłem ich wcale. Nie chcę o tym mówić. Nie chcę o tym myśleć.
Miałem wrażenie, że zamieć nieco zelżała, albo po prostu przywykłem do wiatru i śniegu chlastającego mnie po twarzy. To tu. Tu linia wysokiego napięcia rozwidla się i to tu muszę skręcić, by dojść do domu. Zrobiło się już ciemno, gdy wchodziłem między leśną gęstwinę.
Odgłosy lasu nigdy mnie nie przerażały. Były dla mnie czymś całkowicie naturalnym. Jednak zimą nie śpiewają słowiki. Część zwierzyny zapada w sen. Zazdrościłem im. Ja też chciałbym okresowo zapadać w sen. Kiedy warunki nie są sprzyjające do życia, ja układam się w mojej jamie i odpływam w błogi niebyt. Brnąłem przez wciąż rosnące zaspy i myślałem o moim życiu, o ludziach, których spotkałem. O rodzinie i o dziadku. O tych, którzy wychodzili z mojego życia jak z kibla, a ja zostawałem po uszy w gównie.
Najwięcej myślałem o dziadku. To zawsze powracało do mnie z intensywną uporczywością w chwilach kryzysu. Jakby moja podświadomość chciała mi jeszcze dołożyć.
Las jeszcze bardziej zgęstniał. Nagie krzewy wychodziły mi na spotkanie, chłostały gałęziami po twarzy. Przedzierałem się dzielnie, mimo iż plecak bardzo mi ciążył. Czułem pot na skórze, szczypała mnie twarz. Muszę, muszę odpocząć. Zatrzymałem się. Spojrzałem w górę. Kurwa. Gdzie są druty? Gdzie są słupy? Szedłem dość długo ze spuszczoną głową, zasłaniając twarz przed gałęziami. Straciłem z oczu moją Nić Ariadny. Rozejrzałem się. Zrobiłem dwa kroki w tył, po dwa w każdy bok. Nic. Nie ma. Znikły, wyparowały. Ile lat już chodzę tą samą drogą? Dużo. I nigdy nie zdarzyło mi się pobłądzić. Po prawdzie nie chodziłem po lesie o zmierzchu, ale mimo wszystko mam jakiś instynkt, orientację w terenie, a teraz to wszystko całkowicie zawiodło.
Spojrzałem za siebie. Tak daleko, jak sięgał mój wzrok. Ślady. Gdzie są moje ślady? Zasypane. Nie będę mógł wrócić po nich do drogi. Powinienem powiedzieć, że zachciało mi się płakać, ale to nie było to. To było znowu narastające wkurwienie. W moim systemie uczuć nie było miejsca na smutek. Była tylko przestronna otchłań, w której nie było nic poza regularnie wzbierającym gniewem.
Skoro i tak nie wiem, dokąd iść, udam się w stronę, gdzie drzewa są najrzadsze. Tam sobie przycupnę, odpocznę, pomyślę. Doszedłem do pnia rozłożystego kasztanowca. Z trudem ściągnąłem mój pięćdziesięciolitrowy plecak i siadając, umieściłem go między kolanami. Gdy tylko moja dupa zetknęła się z glebą, wiedziałem że popełniłem błąd. Już nie wstanę. Nie dam rady. Wciąż padający śnieg zaczął tworzyć zaspy u moich stóp. Wiatr był silnie zmotywowany, by nawalić na mnie jak najwięcej białego puchu. Im wyżej sięgał śnieg, tym bardziej podobała mi się ta biała kołderka. Śnieg był czysty, bez śladu wilgoci. Całkiem przyjemnie się siedziało. Dupa zesztywniała z zimna i chłód bijący od siedziska przestał mnie obchodzić. Gdy byłem dzieckiem, bardzo lubiłem śnieg. W przemysłowym fabrykanckim mieście nigdy nie leżał zbyt długo, jakimś sposobem zawsze znikał i zostawiał wilgotną okładzinę na wyasfaltowanych ulicach. Lubiłem patrzeć na morką pośniegową ulicę. Kojarzyła mi się z wielkim akwarium, albo lepiej ciemnym dnem oceanu, po którym sunęły snopy światła podwodnych okrętów. Zatapiałem się powoli w padającym śniegu. I myślałem o rudej suce, która zamarzła w budzie.
Dziadek miał takiego psa. Wesolutka była, choć psi los nie dawał jej wiele powodów do radości. W końcu, którejś nocy zamarzła. Nie skomlała, nie wyła, nie szczekała, o ratunek nie prosiła. Dziadek nawet by się nie połapał, że zdechła, bo budę zasypało szczelnie śniegiem i w sumie chyba stary zdążył zapomnieć, że tam jest. Znalazły ją moje siostry. Babcia powiedziała im wtedy, że Ruda nic nie czuła i że gdy się zamarza, tak naprawdę robi się bardzo ciepło i przyjemnie. Wszystko sprowadziła do tego, że suka miała wspaniałą, wręcz wymarzoną śmierć. Taka właśnie była, ta moja babcia, wszystko potrafiła odwrócić. Obsypać dramat cukrem pudrem i podać na deser. Ulubionym deserem babci był słodki dziadziuś. Nigdy nie przyznałaby, że jest skurwielem, kurwem ludzkim, sadystą i czubkiem. Dałbym sobie odjąć rękę za to, że o mnie powiedziałaby to samo. Że jestem dobrym chłopcem, bardzo dobrym chłopcem, tylko mi się nie wiedzie. Jeszcze by mnie za to wszystko po głowie pogłaskała, policzki uszczypnęła w pieszczocie. „Nic to, zdarza się, nie płacz”.
Czemu o tym myślę, czemu ja o tym myślę. Myślenie to najgorsze, co może się człowiekowi przydarzyć. Pamięć to sprytny demon i potrafi niepostrzeżenie podsuwać nam to, o czym najbardziej nie chcemy pamiętać. Czekałem na tę przyjemną śmierć, ale chyba nie zamierzała przychodzić. Może była zajęta kimś innym. Może siedziała przy budzie jakiegoś kundla i miała mnie w dupie. A propos dupy, to czułem w niej mrowienie. Wiedziałem już, że umieranie tu na tym śnieżnym pustkowiu nie będzie taką łatwą sprawą. Powiedziałem do siebie: wstań. I wstałem. Silna wola to jedyna cecha charakteru z jakiej byłem dumny. Rozejrzałem się dokoła. Nic tylko ciemność. Zamazana, bo oczy łzawiły mi od mrozu i wiatru. Pnie drzew podejrzanie jaśniały na tle mroku. Wiedziałem, że to osiadający na nich śnieg tworzy takie iluzoryczne wrażenie, ale mimo to czułem, jakbym nie przebywał już na tym świecie. Zacząłem iść aleją jaśniejących drzew. Biel pulsowała, a osnuta nią ziemia falowała mi pod stopami.
Kiedy szedłem w obranym kierunku, coś mignęło mi przed oczyma. Coś czerwonego. Śmignęło z punktu a do punktu b, na tyle szybko, że nie zdążyłem rozpoznać kształtu. To było coś niedużego. Dziecko – pomyślałem. Cholerne dziecko, przeklęty bachor. „Przeklęty chłopiec, dobry chłopiec” – podpowiedział mi wiatr wdzierający się do uszu. Paradoksalnie niesamowicie mnie to ucie- szyło. Bo gdzie łażą dzieci? Pod twój dom, stary pierdoło! Ruszyłem szybciej, by nie stracić małego czerwonego punktu z oczu. Czerwony punkt, jak wtedy na poligonie.
„Przymierzam się do strzału”.
Mój oddech był coraz bardziej świszczący. Dotarłem na niewielką polankę, zaraz za nią znowu zaczynała się gęstwina. Gdzieś przed sobą słyszałem odgłos szurania i skrzypienia. Kiedy stanąłem na środku polany, dostrzegłem dzieciaka już całkiem wyraźnie. Chłopiec w czerwonej kurteczce stał pomiędzy dwiema dorodnymi sosnami, trzymając w ręku sznurek, do którego przywiązane były ciężkie, żeliwne sanki. Gdy zbliżałem się do niego, on oddalał się, ciągnąc je za sobą. Nie widziałem jego twarzy, ale byłem pewien, że się uśmiecha. Przyspieszanie kroku nie miało sensu, jak szybko się zorientowałem, gdyż mały cały czas utrzymywał pomiędzy nam ten sam dystans. „Przeklęty bachor. Dobry chłopiec, który doprowadzi cię do domu” – szeptał wiatr.
Nie wiem, jak długo za nim podążałem. Miałem wrażenie, że przeszedłem setki kilometrów, a uczucie zmęczenia powoli zmieniało się w poczucie, że maleję i znikam. Wszędzie biel. Czy biel może być mroczna? Ta była, nich mnie szlag, była!

W oddali dostrzegłem światło. Niziutko przy ziemi. Początkowo łudziłem się, że to światła mojego domu, ale niby kto miał je zapalić? Znalazłem się na kolejnej niewielkiej polanie, pośrodku której piętrzył się niewielki pagórek. Nie, to nie był pagórek, to był całkowicie otulony śniegiem stary namiot. Mimo smagającego go wiatru i ciężaru śniegu nie zapadał się, a tuż przy nim żarzyło się niewielkie ognisko. Dzielne, małe płomyki walczyły z wiatrem i śnieżycą jak tylko mogły.
Podszedłem bliżej. Nie zwróciłem szczególnej uwagi na to, że mój przewodnik w kusej kurteczce gdzieś wyparował. Przycupnąłem przy ogniu. Właściwie to zwaliłem się na kolana, gwoli ścisłości. Wyciągnąłem w stronę ognia zgrabiałe dłonie, a on zgasł. Zgasł! Tak jakby siła, z jaką wyciągnąłem dłonie, przeważyła nad siłą dogorywających płomieni. Ogień walczący z wiatrem poddał się w najmniej odpowiednim momencie. Wyciągnąłem zapałki i próbo- wałem wskrzesić ognisko, ale na nic były moje starania.
Wtedy po raz pierwszy na serio pomyślałem o tym, że jestem przeklęty. Taka myśl kołatała się w mojej głowie praktycznie przez całe me życie, ale teraz uderzyła mnie z niespotykanym impetem. Przeklęty bachor! Jesteś przeklętym bachorem – usłyszałem gdzieś z tyłu głowy. Poza sobą, a może jednak w sobie. Nieufnie spojrzałem w stronę namiotu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że ktoś znajduje się w środku. Nachyliłem się nad miejscem, gdzie znajdował się suwak, i wtedy to usłyszałem. Głosik. Cienki, piskliwy. Mógł należeć zarówno do chłopca, jak i do dziewczynki. Ja jednak wiedziałem, że to chłopczyk. Mały, przerażony chłopczyk, nie żaden przeklęty bachor, dobry chłopiec.
– Nie zostawiaj mnie tu, proszę, otwórz, proszę, otwórz, nie zostawiaj mnie tu! – wyrzucił z siebie potok słów i zalał się płaczem. Dźwięki były jednak stłumione. Dzieliła nas niewielka odległość i wcale nie najgrubszy materiał, z którego zrobiony był namiot, a jednak miałem wrażenie, że głos dochodzi z innej galaktyki. Wrażenie to dość szybko uległo zmianie. Łkanie dziecka przemieściło się do wnętrza mojej głowy. Dźwięk był teraz jak kręgi na wodzie, rozchodził się ze mnie, na przestrzeń mnie otaczającą. Nie chciałem czekać, aż umilknie, chciałem pomóc chłopcu. Oświadczyć mu, że może nasze położenie nie jest zbyt zajebiste, ale teraz mamy siebie i ja zamierzam go stąd zabrać.
Jednym ruchem pociągnąłem za suwak. Wiatr gwałtownie wdarł się do środka, odchylając materiał namiotu. Co żem ujrzał w środku? Początkowo nie byłem pewien. Mały chłopczyk w poszarzałej koszulce i równie szarych majtkach siedział wtulony w ścianę. Twarz miał schowaną w kolanach. Podniósł na mnie wodnisto-niebieskie oczy. Padłem do tyłu jak rażony piorunem. Wierzgnąłem nogami, próbując się cofnąć. Wówczas chłopiec wyciągnął do mnie siną rączkę.
Miał oczy mojego dziadka, miał moje oczy, miał oczy starca ze świecą, miał oczy chłopaka, który przybył do mnie wieczorem. Był mną i nimi jednocześnie. W dłoni trzymał coś, co wziąłem za zwykły kawałek kartonika.
– Przepraszam, że je zabrałem. – Powiedział, a jego mała rączka trzymała zdjęcie. Wyciągał je w moją stronę. Już ja wiem, co tam jest, już ja wiem nie chcę tego oglądać. Wierzgnąłem nogami jeszcze mocniej. Wzburzona fala śniegu uderzyła do wnętrza namiotu, wprost na chłopaczka. Czołgałem się do tyłu, aż natrafiwszy dłonią na rozżarzone jeszcze palenisko, gwałtownie podniosłem się na równe nogi. Syknąłem z bólu. Chłopiec zaczął sunąć powoli w stronę wyjścia z namiotu, jego ciałko drżało.
Piąstka zaciskała się na zdjęciu.
– Teraz je spalę. Spalę je, dobrze? – mówił, próbując podnieść na mnie wzrok. Mrużył oczy atakowane przez wiatr i śnieg. Wyczołgał się na czworakach. Patrzyłem, jak chude kolanka zatapiają się w bieli, a rączka ze zdjęciem sięga ku wygasłemu ognisku. – Jeśli je spalę, to już nie ma powrotu.
Nie mogłem tam zostać. Gdy się odwróciłem, poczułem na karku ogień. Iskry buchnęły mi zza pleców. Nie wiem, skąd miałem siłę, żeby biec. Wyładowany plecak zgubiłem, sam nie wiem kiedy. Pędziłem przez las, to w górę, to w dół, a śnieg i gałęzie drzew znów smagały moją twarz. Gdzieś w tyle pozostawiłem sięgający nieba słup ognia. Widziałem tylko mrok i biel, która była jasnością i mrokiem jednocześnie. Tak rozpędzony dotarłem do celu, o którym już zdołałem zapomnieć.
Mój dom, moje schronienie, moja samotnia, wyłonił się przede mną. W jednym oknie, tym w sieni, paliło się światło. TO jest w środku – pomyślałem i pędem rzuciłem się ku schodom.
Tam też zostałem. I zostanę chyba na zawsze. Wpatrzony w swoje małe stópki, odziany w czerwoną kurteczkę, będę wpatrywał się w dom, którego nigdy nie wybudowałem. Natomiast ja, którego nie ma, rosły chmurny dziad, co jakiś czas wyjrzy ze zdziwieniem na ślady u podnóży schodów. Później przyjdzie młodzieniec, który rozbił namiot w górach i pobłądził gdzieś, szukając suchego drewna. Ale to wszystko jedno, bo on i tak nie chciał wracać do domu. Ja to wiem, i oni to wiedzą. Wszyscy to wiemy.

Dziękuję za przeczytanie mojego opowiadania! Będzie mi bardzo miło, jeśli dasz znać w komentarzu, że dotrwałeś do końca. Możesz też napisać, co ci się w nim podobało, a co nie, bądź podzielić się swoimi przemyśleniami, teoriami lub domysłami.

Super 🙂
Mega super