Diabelscy dziadkowie

Anything for Jackson (2020)

Starsze małżeństwo Państwa Walsh porywa młodą ciężarną kobietę, pacjentkę doktora Walsha. Shannon ma im posłużyć do satanistycznego rytuału, który ma na celu wskrzeszenie ich zmarłego wnuka, Jacksona.

Jesteście już wystarczająco zniechęceni do filmu? Opis „Anything for Jackson” brzmi jak zapowiedz horroru klasy B nakręconego w czasach  i straszącego wizją otwartych na oścież wrót piekieł. I może coś w tym jest.

Niskobudżetowy film reżysera głównie produkcji telewizyjnych Justina Dycka odwołuje się do wątku satanizmu, ale jest to taki satanizm popkulturowy w satyrycznym ujęciu. Mamy tu bowiem parę staruszków, troskliwą babcię i sympatycznego dziadka. Kierowani desperacją, która najwyraźniej położyła kres racjonalnemu myśleniu decydują się na odprawienie satanistycznego rytuału. Nie bardzo wiedzą co do czego, nikomu nie chcą zrobić krzywdy. Niejako wodzeni za nos przez innego adepta szatańskich nauk podejmują próbę wcielenia duszy zmarłego wnuka w ciało noworodka.

Przez większość czasu jest bardziej zabawnie niż strasznie i jeśli lubicie nieco absurdalny czarny humor to może Wam się to spodobać. Z chwilą gdy religijny eksperyment zaczyna zbierać plony robi się dziwniej i dziwniej. Emanacje sił nie czystych i ich wpływ na bohaterów. Kilka całkiem udanych jump scare’ów, scenek z rodzajów tej z nitką dentystyczną w roli głównej.

Jeśli chodzi o mój odbiór to nawet chwyciło. Jeśli film nie do końca koreluje z moimi preferencjami, ale widzę w nim jakąś myśl przewodnią, jakiś nie oczywisty pomysł to potrafię to docenić bardziej niż najbardziej udaną kalkę. Technicznie i warsztatowo film jak najbardziej okej, nic mnie tu szczególnie nie raziło, więc spokojnie można obejrzeć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła: 6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 1/10

Być mordercą

Freaky/ Piękna i rzeźnik (2020)

Początek roku szkolnego w małym miasteczku zbiega się w czasie z kolejnym atakiem mordercy zwanego Blissfield Butcher. Nie ciesząca się popularnością nastoletnia Mille Kesller pada jego ofiarą. Nie umiera jednak, zamiast tego za sprawą niecodziennego narzędzia zbrodni zamienia się ciałami ze swoim oprawcą. Kiedy Rzeźnik cieszy się z nowych możliwości jakie dało mu anonimowe ciało nastolatki, ona sama uwięziona pod postacią poszukiwanego dryblasa musi się ukrywać i walczyć o przetrwanie.

Bardzo ciepło przyjęty horror komediowy „Śmierć nadejdzie dziś” zapewnił Christopherowi Londonowi własną, bardzo wygodną miejscówkę w świecie filmowego horroru. Jego najnowsze dzieło powstało we współpracy z Michaelem Kennedym, na podstawie pomysłu tego drugiego uderza w bardzo zbliżone tony z jakimi mieliśmy do czynienia w przypadku „Śmierć nadejdzie dziś” i jego kontynuacji.

W przypadku „Pięknej i rzeźnika” pomysł Kennedy’ego powstał z połączenia motywów zaczerpniętych z komedii „Zakręcony piątek” – zamiana ciał – oraz umiłowanych przez twórcę slasherów takich jak „Piątek 13ego”. Krótko po premierze filmu jego pomysłodawca napisał w sieci, że nie przypuszczałby jego zamiłowanie do horrorów, które było swego rodzaju ucieczką przed ostracyzmem i wstydem związanym ze swoją orientacją seksualną przekuje na twórczość tego kalibru. Tak, Kennedy jest gejem, podobnie jak London i wcale się z tym nie kryją. „Piękna i rzeźnik” w dużym stopniu daje temu wyraz. Można się tu dopatrzyć też przesłania feministycznego, bo sytuacja  w jakiej postawiona zostaje bohaterka wymusza na niej wewnętrzną przemianę z zastraszonej myszki w wojowniczkę. Ale do brzegu.

„Piękna i rzeźnik” skupia się przede wszystkim na aspekcie rozrywkowym i myślę że ową rozrywkę Wam zapewni. Jak na slasher przystało doświadczycie tu popisu najróżniejszych form mordu. Jest krwawo i groteskowo. Zabicie przy pomocy deski klozetowej… tego chyba jeszcze nie przerabialiśmy. Problematyka nastoletnich dram jasno sygnalizuje nam, że mamy tu do czynienia z teen horrorem, w którym humor sytuacyjny i nabijka ze stereotypów jest żywcem wyjęta ze slaptic’u. Vince Vaughn i jego komediowe zacięcie w odgrywaniu dziewczęcia z ciałem dorosłego (i rosłego) faceta prowokuje do szeregu zabawnych sytuacji. Pamiętacie jednak, że jesteście w rzeczywistości horroru, humor będzie więc czarny.

Odwołania do klasyki horroru – głównie „Piątek 13ego”, ale nie tylko, bo rozpoznacie tu zarówno echa „Krzyku”, czy „Carrie”. Dynamiczna, wartka akcja to też duża zaleta produkcji i co tu dużo mówić, sympatyczny komedio horror dla fanów takiej akurat kompilacji gatunkowej.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność: 6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10

Do kogo się modlisz?

Saint Maud (2019)

Maud, młoda głęboko wierząca kobieta podejmuje się opieki nad terminalnie chorą Amandą, byłą tancerką i choreografką. Praca jest dla niej misją, misją, którą wyznaczył dla niej Bóg. Maud ma bowiem nie tylko ulżyć kobiecie w ostatnich chwilach życia, lecz skierować ją wprost do Boga.

Fanatyzm religijny jest jednym z częściej spotykanych motywów w kinie grozy. Nie bez powodu,bo  kwestie związane ze sferą duchowości to wręcz wymarzona furtka, którą można na arenę wprowadzić nienazwane i nieokreślone zagrożenia, byty, które nie powinny istnieć realnie.

Jeśli jednak spodziewacie się po seansie ze „Świętą Maud” wrażeń zbliżonych do tego co zwykły oferować horrory satanistyczne, czy mniej jednoznacznie zorientowane obrazy traktujące o wszelkiej maści kultach, to nie uświadczycie tu ani jednego ani drugiego. Nie mogę Wam nawet zaręczyć, że uznacie ten film za horror, bo sama jego twórczyni nie sygnuje go tym konkretny gatunkiem.

Jest to kino mocno psychologiczne, psychodeliczne gdzie obcować możecie z wykręconą wizją rzeczywistości jednak jest to rzeczywistość umowna, stworzona przez umysł bohaterki. Trudno jest mi orzec, czy jest to produkcja skierowana do fanów grozy, więc nie będę Was na siłę ciągnąć przed ekran, powiem Wam natomiast jakie wrażenie na mnie ów twór wywarł.

Do tytułowej Maud zapałałam niechęcią od pierwszej chwili. Z miejsca uruchomiły mi się diagnostyczne zapędy. Młoda dziewczyna, która żyje tylko w sferze duchowej, wszelkie uciechy życia doczesnego odpycha, w obawie, że te mogły by przysłonić jej to co najwartościowsze, czyli relacje  z Bogiem. Bóg, z którym Maud prowadzi długie rozmowy – tak słyszy jego głos, więc nie są to monologi – dostarcza jej każdego rodzaju zaspokojenia. Nie będzie to chyba nadużycie jeśli stwierdzę, że jest to relacja nacechowana dość erotycznie. Obserwując jej powiedzmy religijną ekstazę przypomniała mi się historia mnichów, którzy adorowali wizerunek najświętszej panienki aż do spustu.

Jej spotkanie z Amandą, kobietą nawet u kresu starającą się korzystać ze wszystkich możliwości jakie daje cielesność jest jak zderzenie ze ścianą. Maud zwierza się swojej podopiecznej ze swoich duchowych przeżyć, a ta przyjmuje je z aprobatą. Może to było tylko pełne zrozumienia politowanie, ale Maud dostrzega w tym zazdrość i sygnał, że w głębi siebie Amanda pragnie zjednoczyć się z Bogiem i w ostatnich chwilach życia doświadczyć tego czego jej opiekunka doświadcza na co dzień.

Ta chwila jest w zasadzie początkiem równi pochyłej. Maud zatraca się w swojej misji, gubi orientacje. Robi się coraz dziwniej i dziwniej, więc można rzec że przez większość filmu obcować będziemy z wciąż pompowanym balonikiem obłędu. Środki wyrazu użyte dla zaprezentowania stanu umysłu bohaterki przerastają oczekiwania jakie można rościć do przeciętnego kina grozy. Obrazy i muzyka, kolejne sekwencje iluzorycznych wrażeń i wreszcie to co ostateczne. Dla mnie ten film pokazuje, że duchowość nie może istnieć bez cielesności, niezależnie jak silnie będziemy sobie to wmawiać. Ciało nie jest świątynią, chyba że świątynią bólu. To w dużym stopniu zaawaluowana  krytyka religii chrześcijańskiej, której fundamentem i najwyższą wieżą jest ból i przemoc.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:7

67/100

W skali brutalności: 2/10

Co straszy w Polsce?

Nawiedzona Polska – Bernard Breszka

„Nawiedzona polska” to autorski projekt wydawniczy Bernarda Breszki, który postanowił zebrać zasłyszane w różnych rejonach naszego kraju opowieści z dreszczykiem. W przeszło dwudziestce króciutkich opowiadań zostały przywołane lokalne legendy o nawiedzonych miejscach, historie o duchach, klątwach i innych nadprzyrodzonych zjawiskach. Opowiadania przybierają bardzo konkretne formy, autor bawi się z czytelnikiem każąc mu wierzyć, że oto czyta relację naocznego świadka, lub wręcz uczestnika nadanego zdarzenia. W ten sposób odtwarza atmosferę nocnych spotkań przy ognisku w trakcie których mogliście posłyszeć podobne historyjki, podane w bardzo zbliżonej formie.

Autor nie sili się więc na wielką literaturę, jego opowiadania to coś pomiędzy straszną dobranocką, a creepy pastą. Język jest bardzo prosty, nie ma żadnych narracyjnych udziwnień. Każde z opowiadań zostało opatrzone komentarzem od autora, który zwraca uwagę na płynące z danej opowieści przesłanie, cel jej istnienia, czy okoliczności w jakich się zrodziła.

Określone zostały także lokalizacje, dzięki czemu wiemy w jakim regionie straszy dany stwór. Nie będę Wam rozbierać na części każdego z opowiadań, bo recenzja była by dłuższa niż sam zbiór- nie ma nawet stu stron – ale opowiem o tych, które najbardziej przypadły mi do gustu. Oczywiście wśród nich znajdziecie te z najbardziej dramatycznym kontekstem historycznym i te związane z ludowym folklorem, czyli to co tygryski lubią najbardziej.

„Bezpieczne miejsce” opowieść prosto z województwa świętokrzyskiego, traktuje o pewnym feralnym górskim schronisku. Nie ukrywam, że po lekturze opowiadani strasznie chciałabym je odwiedzić. „Chusta” to opowieść z Podkarpacia, podobnie jak „Bezpieczne miejsce” pobrzmiewają w niej echa wojny. Jest to mniej współczesna – co zdecydowanie odnotowuję na plus – opowieść o żołnierzu, który po powrocie w swoje rodzinne strony  spotyka na drodze… coś, nie powiem Wam co;). „Czerwona msza” podobnie dawne dzieje, tym razem rzecz o dziewczynie, która doświadcza niezwykłego w okolicznej kaplicy.

„Dwanaście uderzeń” obdarzyłam sentymentem ze względu na bliskość okolic, w których rozgrywa się akcja – nawiedzony komisariat w Konstancinie pod Warszawą. W „Kroplach” z Pomorskiego dostrzegłam duży potencjał, ale nie do końca wykorzystany, co jest bolączką sporej części w przywołanych tu opowieści. .Dolnośląska „Muzyka nocy”, to znowuż opowieść bazująca na powojennych traumach, nie tak mocna jak „Szafa”, która z całego zbioru podobała mi się najbardziej i zasługuje na specjalne wyróżnienie, ale różnie zaliczam ją do udanych. Ciekawie prezentuje się też „Redyk” czyli historia pewnego stracha na wróble towarzyszącego góralom w czasie wypasania owiec. „Szum” spowodował u mnie niemały szok, historia prosto z Warszawy, bazująca na legendzie o Warszawskiej syrence, oczywiście w stosownie grozowym klimacie – mój numer dwa jeśli chodzi o najlepsze opowiadania. „Trzynasta noc” prosto z Wielkopolski to bardzo klasyczna opowieść wampiryczna, toteż również przypadła mi do gustu.

Najmniej spodobały mi się historie na mode amerykańską, bardzo przypominające zaoceaniczne urban legend i to co zwykle możemy oglądać w zaoceanicznych straszakach. Jest ich sporo i choć rozumiem, pewne przenikanie się kultur, to wolałabym zmilczeć te hollywoodzkie fascynacje.

Podsumowując wyniosłam z tej książki sporo pozytywnych wrażeń, ale też nie szczędziłam autorowi uwag. Większość z nich zostawię już między nami, ale gwoli ostrzeżenia muszę Wam jako czytelnikom przedstawić najważniejszą z nich. Książka została wydana bez właściwej korekty i redakcji. To widać, co bardziej ortodoksyjni miłośnicy poprawności językowej będą zgrzytać zębami, ale i zwykły czytelnik zauważy potknięcia logiczne i inne błędy, bo jest ich nie mało. Na ten moment książka istnieje tylko w formie e-booka, jest widok na wydanie tradycyjne, a to jak sądzę, będzie już prezentować wyższy edytorski poziom. Bardzo doceniam samą inicjatywę, pomysł i odczuwalne w lekturze zamiłowanie do grozy.

Moja ocena: 6/10

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

Nowości na blogu

Listy to teraz Indeks

W ostatnich miesiącach Biblia Horroru notuje znaczny wzrost zainteresowania, liczba czytelników prawie się podwoiła. Ilsa i ja jesteśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi, jednak wymusza to na nas spore zmiany. Jak pewnie zauważyliście od 1 grudnia zeszłego roku blog działa na nowej domenie. Zmieniliśmy także dostawcę hostingu, aby udźwignąć zwiększony ruch, a przede wszystkim, by zapewnić wam stały dostęp do Biblii Horroru bez jakichkolwiek przerw.

Dziś prezentujemy wam nowe listy recenzowanych filmów, seriali i książek. Od teraz będą nazywać się Indeksem, więc jeśli mieliście poprzednie strony zapisane w zakładkach, to będziecie musieli je zmienić. A warto to zrobić, bo o to jak prezentuje się Indeks:

Na pierwszej stronie indeksu od razu możecie dostrzec kilka nowych elementów. Pierwszy to lista rozwijana, która umożliwia wybór między filmami a serialami. Uznaliśmy, że osobne strony dla filmów i seriali nie mają sensu, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy produkcje telewizyjne w żadnym stopniu nie odbiegają już od kinowych. Osobną stronę zostawiliśmy jedynie dla książek, które wciąż są odrębną formą rozrywki.

Kolejna opcja „Nastawić” umożliwia zresetowanie indeksu bez konieczności odświeżania całej strony. Przyda wam się, jeśli za daleko zapędzicie się w odmęty zrecenzowanych przez Ilsę tytułów albo będziecie chcieli zmienić przeglądaną kategorię.

Na wzmiankę zasługuje również zupełnie nowa wyszukiwarka. Już nie będziecie musieli używać niewygodnego skrótu CTRL + F, żeby odnaleźć interesujący was tytuł.

Pod każdą ze stron indeksu możecie znaleźć coś, co od zawsze było pod wpisami, a od niedawna znajduje także pod komentarzami.

Jest to podział na strony, zwany też „paginacją”. Dzięki ograniczeniu wyświetlanych wpisów, komentarzy, a teraz także pozycji indeksu, strony bloga wczytują się szybciej i mniej zasobożernie dla waszych urządzeń. Docenią to zwłaszcza czytelnicy na smartfonach, którzy zaczynają przeważać.

Mamy nadzieje, że te zmiany przypadną nam do gustu. Jak zawsze jesteśmy otwarci na wasze sugestie a jeśli na traficie na jakiś błąd, to nie zapomnijcie nas o tym powiadomić.

Nie przestajemy się rozwijać i już wkrótce zaprezentujemy kolejne nowości. Korzystając z okazji zapraszam do zasubskrybowania naszego nowego Newsletteru. Jeśli się skusicie, to dwa razy w tygodniu na waszą skrzynkę trafi podsumowanie aktywności na blogu w ślicznej formie.

Życzę wszystkim słodkich koszmarów 😉

Aktualizacja 23 marca 2021 r.

Po naleganiach naszej matki Założycielki Indeks jest teraz ułożony według alfabetu. Jedyny minus, to nieco dłuższy czas czytywania. Żeby zminimalizować tą niedogodność będziemy korzystać z pamięci Cache waszych przeglądarek.