Thinestra (2025)

Penny, na co dzień zajmująca się retuszowaniem sesyjnych zdjęć modelek, marzy o jednym: schudnięciu. W tym celu przeszła na dietę, swoje ciało katuje treningami, a umysł afirmacjami. Nie przynosi to jednak spodziewanych efektów dlatego też z ochotą przyjmuje od pewnej modelki tabletkę, cudowną tabletkę na odchudzanie: Thinestre. Wkrótce tłuszcz dosłownie zaczyna z niej wypływać, a to co z niego powstaje przyjmuje postać alter ego Penny, Penenelope.
O „Thinestrze” mówi się, że próbuje powielić fabułę głośnej „Substancji” z Demi Moore. No i owszem, tam mamy kult młodości, tu kult chudości. Wszystko sprowadza się, więc do obsesji na punkcie wyglądu, która sprowadza bohaterkę na manowce. Do tego dochodzi jeszcze motyw sobowtóra, drugiego wcielenia, mrocznego alter ego.

Na tym podobieństwa się kończą, bo choć przesłanie filmów jest podobne, to jednak środki wyrazu już inne. „Thinestra” jest bardziej satyryczna, mniej art housowa i umówmy się, po prostu tańsza w realizacji. Przypomina mi nieco klimat filmów z starej serii „Mistrzowie horroru”. Poziom realizacji być może nie jest najwyższy, ale swój nieco pulpowy urok ma. Jest to też, a może przede wszystkim body horror, więc wszystko zaczyna się od ciała i na ciele kończy.

Z psychologicznego punktu widzenia mamy tu do czynienia z pewną metaforą psychicznej dezintegracji, ucieleśnienia dorzuconej części siebie w wyrazie jakiejś autoagresji, albo personifikację wstydu. Jest to zamknięte w bardzo surrealistycznej ramie, ale spełnia swoją rolę jaki krzywe zwierciadło. W erze filtrów, mentalnych tricków i ozempików jest bardzo na czasie.
Moja ocena:
Straszność: 1
Fabuła:6
Klimat:6
Napięcie:5
Zabawa: 6
Zaskoczenie:5
Walory techniczne:5
Aktorstwo:6
Oryginalność:5
To coś:6
51/100
W skali brutalności: 1/10


















