Archiwa tagu: atmospheric horror

Nieuleczalni

Antidote/ Antidotum (2021)

Sharyn Berkley, żona i matka trafia na ostry dyżur z silnym bólem brzucha. Na miejscu zostaje poddana operacji w związku z rozpoznaniem zapalenia wyrostka robaczkowego. Gdy wybudza się po zabiegu nie rozpoznaje otaczającej ją rzeczywistości. Owszem, jest w szpitalu, ale zupełnie innym niż ten, do którego trafiła. Długie mroczne korytarze, sale pozbawione okien i pacjenci poddawani okrutnym kuracjom w ramach bezterminowego leczenia.

„Antidotum” to niskobudżetowy horror nakręcony przez Petera Daskaloffa, którego filmografia nie mówi mi absolutnie nic. Obraz,  który powstał na bazie jego autorskiego pomysłu to połączenie mystery thrillera z horrorem, w którym znajdziemy elementy gorebody horroru.

Główną zagadką fabuły jest miejsce akcji. Obszerny kompleks badawczy, do którego po operacji trafia nasza bohaterka to miejsce z którego nie sposób uciec, ale jak się pewnie domyślacie ona będzie próbować. Ograniczenia finansowe zmusiły twórców do szeregu kombinacji i rezygnacji z bardziej widowiskowych ujęć. Taka kreatywność przełożyła się na całkiem zgrabny pod względem klimatu twór. Jest mrocznie, posępnie i klaustrofobicznie. Obraz tortur jakim poddawani są kuracjusze sprawia całkiem realistyczne wrażenie.

Scenariusz przewidział też dla widza małą niespodziankę. No, dobrze, może wcale nie taką małą. Zagadka jest poprowadzona na tyle sprawnie, że nie ma się do czego przyczepić. Czy zaskoczy wszystkich, tego bym nie powiedziała, ale sam pomysł to raczej pretekst do pochwalenia filmu niż jakiejś dużej krytyki.

Pod względem technicznym, biorąc pod uwagę budżet, też nie wygląda to źle. To, co najbardziej mi przeszkadzało to marny warsztat aktorski odtwórczyni głównej kobiecej roli. Ashlynn Yennie przez cały spędzony na planie filmowym czas jest nieznośnie apatyczna. Nie zależnie od tego, czy jej bohaterka właśnie przedziera się ciemnym korytarzem w drodze ku wolności, czy właśnie odtwarza w pamięci największą życiową traumę, cały czas ma ten sam wyraz twarzy. Zero emocji, żadnych przeżyć. Bardzo utrudniało mi to zaangażowanie w śledzenie jej losów. Skoro ona ma w dupie co się stanie, to ja też. Ewidentnie zepsuła swoją osobą ten film. Gdyby nie jej drętwota było znacznie, znacznie lepiej. Niestety finalnie jest tylko średnio.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie: 5

Zabawa: 6

Zaskoczenie: 6

Walory techniczne: 6

Aktorstwo: 4

Oryginalność: 5

To coś:6

55/100

W skali brutalności: 2/10

Dom na końcu świata

The Crescent /Półksiężyc (2017)

Owdowiała Beth zabiera dwuletniego synka Lowena do domu letniskowego swojej matki położonego tuż nad samym morzem. Jak sama tłumaczy dziecku, tu kończy się świat. Kobieta oddaje się artystycznej pasji i opiece nad synkiem, niestety pobyt daleki jest od sielskich wakacji. Niedawna tragedia odcisnęła silne piętno na psychice Beth, a i wytłumaczenie dwulatkowi zniknięcia ojca nie jest łatwym zadaniem. W tym wszystkim pojawiają się jeszcze zdarzenia, o których można myśleć jako o tajemniczych i niewyjaśnionych.

Tytuł „Półksiężyc” odnosi się bezpośrednio do nazwy posiadłości, w której kilka dziwnych dni spędzą nasi bohaterzy. Dziwna nazwa, dla dziwnego domu i nie chodzi tylko o jego dziwność architektoniczną, raczej o to czego można tam doświadczyć.

Jest to jeden z tych obrazów celujących w uczuciowość widza. Emocje jakie odczuwają bohaterzy mają znaleźć odzwierciedlenie we wrażeniach widza. Nie będzie więc specjalnie rozrywkowo, nie nastawiajcie się.

Powolna, wręcz senna narracja sprzyja wglądowi i kontemplacji. Nie spotkacie tu ujęć nastawionych na wystraszenie widza, bo to czego boi się nasza bohaterka to to, czego nie widać. Zasada stara jak świat, a jednak kino jako sztuka wizualna musi wszystko pokazywać. Jeśli mamy mieć ducha, to trzeba go zobaczyć. Tu go nie zobaczycie. To znaczy…no coś zobaczycie, ale czy to duch? Cały ambaras w tym, że rzeczywistość jaką kreuje owa produkcja jest dość mglista, rozmyta i niejednoznaczna. Liczą się odczucia, wrażenia, przeczucia i niepokój. Nie strach, nie groza, a niepokój. Stąd już tylko rzut beretem od utajonego podskórnego lęku, który ciężko zdefiniować.

Nie będę ukrywać, że lubię takie zagrania, to coś zdecydowanie dla mnie. I o ile przez lwią część filmu nie mamy bladego pojęcia o co tak naprawdę chodzi to jego finał wyjaśnia wszystko. A jakby Wam było mało to jest jeszcze epilog, na potwierdzenie.

Czy ta zagadka jest oryginalna? Nie. Czy sposób jej przeprowadzenia jest oryginalny? Tu już jestem bardziej skłonna do zgody. Mnie to zadowoliło, mnie to kupiło.

Technicznie mimo relatywnie niewielkiego budżetu film prezentuje się bardzo dobrze. Ogromny plus za udźwiękowienie, soundtrack i wszelkie wrażenia słuchowe. Jeszcze większy plus za wybór miejsca akcji. Nie wiem, czemu filmowcy tak rzadko stawiają na nadmorskie krajobrazy jako przestrzeń do zbudowania fabuły filmu grozy. Tymczasem jest coś krańcowo niepokojącego w ujęciach ciemnych fal, pustej plaży, suchych traw czesanych wiatrem. Seth Smith w pełni to wykorzystał, niemal każdy kadr przygnębia i niepokoi.

Co jeszcze wykorzystał? A wykorzystał swojego synka. W roli dziecka Beth zobaczymy nikogo innego jak syna twórcy. I ten dzieciak jest wybitny. Jeśli możemy mówić o jakimkolwiek warsztacie u dwulatka to to dziecko czuje się na planie jak ryba w wodzie. Wieść gminna niesie, że Lowen był najważniejszą osobą w ekipie i to on wytyczał rytm prac. No cóż, poświecenie się opłaciło, młody czaruje z ekranu. 

Nie jest to zdecydowanie film, który spodoba się wszystkim Nie przypadnie go gustu osobom oczekującym wartkiej akcji, zdecydowanych rozwiązań fabularnych i kinowego przepychu. Jest skromnie, cicho, onirycznie.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa: 6

Zaskoczenie:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności: 1/10

Chcesz zobaczyć diabła?

Il signor Diavolo/ Pan Diabeł (2019)

Włochy lata ’50 XX wieku. Do prowincji Veneto zostaje wysłany Furio Momente by zbadać sprawę w której o zabójstwo swojego rówieśnika podejrzany jest miejscowy chłopiec Carlo Mongiorgi. Tam młody mężczyzna z ust młodocianego zabójcy usłyszy niesamowitą historię, w której ofiara występuje w roli potwora. Potwora, którego należało zgładzić.

„Pan diabeł” to jeden z najdziwniejszych horrorów jakie miałam okazję zobaczyć. Włoska produkcja, można powiedzieć, rodzinna jednocześnie wpisuje się w estetykę filmów nowej fali horroru i zarazem stanowi coś na kształt sentymentalnej podróży do początków gatunku.

Metaliczna kolorystyka zdjęć sprawia, że ujęcia wydają się niemal czarno-białe, a dbałość o detale takie jak charakteryzacja, kostiumy, czy scenografia bez trudu potrafi wmówić widzowi, że oto obcuje z rzeczywistością odległej przeszłości. Jeśli dodamy do tego jeszcze styl filmowej narracji, język filmu i wszelkie środki wyrazu możemy nawet dać wiarę, że jest to nie tylko film oddający ducha lat ’50 na południu Europy, ale nawet, że to właśnie w owym czasie został nakręcony. Wygląda to wręcz przepysznie.

Historia, prosta i przewrotna zarazem oferuje nam spotkanie z głęboko zakorzenionym przesądem jednocześnie opowiadając się za racjonalnym i na wskroś współczesnym sposobem postrzegania rzeczywistości. Na tyle współczesnym na ile możemy o tym mówić, gdy mamy do czynienia z Włoską prowincją roku 1952.

W tej opowieści dużą rolę odgrywa dziecięce postrzeganie świata i lęk z tym związany, lęk przed czyś obcym i nieznanym. Kiedy w katolickiej szkole, w której uczy się Carlo i jego przyjaciel Paulino pojawia się nowy uczeń, Emilio, na małego chłopca wstępuje pierwszy dreszcz niepokoju. Wkrótce Emilio pokazuje zęby i dosłownie i w przenośni, co doprowadza do sytuacji, w której Carlo jest już pewny, że z nowym kolega jest coś nie tak. Głęboka religijność społeczności Veneto nagle staje wobec sytuacji, w których zaczyna dochodzić do incydentów świętokradczych. Czemu Paulio choruje? Winny jest temu podeptana hostia, czy może Emilio? A kim jest ten dziwny chłopiec? Jest chory, zaburzony, przeklęty? Nosi w sobie piętno sodomii? Co ukrywa jego matka? Co stało się z jego siostrą? I ten finał, wielkie WOW.

Wszystkie te wydarzenia rozgrywają się na cudnie przystrojonej scenie przywodzącej na myśl włoskich klasyków i tradycje starego kina. Panowie Avati, czyli reżyser Pupi Avati, jego brat Antonio i bratanek Tommaso skradli moje serce. Jeśli pamiętacie taki obraz jak „Dom śmiejących się okien” (1976) to odpowiadają za niego dokładnie Ci sami panowie. Gorąco polecam wszystkim zwolennikom rewolucji w świecie horroru.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:10

Aktorstwo: 7

Oryginalność:8

To coś:8

72/100

W skali brutalności: 2/10

Taki mamy klimat

Caveat/ Wyspa mroku (2020)

Cierpiący na amnezję Isaack przyjmuje zlecenie od swojego przyjaciela, Moe, które polegać ma na dyskretnej opiece nad jego chorą psychicznie bratanicą. Z uwagi na to, że Olga cierpi na paranoję Isaak nie może się do niej zbliżyć, a gwarantem tego ma być uprząż i łańcuch o długości ograniczającej mu dostęp do niektórych pomieszczeń w domu na wyspie. W praktyce oznacza to, że Isaak zostaje uwięziony. W domu poza obłąkaną kobietą krąży coś jeszcze. 

„Caveat” debiutującego w pełnym metrażu Damiana Mc Carthy to film, który ogląda się nie tyle dla historii, bo ta summa summarum okazuje się raczej mało pomysłowa, co dla klimatu. Mroczny, duszny, przytłaczający, przygnębiający nastrój tego filmu w połączeniu z atmosferą niezidentyfikowanego zagrożenia i poczucia izolacji robi całą robotę.

Od pierwszych ujęć byłam zahipnotyzowana. Tak proste, tak niepozorne, a jednak silnie oddziałujące kadry.

Najpierw widzimy dziewczynę. Dziewczynę ze strachem, czy może raczej obłędem w oczach przechodzącą od pomieszczenia do pomieszczenia jakiegoś obskurnego budynku mieszkalnego z zabawkowym królikiem w ręce. Dziewczyna trzyma stworzenie o płochym spojrzeniu za uszy i wysuwa przed siebie badając każdy kąt domu. W niektórych z nich zabawka samoczynnie wprawia się w ruch. Królik zaczyna uderzać o swój bębenek jak gdyby jakaś siła prowokowała go do tego. Fchuj straszne. Serio.

Kiedy na ekranie pojawia się nasz główny bohater wiemy już, że ta sama siła, która kierowała królikiem teraz skupi się na nim. Jego dość lepki przyjaciel wmanewrowuje go w sytuację w której facet, który panicznie boi się wody, ma za sobą traumę wypadku i niezbyt pamięta swoją przeszłość zostaje uwięziony na wyspie ze stukniętą dziewczyną. Mało tego, po obskurnym domostwie musi poruszać się w swego rodzaju kajdanach.

Isaak niechętnie, bo niechętnie ale godzi się na to, jest zagubiony, a widz już może bić na alarm. Spierdalaj stamtąd stary. Z dalszej części tej historii dowiadujemy się, że ojciec Olgi, a brat Moe popełnił w tym domu samobójstwo. Tu pojawia się wątek piwnicy, która zaczyna mocno skupiać uwagę naszego bohatera.

I tak stopniowo w akompaniamencie króliczego bębenka i dziwnych emanacji Isaak odzyskuje utracone wspomnienia. Tu jak wspomniałam, nie mamy do czynienia z pomysłem wybitnym, czegoś tu zabrakło i tłumaczę to sobie tym, że reżyserowi bardziej zależało na pokazaniu pewnym rzeczy niż na ich opowiadaniu. Stąd tak duża dysproporcja między warstwą fabularną, a wizualną. Zupełnie jakby facet pisał historie do obrazów, a nie robił obrazy do historii. Widzę w nim jednak ogromny potencjał i piękne czucie gatunku. Zerknijcie, fajnie będzie.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

71/100

W skali brutalności:1/10

Nie ma ciszy

A Quiet Place Part II/ Cieche miejsce 2 (2021)

Evelyn Abbot wraz dwójką dzieci i niemowlęciem na ręku bezskutecznie szuka bezpiecznego miejsca w post apokaliptycznym świecie naznaczonym inwazją potworów. Potworów za sprawą, których ocalali zmuszeni są żyć w całkowitej ciszy, bo nawet najdrobniejszy szelest może do nich zwabić istoty, które skutecznie przetrzebiły rodzaj ludzki. Gdy rodzina zatrzymuje się starej odlewni i wpada w tarapaty z pomocą przychodzi im inny ocalały. W bohaterze Evelyn rozpoznaje dawnego znajomego swojego męża, który stracił swoich bliskich. W czasie ich krótkiego spotkania nastoletnia córka Evelyn, Regan dokonuje być może przełomowego odkrycia. Potrzebuje jednak pomocy by móc je zweryfikować i być może dać ludzkości szansę na normalną egzystencję.

Najnowszy film Johna Krasińskiego, kontynuacja „Cichego miejsca, które można rzecz okazało się kasowym hitem, była jednym z najbardziej oczekiwanych filmów. Oczekiwanym przez widzów i przez krytyków, bo nie koniecznie przeze mnie. Mimo, że owszem seans z częścią pierwszą zaliczyłam do całkiem udanych, może nawet bardzo udanych, nie wyczułam potrzeby kontynuowania tej historii. Scenarzyści byli zresztą podobnego zdania dlatego też powodzenie całej misji spadło na reżysera, który po kilku próbach współpracy z proponowanymi przez wytwórnie scenarzystami wziął sprawy we własne ręce. Różnica na poziomie historii jest więc widoczna.

O ile „Ciche miejsce” wyróżniało się niezbyt dynamiczną akcją, przecinaną nagłymi skokami napięcia o tyle w przypadku drugiej odsłony serii – możemy mówić o serii, bo planowana jest następna część – to tu postawiono na zdecydowanie bardziej zintensyfikowaną akcję. Matka kwoka zmuszona przez okoliczności wypuszcza spod skrzydeł pisklęta i te będą głównym motorem napędowym akcji i generatorem napięcia.

A wszystko zaczyna się od … prequela. Najwyraźniej Krasiński poczuł się zobowiązany uchylić widzom rąbka tajemnicy dotyczącej przebiegu inwazji, która wtłoczyła naszych bohaterów w ich nieciekawe położenie.

Zostajemy tam jednak tylko na moment, bo po kilku pełnych okropieństwa ujęciach przenosimy się do czasu bezpośrednio po wydarzeniach z „Cichego miejsca”. Evelyn udało się opracować patent, który ma ochronić ją i jej starsze pociechy przed zagrożeniem płynącym z niemowlęcego kwilenia najmniejszej latorośli i wydaje się radzić sobie całkiem dobrze. To jednak tylko pozory, bo za chwilę zobaczymy całą czwórkę w nie lada kłopocie. Zdecydowanie więcej uwagi poświęcono tu dziecięcym bohaterom, bo jak wspomniałam oddzielają się one od matki. W pewnym momencie syn zostaje z kłopotliwym niemowlakiem, a córka wyrusza na tułaczkę wraz z Emmettem, wspomnianym znajomym nieżyjącego ojca sprzed czasów apokalipsy.

Gwoździem programu jest tu odkrycie jakiego dokonuje głuchoniema dziewczynka. Regan niesiona nadzieją obrasta w zbroje odwagi i postanawia za wszelką cenę sprawić, czy jej przypuszczenia są prawdziwe. Można to nazwać małym plot twistem, ale raczej z rodzaju tych mało odkrywczych. Nie mniej jednak jakoś należało popchnąć fabułę do przodu.

Mimo rozlicznych zachwytów jakie wzbudza owa produkcja ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że powstała trochę z poczucia obowiązku. Siłą pierwszego „Cichego miejsca” był klimat, pewna świeżość i brak pośpiechu. I o ile ujmowało mnie ono przejmującą ciszą to w nowym cichym miejscu tej ciszy mi zabrakło. Za dużo za głośno, za prędko. Jeśli tendencja wzrostowa utrzyma się także w planowanej kontynuacji spodziewam się wyścigów samochodowych i solówek na gitarze elektrycznej;)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

57/100

W skali brutalności: 1/10