Archiwa tagu: atmospheric horror

Nie ma ciszy

A Quiet Place Part II/ Cieche miejsce 2 (2021)

Evelyn Abbot wraz dwójką dzieci i niemowlęciem na ręku bezskutecznie szuka bezpiecznego miejsca w post apokaliptycznym świecie naznaczonym inwazją potworów. Potworów za sprawą, których ocalali zmuszeni są żyć w całkowitej ciszy, bo nawet najdrobniejszy szelest może do nich zwabić istoty, które skutecznie przetrzebiły rodzaj ludzki. Gdy rodzina zatrzymuje się starej odlewni i wpada w tarapaty z pomocą przychodzi im inny ocalały. W bohaterze Evelyn rozpoznaje dawnego znajomego swojego męża, który stracił swoich bliskich. W czasie ich krótkiego spotkania nastoletnia córka Evelyn, Regan dokonuje być może przełomowego odkrycia. Potrzebuje jednak pomocy by móc je zweryfikować i być może dać ludzkości szansę na normalną egzystencję.

Najnowszy film Johna Krasińskiego, kontynuacja „Cichego miejsca', które można rzecz okazało się kasowym hitem, była jednym z najbardziej oczekiwanych filmów. Oczekiwanym przez widzów i przez krytyków, bo nie koniecznie przeze mnie. Mimo, że owszem seans z częścią pierwszą zaliczyłam do całkiem udanych, może nawet bardzo udanych, nie wyczułam potrzeby kontynuowania tej historii. Scenarzyści byli zresztą podobnego zdania dlatego też powodzenie całej misji spadło na reżysera, który po kilku próbach współpracy z proponowanymi przez wytwórnie scenarzystami wziął sprawy we własne ręce. Różnica na poziomie historii jest więc widoczna.

O ile „Ciche miejsce” wyróżniało się niezbyt dynamiczną akcją, przecinaną nagłymi skokami napięcia o tyle w przypadku drugiej odsłony serii – możemy mówić o serii, bo planowana jest następna część – to tu postawiono na zdecydowanie bardziej zintensyfikowaną akcję. Matka kwoka zmuszona przez okoliczności wypuszcza spod skrzydeł pisklęta i te będą głównym motorem napędowym akcji i generatorem napięcia.

A wszystko zaczyna się od … prequela. Najwyraźniej Krasiński poczuł się zobowiązany uchylić widzom rąbka tajemnicy dotyczącej przebiegu inwazji, która wtłoczyła naszych bohaterów w ich nieciekawe położenie.

Zostajemy tam jednak tylko na moment, bo po kilku pełnych okropieństwa ujęciach przenosimy się do czasu bezpośrednio po wydarzeniach z „Cichego miejsca”. Evelyn udało się opracować patent, który ma ochronić ją i jej starsze pociechy przed zagrożeniem płynącym z niemowlęcego kwilenia najmniejszej latorośli i wydaje się radzić sobie całkiem dobrze. To jednak tylko pozory, bo za chwilę zobaczymy całą czwórkę w nie lada kłopocie. Zdecydowanie więcej uwagi poświęcono tu dziecięcym bohaterom, bo jak wspomniałam oddzielają się one od matki. W pewnym momencie syn zostaje z kłopotliwym niemowlakiem, a córka wyrusza na tułaczkę wraz z Emmettem, wspomnianym znajomym nieżyjącego ojca sprzed czasów apokalipsy.

Gwoździem programu jest tu odkrycie jakiego dokonuje głuchoniema dziewczynka. Regan niesiona nadzieją obrasta w zbroje odwagi i postanawia za wszelką cenę sprawić, czy jej przypuszczenia są prawdziwe. Można to nazwać małym plot twistem, ale raczej z rodzaju tych mało odkrywczych. Nie mniej jednak jakoś należało popchnąć fabułę do przodu.

Mimo rozlicznych zachwytów jakie wzbudza owa produkcja ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że powstała trochę z poczucia obowiązku. Siłą pierwszego „Cichego miejsca” był klimat, pewna świeżość i brak pośpiechu. I o ile ujmowało mnie ono przejmującą ciszą to w nowym cichym miejscu tej ciszy mi zabrakło. Za dużo za głośno, za prędko. Jeśli tendencja wzrostowa utrzyma się także w planowanej kontynuacji spodziewam się wyścigów samochodowych i solówek na gitarze elektrycznej;)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

57/100

W skali brutalności: 1/10

Demon złych wspomnień

The Vigil/ Nocne czuwanie (2019)

Yakov, młody żyd z Hasidic Borough Park na Brooklinie mimo że opuścił swoją ortodoksyjną społeczność decyduje się na jedną noc powrócić do tradycji, w której się wychował. Wszystko za sprawą zlecenia w ramach, którego ma się podjąć roli shomera, czyli osoby opłacanej do czuwania nad zwłokami zmarłego. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że umierający sędziwy żyd pozostawił po sobie niecodzienną spuściznę.

„Vigil” to debiutancki horror operatora dźwiękowego i nie wspominam o tym przypadkowo, bo w produkcji Keitha Thomasa wrażenia słuchowe odgrywają bardzo istotną rolę. Oczywiście nie zamierzam tu deprecjonować całej reszty, bo to debiut wyjątkowo udany, ale zwróćcie uwagę na udźwiękowienie w filmie. To chyba pierwszy horror straszący oddechem umarłego.

Całość można traktować w kategorii bardzo przyjemnego przeżycia estetycznego. Technicznie stoi na bardzo wysokim poziomie, mimo, że cała akcja rozgrywa się pod osłoną nocy to plan zdjęciowy jest oświetlony wręcz wzorowo z dużą dbałością o uzyskanie określonej kolorystyki zdjęć.

Fabuła rozwija się niespiesznie więc w oczach niektórych widzów może być to temp zbyt wolne, ale sprzyja budowaniu nastroju, który jest tu bezapelacyjnie kluczowym elementem grozy. Ale groza w „Vigil” to nie tylko wyczekane straszne obrazki i straszne dźwięki to też, kontekst psychologiczny i społeczny – spójrzcie na funkcjonowanie Yakova po opuszczeniu żydowskiej ortodoksyjnej społeczności. Fakt jak silnie nasz bohater był przesiąknięty tradycją i wiarą nie mógł pozostać bez wpływu na przedstawione wydarzenia.

Mamy tu do czynienia po pierwsze z motywem demona, coś na zasadzie żydowskiego Dybuka, po drugie z motywem straszliwych wspomnień i traumy. Zarówno zmarły, jak i nasz Yakov mają za sobą takie doświadczenia. W przypadku zmarłego jest to piętno holocaustu, a w przypadku Yakova napaść. Obydwa zdarzenia łączy poczucie winy za bezradność. I tu z automatu nasuwa się myśl o określeniu 'demony przeszłości'. Czy mogą one przybrać formę nadnaturalnej emanacji w oczach bohatera? Odpowiedź wcale nie jest oczywista, a ciężar tej prostej z pozoru historii może silnie trafić w emocjonalność widza.

Dla mnie film jak najbardziej warto uwagi, wyróżniający się i jednocześnie zdolny zaspokoić także mainstreamowe apetyty. Warto obejrzeć.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie: 6

Zabawa: 8

Walory techniczne: 9

Aktorstwo: 8

Oryginalność: 7

To coś:8

72/100

W skali brutalności: 1/10

Nie ma jak w domu

The Nest/ Gniazdo zła (2019)

W starej rodowej posiadłości odciętej od świata zewnętrznego żyje niepełnosprawny chłopiec, Samuel. Otoczony troskliwą opieką swojej matki i innych mieszkańców wzrasta w przekonaniu, że nigdzie nie jest tak dobrze jak w domu. Pojawienie się w rezydencji nastoletniej Denise sprawia, że chłopiec zaczyna podważać narzuconą mu perspektywę postrzegania świata zewnętrznego. Samuel zaczyna marzyć o wyrwaniu się stamtąd.

„Gniazdo zła” dzieło włoskiego reżysera Roberta De Feo to obraz najsilniej podpadający pod kategorie horroru nastrojowego. Niespieszna narracja stara się opowiedzieć widzowi o panujących w odizolowanej i otoczonej lasami rezydencji zasadach i interakcjach pomiędzy mieszkańcami. Krok po kroku konfrontuje widza z rzeczywistością, która jest daleka od ideału mimo idyllicznej oprawy.

Całe emocjonalne napięcie ogniskuje się wokół osoby Samuela, chłopca, który jest całkowicie zależny od innych. Małoletnia femme fatale, Denise, która pojawia się w domu bohatera budzi jego zaciekawienie, tym bardziej, że jest jedyną rówieśniczką. Elena, matka Samuela przygląda się ich relacji z rosnącym niepokojem. Szybko wchodzi w rolę antagonistki, która staje na drodze ewolucji Samuela w samodzielnie myślącego młodzieńca. Kiedy już zdążymy się nabawić silnej awersji do niej i innych osób stojących na straży domowego miru następuje zwrot akcji. Coś jak opadająca kurtyna, która ukazuje prawdę o motywacji tych których uznaliśmy za wrogów biednego kaleki.

Finał zaskoczy, nie ma innej opcji, ale czy jest to gwarantem podobania? Niekoniecznie. Dość senny i niejasny tok przebiegu fabuły, może niektórych skutecznie odstraszyć. Film silnie odwołuje się do kina lat ’60 i nie każdy uzna to za zaletę. Osobiście uważam go za ciekawy eksperyment, który miał sporo dobrych momentów. I muzyka, muzyka była świetna.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:8

Zabawa:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:6

62/100

W skali brutalności: 1/10

Zabij do końca

The Dipper You Dig/ Im głębiej kopiesz (2019)

Ivy Allen samotnie wychowuje 14 letnią córkę Echo. Ich relacja jest daleka od tradycyjnie rozumianej, ale tworzą zgranych duet. Matka zarabia na ich utrzymanie urządzając lipne seanse spirytystyczne dla naiwnych i jest raczej daleka od wiary w życie pozagrobowe. Do czasu gdy zaczyna dzielić ze swoimi klientami ból straty najbliższej osoby.

„Im głębiej kopiesz” to niskobudżetowy horror wyprodukowany przez Rodzinę Adamsów. Serio, tak się nazywają. John i Toby odpowiadają za scenariusz i reżyserię. Dodatkowo wcielają się w główne role. Latorośl, odtwórczyni roli Echo też należy do klanu Adamsów, tak więc całkowicie rodzinna produkcja. Kim są Ci ludzi i skąd się wzięli nie mam bladego pojęcia, ale faktem jest, że swoim dziełem mogliby zawstydzić niejedną wytwórnie.

Głównym tematem film jest kwestia prawdopodobieństwa istnienia życia pozagrobowego. Wstępna faza filmu jednoznacznie pokazuje nam stosunek głównej bohaterki do tej sprawy. Uprawiana przez Ivi szarlataneria, bardzo klimatycznie i świetnie sfilmowane seanse pokazuje widzowi, jak łatwo jest wpędzić w kogoś w błędne przekonanie o istnieniu duchów. Za te kadry należy się co najmniej wyróżnienie.Z resztą za te i za wiele innych, które silnie połechtały moje poczucie estetyki.

Zapatrywań Kurta na zjawiska paranormalne nie znamy, ale po pobieżnej charakterystyce tej postaci możemy wnosić, że to twardo stąpający po ziemi koleś. Kurt pojawia się w sąsiedztwie rodziny Allen by wyremontować opuszczony dom. Wypadek, który staje się jego udziałem to moment, w którym traci zimną krew i robi to co dyktuje mu strach.

Dalszy rozwój wydarzeń to przekroczenie cienkiej linii pomiędzy tym co realne i fantastyczne. Oczywiście wizje jakiś doświadcza Ivy i Kurt mogą być rozumiane jako głos podświadomości. Intuicja, wyrzut sumienia etc. Nie mniej jednak wypada to bardzo ciekawie i nie potrzeba tu silić się na efektowne  jump scare. Widź postawiony zostaje postawiony nie tyle wobec decyzji po której stronie się opowiedzieć: jest duch czy nie ma ducha?/ Czym są te zjawiska –  ile w roli obserwatora: do czego te zjawiska doprowadzą?

Wrażenia wizualne, aspekty techniczne są tak osobne od tego zwykle widzimy w konie grozy, że warto się temu przyjrzeć. Nie wiem czy film Was olśni, czy spowoduje zawód, ale wątpię abyście byli gotowi stwierdzić, że jest nijaki, czy wtórny. Tych, których może odstręczać perspektywa obcowania z produkcją o mniejszym budżecie niż zwykle zapewniam, że nie odnotowałam tu rażących braków, wręcz przeciwnie uważam, że pod wieloma względami obraz się wyróżnia – ten balans kolorów! –  i nawet na aktorstwo nie można ponarzekać. Takie coś innego.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 7

Klimat:8

Napięcie: 6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo: 7

Oryginalność: 7

To coś:6

63/100

W skali brutalności: 1/10

 

Kto szepcze w ciemności

The Dark and The Wicked/ Szept i mrok (2020)

Rodzeństwo Louise i Michael zobligowani przez chorobę ojca zostawiają swoje sprawy i przybywają do rodzinnej farmy w Teksasie gdzie oboje dorastali. Na miejscu zastają ojca spoczywającego na łożu śmierci i matkę pogrążoną w obłędzie. Co więcej kobieta przyjmuje ich bardzo niechętnie twierdząc że nie potrzebnie się fatygowali. Ciężka atmosfera panująca w domu coraz silniej oddziałuje na czteroosobową rodzinę, a zjawiska do jakich tam dochodzi mogą nosić znamiona paranormalnych.

No i mamy, u schyłku 2020 poważnego kandydata na tytuł najlepszej tegorocznej produkcji. Oczywiście jest to moja prywatna opinia, podyktowana po części głodem nowych dobrych filmów, ewidentnie nie zaspokajanym w ostatnim czasie.

„The Dark and the Wicked” to reprezentant tak zwanej nowej fali horrorów, filmów raczej nastrojowych niż przebojowych. Obraz nakręcono na farmie należącej do twórcy, reżysera i scenarzysty w jednej osobie.

Miejsce akcji od pierwszych chwil sprawia bardzo przygnębiające wrażenie i to uczucie przygnębienia, beznadziei i sączącego się z każdego kąta smutku będzie nam towarzyszyć przez cały seans. Chyba właśnie ten klimat odnotowuję jako największą zaletę filmu. Filmowe wydarzenia przedstawione są w sposób sugestywny, pojawiają się mocniejsze akcenty, które dobitniej przypominają nam że mamy tu do czynienia z grozą.

Odnotowałam tu całkiem pokaźną ilość konkretnych scen, którym udało się zrobić na mnie wrażenie. Wizja lewitacji za oknem, czy krojenie palców z tych bardziej oczywistych i tego typu zabiegów mamy najwięcej, ale mnie osobiście najbardziej ruszyły owce. Najpierw ta jedna bieda, a później rozwinięcie tej sceny w dalszych ujęciach. Bardzo istotnym elementem składowym tej konkretnej horrorowej zupy jest pewnego rodzaju poczucie osaczenia przez zło.

Wynika ono po pierwsze z tego w jaki sposób twórca przedstawia  filmowe wydarzenia, ale też dzięki temu w jaki sposób pogrywają one na emocjach bohaterów. Ich żywe reakcje są tym co buduje tą historię. Wspominam o tym dlatego ze nader często odnoszę wrażenie, że protagoniści są jakby obok wydarzeń. W ich domu dzieje się coś i to coś rządzi fabułą, nie ma tam zbytniej przestrzeni na żywego człowieka, na jego emocje i jakąś relację z widzem. Sposób w jaki bezimienne zło osacza bohaterów staje się przyczółkiem wszelkich niepokoi, atmosfery paranoicznego poczucia zagrożenia i niemożności wydostania się z tej sytuacji. Dość dobre aktorstwo i techniczna sprawność produkcji przyczyniają się do zadowalającego odbioru całości. Polecam.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła: 8

Klimat:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś: 7

70/100

W skali brutalności: 2/10