Passenger/Pasażer (2026)

Maddie i Tyler porzucają ciepłe posadki i życie w Nowym Jork’u na rzecz tułaczki kamperem po bezdrożach. Realizując swoje marzenie wybierają wyjątkowo feralną leśną drogę, a której spotkać można tytułowego pasażera. Podczas gdy młodzi przekonani są, że poprostu udzialają pomocy ofierze wypadku tak naprawdę zapraszają na fotel pasażera demoniczną siłę.
Najnowszy film od twórcy „Autopsji Jane Doe” rozbudził nie małe apetyty u grozożerców. Sama byłam ciekawa „Pasażera”. Sęk w tym, że za scenariusz odpowiada ktoś zupełnie inny niż ekipa od „Jane..” i chyba w tym można doszukiwać się problemu.
„Pasażer” to dobrze zrealizowany horror. Atmosfera od początku jest gęsta, klaustrofobiczna, ujęcia w bardzo przemyślany sposób pokazują świat z perspektywy bohatera, koncentrując się na ich zawężonym polu widzenia w ciasnym samochodzie w otoczeniu mrocznego lasu. Narracja zapowiada się na fajne slow burn’owe dziwowisko. Jednak w pewnym momencie, takie odniosłam wrażenie, fabuła gdzieś znika i zamiast śledzić rozwój wydarzeń skaczemy od jump scare’u do jump scare’u.


Nie twierdzę, że te grozowe efekty są złe, albo źle wykonane, tylko zabrakło mi tu jakiejś konkretniejszej celowości owych emanacji. Fabuła wraca z impetem w finale, gdy zostaje nam objawiona prawda. Objawiona dosłownie, bo religijnie się zrobiło i jakoś pompatycznie. Nie są to moje grozowe okolice, więc jestem trochę w dysonansie pomiędzy swoją sympatią do horrorów w drodze, a ciarami żenady na takie rozwinięcie motywu. Doceniam reżyserski kunszt, doceniam starania w budowaniu nastroju, więc będę miła chyba nieco bardziej niż powinnam;)
Moja ocena:
Straszność:1
Fabuła: 6
Klimat:8
Napięcie:6
Zaskoczenie: 6
Zabawa: 6
Walory techniczne: 8
Aktorstwo: 7
Oryginalność: 5
To coś: 6
59/100
W skali brutalności:2/10
















