Lee Cronin’s The Mummy/ Mumia: Film Lee Cronina (2026)

Charlie Cannon dziennikarz śledczy badający sprawę przemytu starożytnych artefaktów mieszka z rodziną w Egipcie. To właśnie tu bez śladu znika jego córeczka, Katie. Kiedy rodzina straciła już nadzieję na odzyskanie dziecka Katie wraca, ale całkowicie odmieniona, chora. Jej ciało dosłowne się rozpada, a psychika jest w strzępkach. Okazuje się, że zniknięcie dziecka miało związek z kultem, który wykorzystuje proces mumifikacji do iście demonicznych celów.
Lee Cronin, chciał stworzyć horror o mumii, ale wyszedł mu film o opętaniu. Nie znalazłam tu zbyt wielu odwołań, ani do gotycko romantycznej wersji z lat ’30 ani do stylu monster movie jakim podążyli późniejsi twórcy filmów o mumii, ani najnowszego, bardziej przygodowego ujęcia z jakim mieliśmy okazję obcować za sprawą produkcji z Tomem Cruisem z 2017 roku.
Tu mamy zupełnie inną ścieżkę, bliższą temu, z czego Cronin jest znany („Imposter”, czy najnowszy „Evil dead”), czyli filmów o demonicznych opętaniach właśnie. Sama niczego nie oczekiwałam i niczego się nie spodziewałam. Na zagrywki w stylu Indiany Jonesa, pewno zakończyłabym seans, ale koncepcja Cornina, choć daleka do tego o co moglibyśmy „Mumię” posądzać, okazała się całkiem atrakcyjnym, choć niezbyt świeżym straszakiem. Technicznie bez zarzutów. Bardzo ciekawa jest praca kamery, szczególnie jednocześnie wyostrzanie pierwszego planu i tła, spotykane w filmach De Palmy.


Główne wydarzeni rozgrywają się w domowych pieleszach, na łonie rodziny i skupiają się na relacjach. Państwo Cannon są doprawdy w kłopocie, bo choć odzyskali ukochane dziecko to stworzenie, które trafia pod ich dach niczym nie przypomina Katie. Możemy się tu doszukiwać pewnej metafory traumy, a nawet obrazu procesu żałoby, a 'rozkład’ Katie to rozkład rodzinnego systemu.
Tu charakteryzatorzy i magicy od CGI popłynęli na szerokie wody. Szczególnie Ci pierwsi, bo jednak praktyczne metody przeważają nad tymi komputerowymi. Wszystko, co ma wyglądać szpetnie wygląda absolutnie koszmarnie i spokojnie możemy tu mówić o naleciałościach body horroru. I tu podobno twórca nie tyle opierał się na wyglądzie egipskich artefaktów, co na naturalnych mumiach jakie stworzyły procesy konserwujące zachodzące na Irlandzkich torfowiskach. To zresztą najmocniejszy punkt tej realizacji i tym mnie w sumie kupiono, bo jeśli idzie o resztę o uwag mam sporo. Przede wszystkim scenariusz trochę błądzi, żeby nie powiedzieć, że biegnie na manowce, a wybieg ma duży, bo i filmowej taśmy więcej niż zwykle. Jest tu przepych, ale jest i chaos. Na kinowy ubaw w sam raz, ale żeby zostać zapamiętanym trochę przymało.
Moja ocena:
Straszność: 1
Fabuła:6
Klimat:7
Napięcie:6
Zabawa:6
Zaskoczenie:5
Walory techniczne:8
Aktorstwo:7
Oryginalność:5
To coś:6
57/100
W skali brutalności: 2/10

Dodaj komentarz