Archiwum kategorii: Książki

Azyl, czy przedsionek piekła?

Kobieta bez twarzy –  Anna Fryczkowska

kobieta bez twarzy

To właśnie ten skromny debiut literacki (bynajmniej w dziale kryminał/horror) Anny Fryczkowskiej przekonał mnie do serii „Asy Kryminału” wydawnictwa Prószyński i s-ka.

Akcja powieści dzieje się – tak jak lubię – na jakiejś prerii, w Polsce. Do wioski, w której nic nigdy się nie zdarza, której nazwa umknęła mi już z pamięci przeprowadza się  nasza bohaterka, nauczycielka angielskiego, Hanka. Prosto z wielkomiejskiej dżungli na takie zadupie nie trafia się bez przyczyny. Hanka niedawno straciła męża, który postanowił wymeldować się  z domu i z życia  przez okno. Jej podejście do owej tragedii (bo w końcu nie każdemu przytrafia się coś takiego) jest dość osobliwe. Sposób w jaki o tym opowiada jako narratorka wskazuje, że oto mamy przed sobą bohaterkę, wobec, której nie pozostaniemy obojętni. Być może niektórych urzekł jej infantylny urok a la postać z poczytanki Katarzyny Grocholi, ale mnie osobiście to drażniło. Hanka jest ciekawą narratorką, ale wydaje się  bardzo niedojrzała i po prostu głupia jak na matkę dwójki dzieci, kobietę dobiegającą czterdziestki.

Jej narracja i sposób snucia opowieści jest jednak przystępny dla czytelnika. Historię poznajemy także z perspektywy jej małej córki, Michaliny, która choć jest tylko małą dziewczynką wykazuje się dużo większą dojrzałością w sposobie postrzegania świata niż jej matka. Być może to zabieg celowy,w końcu gdyby niepoważna mamusia nie poczęła od pierwszego dnia przeprowadzki obściskiwać się pijana po knajpach z obcymi facetami nie mieli byśmy zaskakującego finału opowieści:)

Zaściankowa obyczajowość i dziwaczne podejście do życia to doskonałe pole dla zrodzenia się kryminalnej zagadki. Hanka chcąc -nie chcąc zostaje uwikłana w zagadkowe zniknięcia i morderstwa. Tytułowa „kobieta bez twarzy” znaleziona w stawie przez córkę głównej bohaterki jest dopiero początkiem. Im dalej w las tym więcej grzybów.

W fabule nie dostrzeżemy zbędnych ozdobników, czy też jakieś pokrętnej logiki w myśleniu autorki, tak często niestety występujących w innych powieściach z gatunku, kiedy to autor na siłę wprowadza niepotrzebne zamieszanie, aby tylko zaskoczyć czytelnika. Dobrze skonstruowany wątek kryminalny, stopniowanie napięcia i pomysł na „to coś” w zupełności wystarcza. Owe „coś” .czyli finalne rozwiązanie tajemnicy jest nie tuzinkowe i oryginalne. Fryczkowskiej udało się nie pogrążyć w  banale i odwaliła dobrą robotę tworząc powieść dobrze napisaną i wciągającą.

Nie wiem czemu przez całą lekturę „Kobiety bez twarzy” uparcie pchało mi się do głowy skojarzenie z światem przedstawianym w powieściach Olgi Tokarczuk. Hym… (?)

Moja ocena: 8+

Sen we śnie 26

Picnic at Hanging Rock/ Piknik pod wiszącą skałą (1975) – Film

vs

Picnic at Hunging Rock/ Piknik pod wiszącą skałą Joan Lindsay – książka

piknik pod wiszącą skałą fil i książka

piknik pod wiszącą skałą film i książka

Historia pt. „Piknik pod wiszącą skałą” jest jak impresjonistyczny obraz. Widzimy tylko rozmazane kontury zdarzeń. Obraz jest silnie prześwietlony australijskim słońcem. Nic nie jest takie jakim się wydaje. Ta historia spokojnie mogła by być snem.

Trudno napisać recenzję filmu, który obejrzałam dzisiejszego poranka, nie wspominając o książce, na podstawie, której powstał.

Powieść australijskiej pisarki powstała rzekomo na podstawie autentycznych wydarzeń. Tu, z miejsca mogę wyprowadzić czytelnika, czy ewentualnego widza z błędu. Swego czasu przeszukałam dostępne mi źródła (tak, wuj google:) w celu dokopania się do jakiś dokumentów dotyczących sprawy. Nic oczywiście nie znalazłam. Historia jest fikcyjna. Jeżeli bliżej jej się przyjrzeć można się dopatrzeć wielu pomyłek fabularnych, które o tym świadczą. Chociażby święto świętego Walentego w roku 1900, kiedy to rozgrywa się akcja, wypadło w środę. Wg. historii opisanej przez Joan, była to sobota.

Książkę czytałam bardzo dawno temu, jeszcze za nim dowiedziałam się, że istnieje ekranizacja. Do tej pory pamiętam bolesną przeprawę przez tą opowieść. Książki raczej nie polecę. Chyba, że ktoś jest fanem NA PRAWDĘ rozwlekłych opisów i nadmiernie kwiecistego języka. Jeśli chodzi o fabułę, adaptacja filmowa jest bardzo wierna książkowemu pierwowzorowi.

Pamiętam, że po lekturze „Pikniku…” byłam bardzo rozczarowana, gdy okazało się, że autorka nie znalazła żadnego zakończenia wyjaśniającego opisane wypadki.

Film w dużej mierze przyczynił się do popularyzacji książki. Ekranizacja Petera Weina jest zaliczana do klasyki kina i jeśli o mnie chodzi to w pełni zasługuje na miano arcydzieła, jakim został okrzyknięty. Jednak jak to zazwyczaj bywa z arcydziełami, klasykami kina, czy literatury, grono zadowolonych odbiorców nie jest zbyt szerokie. Na pewno więcej osób przyzna wyższość filmowi niż książce.

Historia, którą opowiada nie trafi do każdego, nie każdy będzie zadowolony z takiego rozwiązania, jakim jest pozostawienie tajemnicy tajemnicą do końca. Ja, ostatecznie, po rozważeniu wszystkich za i przeciw jestem na tak, choć jak wspomniałam po przeczytaniu książki byłam rozczarowana 🙂 O tym dlaczego zmieniłam zdanie, będzie później.

Rok 1900, Woodend, Australia. Dzień świętego Walentego. Mieszkanki pensji dla panien Appleyard College wraz z nauczycielką algebry wybierają się na piknik nieopodal tytułowej Wiszącej Skały. Powieściowy opis tego miejsca jakoś nie pobudził mojej wyobraźni, jednak obraz australijskiej prerii zaprezentowany w filmie jest bardzo sugestywny: Wielka skała, „czekająca od milionów lat”, palące słońce i grupa dziewcząt w jasnych sukniach i kapeluszach oddająca się u jej podnóży biernej kontemplacji. Obraz iście rajski. Dziewczęta wyglądają jak zawieszone w czasie, senne nimfetki. Zupełnie odcięte od tego co dzieje się poza nimi. W tle przejmująca muzyka grana na lutni.

piknik pod wiszącą skałą film i książka

piknik pod wiszącą skałą film i książka

Czwórka z nich postanawia oddalić się trochę od reszty grupy. Wiedzione jakąś dziwną siłą wspinają się wyżej i wyżej, penetrując zakamarki czarownego miejsca. Tylko jedna z nich, pulchna Edith, narzeka na zmęczenie i złe samopoczucie. Wydaje się nie wrażliwa i wręcz oporna na mistyczną moc, która niesie pozostałe dziewczęta. Jest zdziwiona ich zachowaniem. Dziewczęta zdejmują buty, pończochy, jakby całkowicie chciały zjednoczyć się z przyrodą, spacerują bosymi stopami po piasku, pustynnej roślinności i ostrych kamieniach. Prowadzą jakieś niejasne, przesiąknięte odległą metaforyką rozmowy- tak z resztą dzieje się już niemal od początku filmu- jakby dziewczęta w pewnym sensie były przygotowane na coś niezwykłego. Dziwność ich słów i zachowań narasta w raz z rozwojem zdarzeń.

piknik pod wiszącą skałą film i książka

W końcu trójka dziewcząt  znika w jednym z zakamarków w śród plątaniny skał zostawiając rozhisteryzowaną i zapłakaną Edith. Dziewczyna jest w szoku. Nie wie czego świadkiem tak naprawdę była. Biegnie do reszty grupy, gdzie dowiaduje się, że i nauczycielka gdzieś wsiąkła. Nikt nie jest w stanie wyjaśnić zniknięcia czterech dziewcząt i nauczycielki.

Tak pozostanie aż do końca tej historii.

piknik pod wiszącą skałą film i książka

Mam kilka swoich teorii na temat okoliczności zniknięcia dziewcząt. Nie będę się jednak nimi dzielić, żeby nie sugerować nic tym, którzy z opowieścią, czy książkową, czy filmową, zamierzają się dopiero zapoznać. Właśnie ta tajemniczość, ta mnogość różnych skojarzeń i dowolność interpretowania jest największą zaletą tej opowieści. Każdy dopatrzy się tu czegoś innego.

Istnieje wydany po śmierci autorki ostatni rozdział powieści, wyjaśniający co stało się z dziewczętami. Pierwszy wydawca nie zgodził się na inne zakończenie, chciał pozostawić historię taką, jaką była. Nie dziwię mu się wcale, gdyż rozwiązanie zaproponowane przez autorkę powieści, po pierwsze psuje to co w historii najwartościowsze i po drugie, dla mnie osobiście wydaje się poniżej poziomu całej historii.

SPOILER: A jest ono takie: Do trzech ze spacerujących dziewcząt dołącza ich nauczycielka, w samej bieliźnie. Przekonuje jej do zdjęcia gorsetów. Wszystkie  trafią do szczeliny w skale podążając za wężem, uprzednio zostają zmienione w jakieś gady, czy płazy. (WHAT THE FUCK?) Kwestia jakiś manipulacji przy czasoprzestrzeni nasunęła się i mnie, ale bez ewoluowania w zwierzęta i znikania w dziurach. Ah i jeszcze jedno ad. tego rozdziału: dziewczyna, która zostaje odnaleziona po tygodniu nie zdążyła zmienić się w gada/płaza i zniknąć gdyż spadający głaz zamknął szczelinę.KONIEC SPOILERA

Moja ocena:

Piknik pod wiszącą skałą- książka: 6/10

Piknik pod wiszącą skałą- film: 9/10

Ponura północ

Spójrz na mnie – Yrsa Sigurdardóttir

spójrz na mnie yrsa sigurdóttir

Ciągnie mnie do skandynawskiej literatury. Bardzo lubię szwedzkie powieści z gatunku kryminał/thriller – tu nie jestem zbyt oryginalna – bo mają bardzo specyficzny klimat.

Tym razem postanowiłam sięgnąć jeszcze dalej na północ europy, bo aż do Islandii. W ręce wpadła mi piąta, wydana w Polsce, powieść Yrsa’y Sigurdóttir (nawet nie wiem jak odmienić to dziwaczne imię). Przeczytałam gdzieś w internecie o tej książce. Jeśli chodzi o jej opis to najbardziej przekonała mnie do niej jej wielowątkowość, choć przyznam, że intrygujący tytuł i straszliwe ślepia na okładce również przysłużyły się promocji książki, bynajmniej w moim przypadku.

Muza jest moim ulubionym wydawnictwem, zawsze wychodzi na przeciw moim oczekiwaniom i wydaje powieści wszystkich moich ulubionych autorów. Więc i w przypadku tej książki zaufałam Muzie.

Zakupiłam książkę, zaczęłam czytać i szybko zorientowałam się, że coś jest nie tak. Najpierw zbluzgałam w  myśli autorkę winiąc tylko i wyłącznie ją za „zgrzyty”, ale p chwili zastanowienia przyszła refleksja- TŁUMACZ. Powieść może być na prawdę bardzo wartościowa pod względem treści i formy, ale jeżeli za jej przekład weźmie się ktoś  nie do końca ogarnięty to jest kaplica. I tu jest kaplica podwójna pod tym względem, gdyż polski tłumacz nie robił przekładu z wersji oryginalnej, tylko z angielskiej. Nie trzeba być filologiem by wyłapać błędy tego przekładu.

O ile mogę wybaczyć kiepski, przedszkolny styl, to nie mogę już przymknąć oka na jego wpływ na odbiór treści.

Bohaterką powieści jest prawniczka. Nie znam zbyt dobrze tego środowiska, ale nagromadzenie w jej języku zwrotów potocznych było wręcz rażące. Co chwilę jakieś : „dzizys”, albo „sorki”, czy inne kwiaty amerykanizacji polskiego słownika. Kiepawość tłumaczenia biła po oczach także w czasie czytania dialogów toczących się pomiędzy bohaterami, a ściślej mówiąc-  w formach w jakich się do siebie zwracali: Przykład: Idzie Pani Thora do Pana Ministra i na dzień dobry wyjeżdża do niego per „ty”.  Może w Islandii formy grzecznościowe nie obowiązują, ale ciężko mi sobie wyobrazić sytuacje, w której szary członek społeczeństwa z taką swobodą gawędzi z wysoko postawionym urzędnikiem państwowym. Ujmowało ewidentnie  to wiarygodności przedstawionym wydarzeniom.

Co się tyczy całej historii: Wielowątkowość powieści wcale nie okazała się dla niej plusem, a to z tego względu, iż autorka sama się w tych wątkach pogubiła i momentami fabuła jest dziurawa jak szwajcarski ser.

Gdybym miała oceniać książkę tylko za pomysł. Dostała by 10/10 gdyż widać w tym wszystkim przebłysk dobrej, mocnej momentami strasznej i zasmucającej jednocześnie, historii. Jednak forma jej przedstawienia na prawdę kuleje.

Książkę czyta się dość dobrze jeżeli przymknie się oko na wady, które wymieniłam i skupi się na rozwikłaniu tajemnicy. A tu jest na prawdę ciekawie i to broni książkę.

Nasza bohaterka zostaje bowiem wplątana w rozwiązanie tajemniczej sprawy podpalenia ośrodka dla dzieci specjalnej troski. Tu autorka wykazała się sporą znajomością problematyki różnych zaburzeń rozwoju i urazów przyczyniających się do niepełnosprawności. Postaci są nakreślone w sposób przekonujący, a bardzo łatwo jest popłynąć w pseudo psychologię jak się nie zna tematu. Ich historię są poruszające, ale nie w sposób nachalnie wyciskający łzy.

Jest nie źle, choć mógł by być lepiej. Kto jest temu winny? Autorka, czy tłumacz? Tego się nie dowiem, puki nie nauczę się czytać po islandzku:)

Moja ocena: 5-/10


O tym jak upada człowiek

Morderstwo tuż za rogiem – Zofia Małopolska

mordersto tuż za rogiem recenzja

Seria Asy kryminału przyciągnęła moją uwagę głównie z powodu ukłonu, jaki składa w stronę polskich autorów z gatunku. Zazwyczaj kręcę noskiem na polską twórczość literacką, a już na pewno z gatunku kryminał/horror/thriller. Jednak stało się tak, że przypadkiem wpadła mi w ręce inna książka z tej serii. Przeczytałam ją jednym tchem i teraz sięgnęłam po następną.

Bardziej cenię sobie horror/thriller filmowy niż książkowy. Jeśli chodzi o literaturę jestem raczej fanką innych gatunków.

„Morderstwo tuż za rogiem” jest powieścią emerytowanej polonistki, rodowitej krakowianki, Zofii Małopolskiej, która ukazała się nakładem wydawnictw Prószyński i spółka właśnie w serii Asy kryminału. Choć ku mej uciesze kryminału w niej sporo,  historii o ludzkich tragediach jeszcze więcej.

Wszystko zaczyna się od trupa „tuż za rogiem” domu pewnego prawnika w średnim wieku. Po wesołej libacji alkoholowej wraz z kolegami ze szkolnej ławy mecenas znajduje w swoim ogródku zwłoki brutalne pobitego włóczęgi. Komu mógł przeszkadzać ktoś taki? Bezdomnych mijamy na ulicy codziennie. Jeśli już wzbudzają jakieś uczucia, to raczej smutek niż nienawiść.

Ta zbrodnia okazuje się twardym orzechem do zgryzienia dla komisarza Bartnika. Postać komisarza nie jest typowa dla głównych bohaterów tego rodzaju książek. Bartnik jest trochę nieporadny, nie wzbudził mojego autorytetu, nie przeraził wulgarnością obyczajów, jak to zwykle bywa, gdy mamy przed sobą glinę, który musi mieć łeb i dupę ze stali. Ale bardzo go polubiłam. Podobnie jak jego towarzyszkę. Bowiem ważna role w śledztwie odegrała dawna nauczycielka Bartnika, pani Leokadia. Jej postać jest trochę… jak by to ująć: nie na miejscu (?) Być może sędziwej autorce ciężko było utożsamić się z mężczyzną w średnim wieku- komisarzem, więc wprowadziła jeszcze jedną postać, stworzoną na swój wzór. Dziwiła mnie trochę  relacja tych dwojga ludzi: Emerytowana nauczycielka i jej dawny uczeń. Nie mówię, że przyjaźń miedzy uczniem a nauczycielem to coś nienormalnego, ale tutaj zdaje się było coś więcej. Na szczęście autorka wybrnęła w końcu z tego, może zauważyła, że za bardzo się zagalopowała i zaczyna się robić… śmiesznie.

Pod względem językowym powieść jest do granic poprawna. Czyta się ją jak szóstkowe wypracowanie. Przyczepić się mogę jedynie do dialogów, które wydawały mi się trochę na siłę „przebłyskotliwe”.

W miarę rozwoju fabuły poznajemy historię zagadkowego włóczęgi, którego losy w tajemniczy sposób łączą się z grupą mężczyzn, niegdyś kolegów z jednej klasy –  jednymi z nich są  właśnie komisarz, oraz mecenas pod domem, którego znaleziono zwłoki. Wszyscy są „jednym i tym samym drzewem”.

Dostrzeżenie związku pomiędzy ofiarą a mordercą okazuje się nie lada wyzwaniem. Po drodze, wraz z komisarzem potkniemy się o milion błędnych tropów. Finał na pewno zaskoczy czytelnika. Mnie wprowadził w jakąś dziwna zadumę:

Człowiek może wzbudzić największą nienawiść, gdy w jego oczach odbije się nasza postać, a my nie jesteśmy zadowoleni z tego, co widzimy… Dopatrzyłam się tam ciekawie zaprezentowanego literackiego motywu sobowtóra.

Długo dumałam o tym, jak upada człowiek.

Moja ocena: 6+/10

zbrodnia w bibliotece

Tata psychopata

 Jedyne dziecko – Jack Ketchum

jedyne dziecko

Kolejne mało przyjemne dzieło Jacka Ketchuma. Wzięłam się za nie niemal zaraz po lekturze „Dziewczyny z sąsiedztwa”. Nastawiłam się na makabreskę, ale o dziwo nie jest tak źle:) Choć być może to kwestia mojej wrażliwości.

W „Jedynym dziecku” znowu mamy do czynienia z literacką interpretacją prawdziwej historii, która wydarzyła się w nieszczęsnych Stanach Zjednoczonych.

Być może na fakt, iż opowieść nie uderzyła w mnie równie mocno jak to było w przypadku „Dziewczyny z sąsiedztwa” wpłynęła narracja. Tu mamy narrację trzecioosobową. Narrator nie jest jednym z uczestników wydarzeń, co niejako pozwala czytelnikowi na zachowanie dystansu.

Lydia miała w życiu pecha. W domu rodzinnym nie zaznała zbyt wiele dobrego, jej pierwsze małżeństwo okazało się pomyłką a drugie… drugie małżeństwo to już tragedia w odcinkach.

Jej drugi mąż Artur nosił w sobie zło od najmłodszych lat. Co mogło mieć na to wpływ, dowiemy się w epilogu.

Jest prawdziwym zwyrodnialcem. Większość przestępców seksualnych to reprezentanci osobowości niedojrzałej.Takie typki po prostu mają gdzieś potrzeby innych ludzi, liczy się tylko ich frajda. Ale w przypadku Artura mamy do czynienia z nie tak popularnym jak by się wydawało sadystcznym sukinkotem.Artur czerpie przyjemność z zadawania bólu Lydii, ale to mu nie wystarcza.W końcu obraca się przeciw swojemu dziecku.Zgroza. 

Podobnie jak w przypadku „Dziewczyny z sąsiedztwa” mamy do czynienia z literackim profesjonalizmem. Z iście naukowa dokładnością Ketchum opisuje objawy występujące u molestowanego dziecka.Wiarygodność opisu jest zdecydowanie najmocniejszą stroną pisarza.

Zakończenie tej historii poruszy największego twardziela. Bezsilność wobec zła, to ulubiony temat Ketchuma.

jedyne dziecko

Moja ocena:

8/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniu klasyka horroru.