Archiwa tagu: horror psychologiczny

W świecie Ren

Jestem Ren (2019)

Renata jest matką nastoletniego Kamila i żoną Jana. Rodzina wiedzie spokojne życie w domu nad jeziorem, aż do chwili gdy pewnej nocy dochodzi do sytuacji w wyniku, której rodzina dopada kryzys. Aby rozwiązać problemy udają się do ośrodka terapeutycznego, tam Renata daje upust swoim obawom co tylko pogarsza ich wzajemne relacje.

Nie mam pojęcia jak się zabrać do pisania o tym filmie. Cokolwiek bym nie rzekła byłby to wprowadzenie w błąd potencjalnego widza, albo spoiler. Bardzo mi jednak zależy by nie uszedł on Waszej uwadze, więc, no, spróbujmy.

„Jestem Ren” to nasza rodzima produkcja niezależna na podstawie autorskiego pomysłu twórcy, a raczej twórczyni, Patrycji Ryczko. Reżyserka porywa się tu na kino sci-fi, które w naszym kraju praktycznie nie istnieje. Kino sci-fi bowiem kojarzy się z koniecznością użycia zaawansowanych technik wizualnych, bardzo kosztownych i wymagających doświadczenia. Nie mam pojęcia gdzie owo doświadczenie mieliby zebrać nasi twórcy obracając się po własnym dość jałowym polu. Skąd wziąć na to budżet?

Najwyraźniej Patrycja Ryczko miała głęboko w poważaniu te gatunkowe prawidła made in Hollywood i zrobiła film po swojemu. Owszem, mamy tu futurystyczny motyw nowych technologii, ale przedstawiony w taki sposób, że nie wymagał on użycia efektów, czy nawet szczególnej charakteryzacji. Film zresztą nie skupia się na wrażeniach wizualnych, nie takich w rozumieniu kina sci-fi, nie celuje w widowiskowość, jest wręcz bardzo przyziemny. Z resztą w miarę śledzenia rozwoju wydarzeń wersja rodem z science fiction nie będzie jedyną, nasuwającą się widzowi na myśl. Ba, myślę, że wielu z Was od początku będzie w stanie postrzegać tą historię w zupełnie innym wymiarze i to też jest duży plus tej produkcji. Techniczne, warsztatowe niedoróbki w mojej ocenie nie rzucają się bardzo w oczy. Cóż, kamera nie zawsze trafia tam gdzie powinna, a obsada ma słabszych przedstawicieli, ale nadal jest produkcja prezentująca pewien poziom, którego nie ma co się czepiać biorąc pod uwagę niszę z jakiej pochodzi.

Film jest krótki, bo liczy ledwie osiemdziesiąt minut i są to minuty w pełni zagospodarowane. Tworzą spójną, angażującą opowieść,z niegłupim przesłaniem. Opowieść o czymś, o ważnych społecznie problemach, co biorąc pod uwagę kolejne wydmuszki które filmowy namiętnie produkują – bo nie da się powiedzieć, że tworzą – to jest to zdecydowanie dobra moneta. Znacie moje podejście do polskiego kina, wiele jestem gotowa mu wybaczyć i gdy jest je za co docenić, doceniam w opór. Czy podzielicie moje zdane, nie wiem, ale zachęcam Was byście choć spróbowali.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat: 7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:7

61/100

W skali brutalności:1/10

Jako mąż i nie mąż

The Honeymoon phase/ Miesiąc miodowy (2019)

Niedaleka przyszłość. Eve i Tom, para narzeczonych, decyduje się na wzięcie udziału w eksperymencie naukowym, którego pomysłodawca deklaruje chęć zbadania relacji pomiędzy małżonkami. Drobne kłamstwo, fakt, że Eve i Tom nie są faktycznie małżeństwem nie odwodzi ich od kuszącej oferty zarobienia okrągłej sumki. Angażują się w projekt i wkrótce rozpoczynają trzydziestodniowy pobyt w luksusowym domu, ale z całkowitym odcięciem od świata zewnętrznego. Początkowo cieszą się sobą, jednak w pewnym momencie Eve zauważa zmiany w zachowaniu partnera.

„Miesiąc miodowy” to pełnometrażowy debiut Phillipa Carrolla zrealizowany w niewielkim budżecie według własnego pomysłu. Główną rolę kobiecą reżyser powierzył swojej żonie, która też miała pewien wpływ na scenariusz.

Rozmiłowany w sci-fi twórca rzuca swoich bohaterów w świat, gdzie ich relacja ma się stać obiektem badawczym. W czasie rozmów wstępnych z doktorem przewodzącym projektowi młodzi dowiadują się, że celem badania jest sprawdzenie dlaczego związki się rozpadają, dlaczego tak zwana faza miesiąca miodowego nie może trwać wiecznie. Może jeśli pozostawimy zakochanych ludzi samych sobie, odetniemy wszelkie rozpraszające bodźce, na które zwykle zrzuca się winę za rozpad małżeństwa uda się dotrzeć do sedna sprawy? Romantyczna Eve gorąco wierzy, że nic nie jest w stanie zmienić jej uczuć wobec Toma, ale co jeśli to Tom się zmieni?

Mamy tu więc do czynienia z thrillerem psychologicznym, bo w dużej mierze jako widzowie obserwujemy psychiczny rozpad bohaterów, konflikt w ich relacji i konflikty wewnętrzne. Wszystko to na tle dobrodziejstw technologi, której udogodnienia wcale nie chronią przed tym co najbardziej ludzkie, czyli samotność, lęk, potrzeba bycia kochanym etc.

Wobec tego uczuciowego pomieszania szybko wkraczamy w obszar paranoid thrillera, gdzie zmuszeni jesteśmy sądować kto pozostał przy zdrowych zmysłach a komu odbija. Finał i rozwiązanie zagadki przywiedzie Wam na myśl opowieści z rodzaju „Czarnego lustra”, ale nie wiem czy w pełni Was to usatysfakcjonuje. Ja byłam w lekkiej rozterce. Na pewnym etapie przestałam się skupiać na pierwiastku sc-fi i jego nagły powrót na główny plan trochę mnie zbił z tropu i nie wiem, czy w pewnym stopniu nie rozczarował? Oczywiście mamy tu duży efekt zaskoczenia i to należy odebrać na plus.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła: 7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność: 6

To coś:6

61/100

W skali brutalności: 1/10

Philip Archanioł

In The Trap/ W pułapce (2019)

Philip od dzieciństwa doświadcza dręczenia przez demoniczną siłę. Siłę, która na jego oczach porwała jego siostrę, a jego życie zmieniła w jeden wielki lęk. Mając wsparcie matki i zaprzyjaźnionego księdza jakoś sobie radził, jednak po śmierci matki wszystko wróciło. Akurat gdy jego życie zdawała się zmierzać w lepszym, jasnym kierunku, akurat gdy pojawiła się w nim piękna skrzypaczka Catherine zło powraca ze zdwojoną siłą.

Włoski aczkolwiek anglojęzyczny horror „In the trap” wydaje się poruszać popularny temat opętania. Jednakże opisane w nim zdarzenia, sytuacja Philipa bardziej przypomina demoniczne dręczenie, gdzie ofiara nie jest atakowana i zawładnięta bezpośrednio, a jedynie świadkuje atakom, których bezpośrednimi ofiarami są bliskie jej osoby. Tak chyba określili by to Warrenowie, ja tam się nie znam. W każdym bądź razie to mniej standardowe ujęcie problemu sprawia, że film może się wyróżnić. To oczywiście tylko jedna z perspektyw z jakich możecie spojrzeć na tę historię, interpretacja może być z goła daleka od religii i będzie nie mniej trafna.

Nie jest to standardowy straszak, choć pojawiają się w nim sceny nastawione na wzbudzenie grozy. Bardziej jest obraz niepokoju, psychicznego dyskomfortu i pewnej paranoi. Bez jednoznacznego wskazania: a teraz bój się diabła! Bum! – jump scare. I mówię to z pełną świadomością istnienia w nim scen takich jak rytuał egzorcyzmu, czy emanacja postaci staruszki w ciemnym pokoju.

Ciężko mi było określić co budzi tu mój lęk- postać ostro schizującego Philipa, czy to co rzekomo widzi. Tak sobie myślę, że rozegrano to bardzo dobrze i dziwi mnie, że o filmie jest tak cicho, a jak już ktoś odezwie się na jego temat to niewiele miłego ma do powiedzenia.

Na zagranicznych forach bardzo często pojawia się zarzut, że film się rozjeżdża i to słabe, że demon nie jest tam nazwany z imienia i wskazany jako winny całego zamieszania. No cóż, dla mnie takie mniej kategoryczne podejście do sprawy to duży plus, zwłaszcza, że sam finał jeszcze dokłada niejasności. Zdecydowanie wolę utrzymać tego typu spray w w obszarze mystery, niż standardową potyczkę. „Dzień dobry, jestem Lucyfer, teraz spętam Twoją duszę”.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie: 6

Zabawa:7

Aktorstwo: 6

Walory techniczne: 7

Oryginalność: 6

To coś:7

65/100

W skali brutalności: 1/10

Co z Tobą syneczku

Son (2021)

Laura jest samotną matką Davida. Chłopiec ukończył osiem lat, a ich wzajemna więź jest niezwykle silna. Pewnej nocy wyrwana ze snu matka zastaje w pokoju swojego jedynaka grupę dziwnie wyglądających ludzi pochylonych nad jej synem. Wzywa w panice pomocy, a intruzi znikają toteż pojawienie się na miejscu dwóch detektywów nie rozwiązuje zagadki. Wkrótce po tym zdarzeniu David zaczyna chorować, a zdesperowana matka robi wszystko by go ocalić.

Irlandzki horror „Son” mocnym wejściem nie od razu ujawni swoją należność do horrorów nowej fali. Szybkie zawiązanie akcji to jednak tylko pozór, bo nim pobrniemy do brzegu zejdzie dość filmowej taśmy. Jego przynależność podgatunkowa nie jest do końca czytelna bowiem mamy tu do czynieania z miszmaszem, który w miarę rozwoju fabuły przechyla szale od horroru z wątkiem religijnym, czy paranormalnym, horroru psychologiczny, paranoid thrillera, gore… No, trochę tego jest:)

Twórca „The Son” może być Wam znany z sprawą bardzo ciepło przyjętego horroru „The Canal” z 2014, który znajduje się na mojej prywatnej liście ulubieńców. W scenariuszu własnego autorstwa wziął na warsztat prywatne lęki ogniskujące się wokół rodzicielstwa i przekuł je na filmową fabułę. Produkcja dość dobrze radzi sobie z podjętym tematem, ale raczej nie ma co liczyć na sukces poprzednika. Osobiście oceniam go powyżej średniej z uwagi na zmyślność w prowadzeniu wcale nie nowatorskich wątków i poszanowanie klimatu grozy. Technicznie również zadowala i jeśli miałabym celować w jakiś jego słaby punkt to byłby to finał. Finał całego zamieszania, choć może nie tyle finał co epilog.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat: 7

Napięcie: 6

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10

Do kogo się modlisz?

Saint Maud (2019)

Maud, młoda głęboko wierząca kobieta podejmuje się opieki nad terminalnie chorą Amandą, byłą tancerką i choreografką. Praca jest dla niej misją, misją, którą wyznaczył dla niej Bóg. Maud ma bowiem nie tylko ulżyć kobiecie w ostatnich chwilach życia, lecz skierować ją wprost do Boga.

Fanatyzm religijny jest jednym z częściej spotykanych motywów w kinie grozy. Nie bez powodu,bo  kwestie związane ze sferą duchowości to wręcz wymarzona furtka, którą można na arenę wprowadzić nienazwane i nieokreślone zagrożenia, byty, które nie powinny istnieć realnie.

Jeśli jednak spodziewacie się po seansie ze „Świętą Maud” wrażeń zbliżonych do tego co zwykły oferować horrory satanistyczne, czy mniej jednoznacznie zorientowane obrazy traktujące o wszelkiej maści kultach, to nie uświadczycie tu ani jednego ani drugiego. Nie mogę Wam nawet zaręczyć, że uznacie ten film za horror, bo sama jego twórczyni nie sygnuje go tym konkretny gatunkiem.

Jest to kino mocno psychologiczne, psychodeliczne gdzie obcować możecie z wykręconą wizją rzeczywistości jednak jest to rzeczywistość umowna, stworzona przez umysł bohaterki. Trudno jest mi orzec, czy jest to produkcja skierowana do fanów grozy, więc nie będę Was na siłę ciągnąć przed ekran, powiem Wam natomiast jakie wrażenie na mnie ów twór wywarł.

Do tytułowej Maud zapałałam niechęcią od pierwszej chwili. Z miejsca uruchomiły mi się diagnostyczne zapędy. Młoda dziewczyna, która żyje tylko w sferze duchowej, wszelkie uciechy życia doczesnego odpycha, w obawie, że te mogły by przysłonić jej to co najwartościowsze, czyli relacje  z Bogiem. Bóg, z którym Maud prowadzi długie rozmowy – tak słyszy jego głos, więc nie są to monologi – dostarcza jej każdego rodzaju zaspokojenia. Nie będzie to chyba nadużycie jeśli stwierdzę, że jest to relacja nacechowana dość erotycznie. Obserwując jej powiedzmy religijną ekstazę przypomniała mi się historia mnichów, którzy adorowali wizerunek najświętszej panienki aż do spustu.

Jej spotkanie z Amandą, kobietą nawet u kresu starającą się korzystać ze wszystkich możliwości jakie daje cielesność jest jak zderzenie ze ścianą. Maud zwierza się swojej podopiecznej ze swoich duchowych przeżyć, a ta przyjmuje je z aprobatą. Może to było tylko pełne zrozumienia politowanie, ale Maud dostrzega w tym zazdrość i sygnał, że w głębi siebie Amanda pragnie zjednoczyć się z Bogiem i w ostatnich chwilach życia doświadczyć tego czego jej opiekunka doświadcza na co dzień.

Ta chwila jest w zasadzie początkiem równi pochyłej. Maud zatraca się w swojej misji, gubi orientacje. Robi się coraz dziwniej i dziwniej, więc można rzec że przez większość filmu obcować będziemy z wciąż pompowanym balonikiem obłędu. Środki wyrazu użyte dla zaprezentowania stanu umysłu bohaterki przerastają oczekiwania jakie można rościć do przeciętnego kina grozy. Obrazy i muzyka, kolejne sekwencje iluzorycznych wrażeń i wreszcie to co ostateczne. Dla mnie ten film pokazuje, że duchowość nie może istnieć bez cielesności, niezależnie jak silnie będziemy sobie to wmawiać. Ciało nie jest świątynią, chyba że świątynią bólu. To w dużym stopniu zaawaluowana  krytyka religii chrześcijańskiej, której fundamentem i najwyższą wieżą jest ból i przemoc.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:7

67/100

W skali brutalności: 2/10