Wybieramy najlepszy film grozy roku 2022

Drodzy Parafianie, jak co roku zapraszam Was do wzięcia udziału w głosowaniu na najlepszy film grozy 2022 roku. Tradycyjnie możecie oddać głos na trzy tytuły. Wyniki w Nowy Rok.
[poll id=”6″]
Wybieramy najlepszy film grozy roku 2022

Drodzy Parafianie, jak co roku zapraszam Was do wzięcia udziału w głosowaniu na najlepszy film grozy 2022 roku. Tradycyjnie możecie oddać głos na trzy tytuły. Wyniki w Nowy Rok.
[poll id=”6″]
Miasto i rzeka – Wojciech Gunia

Anonimowe miasto w cieniu posępnej góry, rzeka, którą płyną trupy i bezimienny bohater w labiryncie kompulsywnie poskręcanych uliczek. Martwy brat, zaginiony ojciec, ezoteryczny eksperyment i umierający dziad co wiedział, a nie powiedział. Tylko po zdaniu o każdym z opowiadań składającym się z zbiór „Miasto i rzeka”. I jeszcze dużo przecinków, żeby zamaskować fakt, że moje myśli biegną teraz donikąd.
Moje trzecie spotkanie z radosną twórczością Wojtka Guni. Chyba nawet bardziej udane niż dwa poprzednie, bo mowę mi odjęło jakby skuteczniej. „Miasto i rzeka” na chwilę obecną zostaje moim faworytem jeśli idzie o całokształt mojego obcowania z Guniowym pisaniem.
To opowiadanie, czy też nowela zawiera w sobie nie tylko właściwą dla autora dawkę poetyckiej grozy, weirdowy paradygmat ale i akcję – najprawdziwszą akcję, którą śledzi się z napięciem. Nasz bohater, przewodnik, narrator, bezimienny mężczyzna o nieokreślonym wieku i nieznanej powierzchowności to taki punisher (serio), który indiańskiego cmentarzyska (serio) szuka na dolnym śląsku. Cel jego wizyty jest w sumie łatwy do odgadnięcia, ale nie tu ma tkwić tajemnica. Ona znajduje się znacznie głębiej. Głębiej w podziemiu miasta, głębiej w sercu bohatera. To opowieść o wielkim żalu, który zmienił się w wielki gniew, na tyle ludzki i naturalny, że przyjmujemy go i akceptujemy. I nikt nie powie: źle czynisz człowieku. A gdyby tak zebrać wszystkich pogrążonych w ciemności ludzi w jednym miejscu? Ściągnąć ich tam i zostawić przy dogasającym płomieniu nadziei? Wtedy powstałoby miasto, właśnie to miasto.

„Droga zjednoczenia” podobnie jak „Miasto i rzeka” porusza motyw straty, żalu po niej, desperackiego szukania odpowiedzi. A odpowiedź jest prosta, lepiej nie pytać lepiej nie wiedzieć. Ci którzy chcą poznać odpowiedzi muszą się skąpać w ciemności (serio) i nie wyjdą z niej tacy sami. Motyw eksperymentu z pogranicza szarlatanerii i okultyzmu poprowadzony bardzo sprawnie, bez zadęcia, który tylko odciąga uwagę od tego co moim zdaniem bardziej istotne, czyli motywu straty.
To chyba dobry zbiór na początek, jeśli nie znacie twórczości Wojtka Guni.
Moja ocena: 9/10
Terror – Dan Simmoms

Jest rok 1847. Dwa okręty HMS Terror i HMS Erebus tkwią uwięzione gdzieś w skutych lodem wodach morza północnego. Powodzenie wyprawy arktycznej zapoczątkowanej dwa lata temu stoi pod wielkim znakiem zapytania. Bardziej pewne jest, że reszta wykruszającej się załogi dokona żywota w Arktyce niż, że sir Johnowi Franklinowi uda się odnaleźć przejście północno-zachodnie i powrócić wraz ze swoimi ludźmi do domu. Warunki atmosferyczne, kończące się zapasy pożywienia i węgla to tylko część problemów z jakimi musi mierzyć się załoga. Gdzieś pośród mroków arktycznej zimy wyłania się coś, co zaczyna polować na rozbitków. Monstrualnie wielki biały niedźwiedź, a może istota nie z tego świata?
Przez długi czas „Terror” był moim czytelniczym wyrzutem sumienia, aż w końcu, tego lata wzięłam tomiszcze z mojej półki i zaczęłam czytać. Tak, tego lata. Jak widać z napisaniem recenzji też trochę mi się zeszło;) Nic to jednak, ponieważ wrażenia po lekturze wciąż mam żywe i tak naprawdę w nocy o północy mogłabym recytować hołdy pochwalne na rzecz tej powieści.
To co najbardziej cenię sobie w twórczości Dana Simmonsa to imponująca umiejętność łączenia fikcji literackiej z faktami historycznymi. Simmons zabiera się za jakąś historie – dajmy na to ostatnie lata życia Charlesa Dickensa i zaczyna do elementów jego biografii dokładać swoje fantazje. Robi to na tyle sprawnie, że nie tylko dajemy mu wiarę, ale pozostajemy pod wrażeniem tego jak potrafi żonglować posiadaną wiedzą. Ten przykład odnosi się akurat do „Drooda” mojej ulubionej powieści.
W przypadku „Terroru” Simmons bierze na klatę niezwykle tajemniczą historię zaginionej wyprawy arktycznej, której przewodził John Franklin. Jak niewiele posiadamy informacji na jej temat możecie się dowiedzieć z posłowia dr. hab. Grzegorza Rachlewicza, które wzbogaca wydanie powieści od wydawnictwa Vesper. Ciekawy smaczkiem są też ryciny ilustrujące sytuację bohaterów. W każdym bądź razie w historii Terroru i Erebusa więcej mamy pytań niż odpowiedzi.

Fabuła powieści zaczyna się … od środka. Retrospekcje pozwalają nam sięgnąć początków wyprawy, a jednocześnie śledzimy wydarzenia bieżące rozpoczynające się w roku 1847. Narracja powieści jest zbudowana w taki sposób, że mamy okazję poznać perspektywę kilku osób, z czego czołowym bohaterem i narratorem wydaje się być Fracis Cozier kapitan Terroru. To postać, która od razu zwraca uwagę swoją złożonością, ale jeśli mam być szczera, to każdy z przewijających się tu mężczyzn (i jedna kobieta) to przykład wybitnych umiejętności kreatorskich autora. Mamy tu całą masę postaci, Simmons pochyla się nad każdym, każdy ma głos w tej dyskusji, każdy odgrywa jakaś rolę w tej polarnej grozie. Misterna przeplatanka, w której jednak nikt nie powinien się zgubić, chyba że przez własną ignorancję, czy nieuwagę.
Złożoność relacji, różnice charakterów, przekrój społeczny to wszystko tworzy mikro świat, który aż kipi od emocji i wewnętrznych napięć. Klimat powieści, plastyczność opisów sprawił, że zmarzłam. Zmarzłam w pełny słońcu w pełni lata. Raczej nie polecam czytać tej powieści zimną, bo możecie nabawić się hipotermii.
Czysty survival drobiazgowo opisujący tragiczne położenie uczestników wyprawy i do tego zjawiska, które można uznać za paranormalne. Groza w najczystszej postaci, niepozbawiona nastroju, ani solidnej porcji makabry. Akcja, której nie można przestać śledzić i przynajmniej kilku-razowe epizody załamania nerwowego. Takie to wrażenia.
Jedyne do czego muszę się przyczepić to finał. Osobiście skończyłabym tę opowieść na wcześniejszym etapie. Byłby to dla mnie tragicznie smutne przeżycie, ale taka wersja była dla mnie bardziej prawdopodobna niż to na co zdecydował się autor. Myślę, że część czytelników się ze mną zgodzi, bo już słyszałam takie głosy. Nie mniej jednak, „Terror” skradł moje serce, zmroził je i pozostanie w nim na zawsze.
Moja ocena: 9/10
Piggy/ Świnka (2022)

Szesnastoletnia Sara mieszka w małym miasteczku w Hiszpanii gdzie jej rodzice prowadzą sklep mięsny. Nastolatka, która musi pomagać rodzicom w prowadzeniu interesu staje się z tego powodu obiektem kpin. Nadwaga, z którą zmaga się dziewczyna sprawia, że wśród rówieśników nazywana jest Świnką. pewnego letniego dnia, nad wodą dziewczyna spotyka swoje szkolne koleżanki. Dwie z nich od razu częstują ją porcją obelg, trzecia patrzy na to z milczącą zgodą. Wszystkiemu przygląda się kierowca ciężarówki, który już wkrótce wymierzy im sprawiedliwość.
Opowieść o samotnej Sarze to horror dorastania. Jeśli tylko nie uda Ci się wpasować w ramy, masz przejebane. Spadnie na ciebie grad kamieni i nikt nie wyciągnie do Ciebie ręki. Jesteś skazany na ostracyzm i samotność. Chyba, że na twojej drodze stanie ktoś…
Obraz dramatu dziewczyny to centrum wydarzeń i początek całej historii. Historii, która skręca w rejonu filmu typu slash za sprawą postaci tajemniczego obrońcy tytułowej „Świnki”. Mężczyzna pojawia się znikąd i obserwuje poczynania rówieśniczek Sary. Bezlitosne gówniary nie potrafią przejść obojętnie, wobec tak rażącej brzydoty. Muszą ją skomentować, napiętnować, upodlić. Zaznaczyć swoja wyższość i pogardę w końcu otyła przeżuwająca swoje brudne włosy zapuszczona dziewczyna godzi w ich poczucie estetyki, psuje im humor swoim widokiem. Roci i Maca zabierają jej też ubrana, tak by musiała przeparadować przez miasteczko w kostiumie kąpielowym. Kiedy tak właśnie się dzieje i samotna Sara przemierza jakąś boczną drogę w niekompletnym ubraniu, upodlona dodatkowo przez przejeżdżających tamtędy młodych mężczyzn mija ja furgonetka. W jej wnętrzu dostrzega wołające o ratunek 'koleżanki’.

To jedna z lepszych horrorowych scen jakie miałam okazję widzieć. Jest w niej niespotykana moc oddziaływania. Być może to za sprawą kontekstu całej sytuacji i poprzedzających scenę wydarzeń, a może to zasługa dość specyficznego, iście analogowego sposobu kręcenia zdjęć w pudełkowym formacie. Takie rozwiązanie niewątpliwie 'zbliża nas’ do obserwowanych wydarzeń, wywołuje dość klaustrofobiczne wrażenia i tym samym wzmacnia przekaz obrazu. Do tego dochodzi nieco przybrudzona kolorystyka zdjęć i jaskrawość oświetlenia. Nic nie ujdzie naszej uwadze.
Jak myślicie co zrobiła Sara? Co wy byście zrobili na jej miejscu?
To spotkanie to początek niecodziennej znajomości, której żniwo będziemy podziwiać na ekranie przez resztę seansu. Bardzo wymowny przekaz, jednocześnie trudny do poddania społecznej ocenie, do tego nakręcony z pomysłem na efekt wizualny, który przywodzi nam na myśl starą szkołę horroru. Mnie się podobał.
Moja ocena:
Straszność: 2
Fabuła: 7
Klimat:8
Napięcie:6
Zabawa:6
Zaskoczenie:6
Walory techniczne:9
Aktorstwo:8
Oryginalność: 7
To coś: 7
66/100
W skali brutalności: 2/10
Widżet zawiera linki afiliacyjne.
Lśnienie w ciemności –
Clive Baker, P.D. Cacek, Ramsey Campbell, Richard Chrizmar, Brian James Freeman, Brian Keene, Jack Ketchum, Stephen King, John Ajvide Lindqvist, Stewart O’Nan, Edgar Allan Poe, Kevin Quigly, Bev Vincent

Kolejna antologia ku czci Stephena Kinga? W pewnym sensie. „Lśnienie w ciemności” jest bowiem antologią jubileuszową wydaną z okazji dwudziestolecia działalności Lilja’s Library, strony poświęconej Stephenowi Kingowi. Nie jest to jednak zbiór, na który składają się utwory próbujące udawać Kinga – tak zwykle kończą te wszystkie antologie tworzone na czyjąś cześć. Tu nikt Kinga nie udaje – no może poza samym Kingiem, bo jedno opowiadanie jego samego też się tu znalazło, Poemu to by nawet było trudno;). To raczej spotkanie najlepszych, których udało się skrzyknąć/ pozyskać, jak Ketchum, Clive Baker, Ramsey Campbell, John Ajvide Lindqvist, to tylko niektóre nazwiska. Większość utworów to zupełne świeżynki, nigdzie wcześniej niepublikowane lub publikowane jedynie w czasopismach. Prawdziwa gratka. Pierwsze wydanie (zagraniczne) to rok 2017. Pierwsze poleskie wydanie rok 2022 Zysk i s-ka.
Jestem poważnie zaskoczona poziomem antologii, jest naprawdę wysoko, choć ktoś kto słyszy, że zbiór zawiera niepublikowane dotąd utworzy mógłby sadzić, że wydawca po prostu pozbierał jakieś resztki, których nie chciał nikt innych i oto jest antologia. Nic bardziej mylnego. Nie wiem jak się te opowiadania uchowały.
Zacznę od opowiadania, które najbardziej mnie zaskoczyło. „Opowieść o holocauście” – moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla każdego kto interesuje się poczynaniami rynku wydawniczego, dla sfrustrowanych autorów również. Jest to historia pisarza, który na bazie swoich własnych tragicznych doświadczeń stworzył powieść i tak oto przestał być człowiekiem, stał się opowieścią „Opowieścią o holocauście”. Bardzo wymowny, ciekawy utwór Stewarta O’Nana. Zupełnie daleki od horroru.
A teraz opowiadanie, które zrobiło na mnie największe wrażenie. Tu bez zaskoczenia – Jack Ketchum w duecie P.D. Cacek i opowiadanie „Sieć„. Oto historia pewnej znajomości internetowej, która nie mogła skończyć się dobrze. Niby znany schemat a poszło to w jakąś zupełnie niecodzienną stronę. Plus za 'opowiadanie w opowiadaniu’ z wątkiem kocim – płakłam.

Bardzo ciekawie prezentuje się również opowiadanie autora „Wpuść mnie” John Ajvide Lindqvist’a czyli „Księga strażnika”. Jest to opowieść o nieprzeciętnie inteligentnym nastolatku, który próbując zaistnieć w środowisku rówieśników podejmuje się roli mistrza gry RPG opartej na mitologii Lovecrafta. W czasie jednej z rozgrywek udaje mu się przywołać coś… co jak się wydaje Albertowi będzie mu służyć. Przewrotny finał tej rozgrywki zdaje się mieć istotne przesłanie.
Depresyjny „Koniec wszystkich rzeczy” to niezwykle gorzka opowieść o człowieku, który… czeka na koniec świata. Jest złakniony tytułowego „Końca wszystkich rzeczy” i fantazjuje o różnych opcjach ostatecznego rozwiązania. Świetna narracja jest dziełem Briana Keene.
Nie mogę nie pochwalić mistrza Poego, który w „Mownym sercu” relacjonuje zbrodnie z dość niecodziennym motywem. Przepyszna rzecz, bardzo w stylu Poego, choć wydaje mi się, że ten akurat utwór już czytałam.
King robi robotę swoim „Niebieskim kompresorem”, choć nie jest to że tak powiem typowy King. To bardziej szalony King.
Tyle jeśli idzie o wyróżnienia, reszta opowiadań również przypadła mi do gustu – jak wspomniałam, to bardzo dobry zbiór, ale nie będę się już nad nimi szczególnie pochylać. Musicie wierzyć na słowo, że jest dobrze.
Moja ocena: 8/10
Dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Smile/ Uśmiechnij się (2022)

Na odział psychiatryczny, w którym pracuje doktor Rose Cotter zostaje przyjęta pacjentka, która twierdzi, że od chwili, gdy została świadkiem samobójstwa swojego wykładowcy jest prześladowana. Prześladowana przez siłę, która przyjmuje postać postronnych osób wykrzywiając ich twarze w nienaturalnym, szerokim i upiornym uśmiechu. Laura, bo tak ma na imię dziewczyna jest na granicy psychicznej wytrzymałości i nie reaguje na próby urealnienia jej przez panią doktor. W czasie wizyty na oczach doktor Cotter Laura w podcina sobie gardło. Z szerokim uśmiechem na twarzy. Od tego momentu to Rose Cotter zaczyna widzieć 'uśmiechniętych ludzi’.
„Smile” będący dziełem Parkera Finna stworzonym na podstawie jego własnego pomysłu to horror paranormalny z motywem klątwy. Ma w sobie coś z najpopularniejszych skośnych straszaków, gdzie śmierć przemieszcza się jak choroba zakaźna, przekazana przy użyciu tego czy innego przedmiotu użytku codziennego jak telefon, kaseta, buty czy bilet. Finn zastępuje te konwencjonalne wynalazki doświadczeniem traumatycznym, jakim niewątpliwie jest świadkowanie czyjejś samobójczej śmierci.


Kolejnym skojarzeniem zarówno ze względu na rozwiązania fabularne, jak i cały vibe straszenia będzie „Coś za mną chodzi”. Za Rose też coś chodzi coś, co potrafi przyjąć postać niemal każdego, tak że trudno jest zidentyfikować zagrożenie. Owe Coś potrafi też sprytnie manipulować rzeczywistością stawiając bohaterkę w położeniu, które pozbawia ją zaufania wobec samej siebie. Presja sprzyja podejmowaniu kolejnych nieroztropnych decyzji.
Podoba mi się.
Wizualnie film sprawia bardzo dobre wrażenie. Z jednej strony prostota i minimalizm z drugiej scenom śmierci, w tym wielkiemu otwarciu z początku filmu nie można odmówić rozmachu. Film jednak straszy nie tyle dobrymi techniczne scenami co kontekstem, w jakim są one umieszczone. Wyobraźcie sobie to pomieszanie, gdy widzicie jak ktoś z uśmiechem na ustach odbiera sobie życie. Mnie nasunęło to skojarzenie z „Suicide Club” japońskim horrorem z początku lat dwutysięcznych dobrze doprawionym gore – polecam swoją drogą. A co do „Smile” u mnie z pewnością wyląduje na liście lepszych tegorocznych produkcji.
Moja ocena:
Straszność: 3
Fabuła:7
Klimat:7
Napięcie:7
Zaskoczenie:6
Zabawa:8
Walory techniczne:8
Aktorstwo:6
Oryginalność: 6
To coś:7
65/100
W skali brutalności: 2/10
Widżet zawiera linki afiliacyjne.