Archiwa tagu: blogi o książkach

Opowiadania obskurne

Obscura 2 – Agnieszka Pilecka, Sandra Gatt Osińska, Roland Hensoldt, Marcin Piotrowski, Tomasz Siwiec, Robert Ziębiński, Aneta Pazdan, Adam Loraj, Michał Pleskacz, Bartłomiej Fitas, Flora Woźnica, Alicja Gajda, Paulina Miękoś-Maziarska i Rafał Pietrzyk,  Maciej Szymczak, Robert Zawadzki, Agata Poważyńska, Paulina Rezanowicz

Lektura „Obscury 2” zbioru opowiadań od Phantom Books miała być moją przymiarką do horroru ekstremalnego, którego do tej pory konsekwentnie unikałam w moich literackich poszukiwaniach. Unikałam, bo kojarzył mi się w historiami pulpowymi, nie dość że źle napisanymi to jeszcze opartymi na jak największym zagęszczeniu obrzydliwości. Stwierdziłam jednak, że nie mogę pisać o horrorach wycinając ze świata grozy ten jeden nie pasujący mi fragment i udawać, że horror ekstremalny nie istnieje. Do lektury „Obscury 2” przekonał mnie też fakt, że jest to zbiór opowiadań, autorów i autorek, którzy można rzec kręcą się przy tylnym wejściu do świata literatury. Niewielu z nich ma na koncie samodzielne publikacje, a część nazwisk jest mi całkowicie obca. Co stwierdzam z pewnym żalem, to właśnie opowiadania autorów z marginesu świata literackiego zaskarbiły sobie moją największą uwagę.

Kojarzyłam np. Bartka Fitasa dzięki jego nominacji do nagrody „Lubimy czytać”. Nie, nie czytałam wcześniej niczego co napisał, opowiadanie „Niebo w gębie” jest moim pierwszym spotkaniem oko w oko z jego piórem. I Panie Bartku, już zawsze będziesz mi się kojarzył z omletem z rzygowin. Nic nie wymaże z mojej pamięci tego wrażenia. „Niebo w gębie” w kontekście całego zestawu oceniam jako lepszy średniak. Groza z kategorii tych obrzydliwych, ale wyczułam nieco weirdowe zacięcie i całkiem poprawny styl.

O uszy obił mi się także autor Marcin Piotrowski i w „Obscurze 2” miałam okazję przeczytać jego opowiadanie „Boża larwa”. Niestety zupełnie przeciętne, uderzające w rejony okultyzmu, na wskroś proste i niczym nie przykuwające mojej uwagi.

Flora Woźnica – kojarzę, bo Pań w świecie horroru mało. W dodatku dziewczyna z mojej branży, pani psycholog, która w opowiadaniu „Za wszelką cenę” wykorzystała swoją branżową wiedzę i powołała do życia ofiarę zastępczego zespołu Munchausena. Historia zbyt przypominała mi głośną sprawę Gypsy Rose żeby mnie zaskoczyć, ale rozumiem, że mogą być czytelnicy, na których opowiadanie Flory mogło zrobić większe wrażeniem. U mnie trafia do poprawnych średniaków.

Problem miałam z Siwcem, Tomaszem Siwcem i jego „Mandragorą”, która była straszliwie bezpłciowa i mimo krótkiej formy zdążyła mnie znudzić. Motyw przewodni wtórny i przedstawiony w mało emocjonujący sposób. Ale ostatni akapit. Dla ostatniego akapitu było warto. Ostatni akapit mnie zabił. Nie można było tak od razu?

Poczet znanych mi autorów w zbiorze zamyka Robert Ziembiński i jego „Miłość'. Tu z całą pewnością jestem na tak. Podobała mi się zarówno forma- opowiadanie ma ciekawą konstrukcję, wyróżnia się stylem – jak i sam pomysł, któremu nie można odmówić oryginalności. I nie wcale nie ma tu ekstremy, gorebody horroru. Może dlatego mi się podobało?

Jak wspomniałam najbardziej przypadły mi jednak do gustu teksty autorów, o których nie słyszałam nawet najmniejszej wzmianki. Na moim osobistym podium staje więc duet Paulina Miękoś-Maziarska i Rafał Pietrzyk i ich „Pocztówki z Ochrydy”. Opowiadanie iście obskurne, duszące jak radioaktywny opad i głęboko zachodzące pod skórę. W dodatku napisane naprawdę pięknym, wyróżniającym się językiem. Będę mieć tych państwa na oku.

Na dowód tego, że ekstrema ma szansę mi się spodobać pochwalę „Ad profundis” Michała Pleskacza. To chyba najbardziej chora i pojebana rzecz jaką czytałam. Nie przypomina jednak pulpy i nie uderza w tanią groteskowość. Gdybym była Lucianem Freudem zaraz po lekturze tego opowiadania zmalowałabym obraz pod tytułem „Niania z Rybą” i byłby tyle piękny co obrzydliwy. Jak to opowiadanie.

Istną torpedą okazało się też „Pomiędzy ciszą a Imagiem” Anety Pazdan. Świetnie poprowadzona narracja, oryginalny pomysł i piękne opisy gore z elementami body horroru. Przepyszne niczym świeże truchło szczura.

Paulina Rezanowicz w „Czy nie boisz się chłopców takich jak my” stworzyła w sumie prostą, ale jednocześnie przewrotną historię. Wszystko mi w niej grało i było naprawdę zgrabnie napisane.

„Swobodnym wieczorem na Równej” Alicji Gajdy to bardziej bizzaro niż ekstrema, a że bizzaro bardzo lubię to polubiłam się z tym opowiadaniem. Przygnębiająca i brudna historia obłędu. Fragmenty gore, bardzo sprawnie napisane, mocno chwytliwe, w nieoczywisty sposób i stworzone jakby bez wysiłku. Weszło gładziutko.

Nie chcę tutaj wałkować wszystkich z osobna więc na tym poprzestanę. Dodam jeszcze, że najmniej spodobało mi się opowiadanie otwierające zbiór, czyli „Zaradna piątka”. Autorce udało się w nim umieścić wszystko czego nie lubię i opisać to w sposób, którego nie lubię;) Mamy więc opis tortur i rozmowy o torturach i w sumie tyle. Drugi od końca jest Marcin Szymczak i „Nibylandia” – nic nie byłoby w stanie uratować tego absurdalnego pomysłu.

Całość oceniam zdecydowanie na plus głównie dzięki dużej różnorodności i tego, że w zasadzie każdy z autorów upatruje grozy w czym innym. Zaskoczył mnie też wysoki poziom redakcyjny, co w przypadku mniejszych wydawnictw jest rzeczą wartą podkreślenia.

Moja ocena:

Agnieszka Pilecka – Zaradna piątka: 2/10

Sandra Gatt Osińska – Malwina: 6/10

Roland Hensoldt – Tkacz losu: 6/10

Marcin Piotrowski – Boża larwa: 3/10

Tomasz Siwiec – Mandragora: 5/10

Robert Ziębiński – Miłość: 8/10

Aneta Pazdan – Pomiędzy ciszą a Imagiem: 9/10

Adam Loraj – Coroczne spotkanie: 5/10

Michał Pleskacz – Ad profundis: 10/10

Bartłomiej Fitas – Niebo w gębie: 5/10

Flora Woźnica – Za wszelką cenę: 4/10

Alicja Gajda – Swobodnym wieczorem na równej: 8/10

Paulina Miękoś-Maziarska i Rafał Pietrzyk – Pocztówki z Ochrydy: 10/10

Maciej Szymczak – Nibylandia: 2/10

Robert Zawadzki – Tendencje realistyczne w kinie Istvana Tzary: 6/10

Agata Poważyńska – Gdy dym przyćmił niebo: 5/10

Paulina Rezanowicz -Czy nie boisz się chłopców takich jak my: 8/10

Całość: 7+/10

Dziękuję Phantom Books

By się dobrze bawić trzeba kogoś zabić

Zabawmy się u Adamsów – Mendal W. Johnson

Ameryka lat ’70. W małej miejscowości w stanie Maryland mieszka rodzina Adamsów, małżeństwo z dwójką dzieci. Adamsowie udając się w wymarzoną podróż po Europie postawiają pozostawić dzieciaki pod opieką młodej, ale odpowiedzialnej studentki pedagogiki Barbary Miller. Kobieta nawiązuje z dziećmi dobrą relację więc nic nie zapowiada tragedii, do której wkrótce dojdzie. Barbara zostaje bowiem więźniem dziewięcioletniej Cindy, trzynastoletniego Bobby’ego i ich kolegów z sąsiedztwa siedemnastoletniej Dianne, trzynastoletniego Paula i szesnastoletniego Randalla.

Już wspominając o tej powieści na ig zaznaczyłam, że jest to książka w stylu Jacka Ketchuma. Ci, którzy znają autora powinni kojarzyć jego najgłośniejszą powieść, czyli „Dziewczynę z sąsiedztwa” będącą sfabularyzowaną historią tragedii jaka w latach ’60 spotkała Sylvie Likens.

„Zabawmy się u Adamsów” bez wątpienia ją przypomina, choć w komentarzu do powieści Grady’ego Hendrixa nie mamy nawet wzmianki o tej dziewczynie. Grady jako źródło inspiracji autora wskazuje „Władce much” i wcale nie jest to głupi trop, ale w moim przypadku skojarzenia z historią Sylvii było dużo mocniejsze. Jakkolwiek było faktycznie mamy tu do czynienia z powieścią, którą spokojnie można zaliczyć do podgatunku splatterpunku, czyli rodzaju horroru, który choć brutalny nie idzie w absurd ekstremy, ale kładzie nacisk na realizm. To nie jest gatunek dla wrażliwych miłośników subtelnego klimatu grozy.

Mogę Wam jednak powiedzieć, że w moim akurat przypadku pod względem wrażeń „Dziewczyna z sąsiedztwa” zostawia w tyle „Zabawmy się u Adamsów”. Początkowo ciężko było mi wskazać przyczynę takiego stanu rzeczy, ale im dłużej myślę o tej powieści tym klarowniejszy staje się jej obraz w mojej głowie.

Teoretycznie fakt iż w „Zabawmy się u Adamsów” w ogromnej mierze skupia się na perspektywie ofiary, czyli torturowanej Barbary powinien sprawiać, że obraz jej tragedii silniej zachodzi za skórę. Teoretycznie, bo nie mamy tu jednak narracji pierwszoosobowej, a ta wydaje mi się być kluczowa jeśli miałabym ocenić siłę oddziaływania przekazu treści. W „Dziewczynie z sąsiedztwa” z taką narracją mamy do czynienia, jednak nie jest to narracja ofiary, a oprawcy – choć może oprawca w przypadku tego akurat chłopca nie jest najwłaściwszym określeniem, ale znalazł się on jednak w pozycji osoby, która przyczyniła się do tego co spotkało tytułową bohaterkę.

Drugą rzeczą jaka przychodzi mi do głowy jest swego rodzaju rozmycie relacji z opisanych wydarzeń poprzez nagminne wtrącenia natury refleksyjnej. U Ketchuma mamy konkret, brutalny w swojej surowości, zaś Johnson teoretycznie skupia się na czym innym. Skala tego czego doświadcza Barbara, wydaje się może nie tyle mniejsza co właśnie rozmyta. Ale oczywiście jest to moje subiektywne odczucie. Sygnalizuję je z uwagi na obecność czytelników, którzy deklarowali, że po lekturze „Dziewczyny z sąsiedztwa” nie tkną więcej tego rodzaju powieści. Myślę po prostu, że po lekturze Ketchuma „Zabawmy się u Adamsów” jest 'do przeżycia;)

Nie zmienia to jednak faktu, że mamy tu do czynienia z obrazem zła w czystej postaci. Zła, które nie ma początku, ani kierunku, ono po prostu pojawia się, bo może. Pamiętam takie słowa: „W świecie w którym wszystko jest możliwe, najbardziej możliwe jest zło” i to jest kredo tej historii. Zło po prostu istnieje. Wśród wielu opinii na temat tej książki słyszałam zarzut braku celowości w działaniu antybohaterów, brak przyczyny ich zepsucia. Przecież to nie były dzieci pochodzące z patologii, ani naznaczone traumą. Warto pamiętać o tym że 'Wolna Piątka' bo tak nazywały siebie dzieciaki całą sytuację postrzegały w kategorii zabawy. Czegoś co robi się na niby i nie może pociągać prawdziwych konsekwencji. Dziecięce postrzeganie świata i fakt, że byli w tym razem, a siła grupy wspierała społeczny dowód słuszności pozwalała im tym bardziej odsuwać od siebie myśl o karze. Moralne dylematy ich nie dotyczyły. Te dzieciaki serio uważały, że Barbarze wcale nie dzieje się wielka krzywda, a zło które czynią, czynią jakby od niechcenia.

Ta historia wymyka się schematom jakim podlega nasze postrzeganie zwyrodnialców i chyba na tym polega jednocześnie jej siła i jej słabość – słabość wynikająca z reakcji czytelników zrzucającym jej niskim poziom logiki prawdopodobieństwa.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję wydawnictwu Vesper

Koty Lovecrafta

Koty Ultharu – H.P. Lovecraft

„Koty Ultharu” to tytułowe opowiadanie ze zbioru prozy Lovecrafta w najnowszym wydaniu od Vesper.  Nie wyróżnia się złożonością świata przedstawionego, jest przy tym bardzo krótkie i myślę, że na tle wyobrażeń Samotnika z Providence tworzącego swoiste uniwersa niesamowitości może być przez wielu czytelników pomijane. Ale moi drodzy „Koty Ultharu” były jednym z ulubionych utworów autora i nie wiem, czy owe ulubienie jest wynikiem zadowolenia z własnego kunsztu pisarskiego w owym okresie, czy raczej chodzi o sentyment do kocich braci mniejszych i przesłania zawartego w „Kotach z Ultharu”.

Obstawiam, że chodzi o to drugie. W jednym z kocich bohaterów opowiadania czytelnicy dopatrują się sentymentalnego wspomnienia po Czarnuchu, kocie, który towarzyszył naszemu autorowi w dzieciństwie, więc tym bardziej można mówić o sentymentalnej wartości tego utworu, ale do brzegu.

Tytułowe „Koty Ultharu” to historia w formie przypowieści odwołująca się do ludzkiej moralności, czy też jej braku w kwestii obrony słabszych przed krzywdą. Bohaterem zbiorowym jest społeczność miasta Ultharu, której dobitnie pokazano dlaczego nie wolno zabijać kotów. Finał tej krótkiej opowieści jest wręcz epicki i skłamałabym gdybym powiedziała, że po mojej twarzy nie przebiegł uśmiech satysfakcji.

Ale zbiór  to oczywiście nie to  jedno opowiadanie. Znajdziemy w nim jeszcze „Innych bogów”, „Wędrówka Iranona”, „Ku nieznanemu Kadath śniąca się wędrówka”, „Srebrny klucz” „czy „Polaris”. W sumie dziesięć opowiadań, które zabierają nas do krainy snu.

Lovecraft zabiera czytelnika  oniryczną podróż do krain swoich wyobrażeń. Oczywiście, że czytałam je wszystkie już wcześniej w innych zbiorach, ale Lovecraft ma to do siebie, że przy każdorazowej lekturze można odkryć coś nowego, coś skrytego pod powierzchnią i niedostępnego na pierwszy rzut oka. Odbywanie tych podróży to sama przyjemność. Za wyjątkiem „Kotów Ultharu”, które mają osobne miejsce w moim sercu największe wrażenie nieodmiennie  robi „Ku nieznanemu Kadath”, o którym pisałam już szerzej w osobnej recenzji.

Moja ocena: 8/10

Dziękuję wydawnictwu Vesper

Jesteś ideałem

Rebeka – Daphne Du Maurier

Młoda Amerykanka wraz ze swoją chlebodawczynią bawi w Monte Carlo. Tam dziewczyna poznaje przystojnego wdowca, Max’a de Wintera, właściciela słynnego pałacu Manderley. Uprzejmość gentlemana sprawia, że dziewczę zakochuje się w nim bez reszty, a ten nieoczekiwanie oświadcza się jej.

Szara myszka i bogaty przystojniak, to mogła by być nowa historia kopciuszka, ale sprawa jest bardziej złożona. Nasza bohaterka czuje, że mężczyzna wcale nie darzy jej uczuciem, a mimo to pojmuje ją za żonę i zabiera do okazałego domostwa. Tam na każdym kroku ktoś przypomina jej o poprzedniej właścicielce domu, Rebece de Winter, niedoścignionym ideale. Przed rokiem żona Maxa utonęła w wodach pobliskiej zatoki i wszystko wskazuje na to, że ten nadal jeszcze nie pogodził się z jej śmiercią. Młoda żona popada w coraz większą rozpacz porównując siebie do Rebeki. Jest już na granicy całkowitego załamania, odtrącona i wyszydzana jako nowa pani domu, gdy wreszcie następuje nieoczekiwany zwrot akcji.

„Rebeka” to szlagierowa powieść Daphne du Maurier. Sama mam już w zapasie jej kolejne dzieła i na pewno jeszcze wrócę do tej autorki. Po raz pierwszy zetknęłam się z jej prozą dzięki filmowej ekranizacji powieści „Rebeka”, później ekranizacji opowiadania „Ptaki”. O ile pierwszy z filmów Alfreda Hitchcocka mnie totalnie zachwycił to „Ptaki” nadal nie budzą we mnie ciepłych uczuć. Po lekturze tytułowego opowiadania ze zbioru „Ptaki” przekonałam się jak niewiele ma z nim wspólnego filmowa fabuła, toteż zaczęłam obawiać się, że tak też może być w przypadku „Rebeki”, a przecież kocham ten film. Moje obawy okazały się całkowicie bezzasadne, w przypadku „Rebeki” Hitchcock wiernie oddał fabułę powieści dzięki czemu ta, urzekła mnie nie mniej niż film na jej podstawie.

Powieść liczy sobie jakieś trzysta stron, na których śledzimy historię ciężką do gatunkowego sklasyfikowania. Jest to na pewno powieść o miłości, ale nie kopciuszkowy melodramat jak można by się spodziewać po początkowych partiach powieści. Bardzo szeroko omawiana jest tu psychologia bohaterów z dużym naciskiem na jej mroczną stronę.

Po pierwsze mamy naszą bezimienną bohaterkę. Autorka włożyła wiele wysiłku by pokazać nam jej nieśmiałość, kompleks niższości i desperację. Ba, nie dała jej nawet imienia, co doskonale kontrastuje z tytułową postacią, która mimo iż nie istnieje fizycznie na kartach powieści, jest martwa od roku, to siła jej charakteru determinuje poczynania wszystkich bohaterów jacy się z nią zetknęli albo choćby o niej usłyszeli.

Tytułowa Rebeka to w oczach narratorki powieści kobieta idealna. Piękna, pełna ogłady, szczodra, towarzyska, dowcipna i błyskotliwa. Wszystkie te cechy w ciemno przypisuje Rebece jej następczyni, szara myszka. W jej głowie tytułowa bohaterka rośnie do miana legendy. Wciąż zadręcza się myślą o tym, jak blado wypada przy poprzedniej żonie swojego ukochanego. Wierzy, że ten nigdy nie pokochałby takiego byle jakiego stworzenia, młodego, niedoświadczonego. Co często mnie bawiło, narratorka utrzymuje, że chciałby mieć 36 lat i nosić czarne aksamity, jakby wiek i strój miały być przepustką do życiowego doświadczenia.

Rozważania narratorki na temat poprzedniej żony swego męża rosną tu do rangi neurozy. I pewnie biedulka straciłaby w końcu rozum gdyby nie pewna noc w czasie której wypłynął trup…

Odczucia i refleksje jakie odzwierciedla powieść, ten paraliżujący lęk przed widmem poprzedniej pani domu spokojnie można zakwalifikować do powieści gotyckiej, ale następuje zwrot i wchodzimy w sferę kryminału. Tu widmo Rebeki nabiera właściwego kształtu, jej postać jest jeszcze silniejsza, choć nie mniej martwa. Wreszcie poznajemy Rebekę taką jaką była, poznajemy przyczyny oschłości Maxa de Wintera względem młodej żony. Spokojnie mogę powiedziecie że Daphne du Maurier stworzyła tu postać psychopaty, bodajże pierwszego literackiego antybohatera, którego można by bez trudu zdiagnozować pod kątem takiego właśnie zaburzenia. Bezwzględność, brak moralności, powierzchowny urok to wszytko te właśnie składowe. Daphne świetnie sobie poradziła z rozegraniem tej partii szachując emocjami. Któż by się spodziewał?

Oglądając film i czytając książkę miałam wrażenie, że Du Maurier czerpała nieco z Poego, konkretnie z „Grobowca Ligei„. Nie wiem, czy to trafna uwaga, ale obydwie historie mają wiele wspólnego. Z resztą, przeczytajcie i sprawdzicie sami, Daphne nie zawodzi ani pod względem formy ani treści.

Moja ocena: 9/10

Dziękuję wydawnictwu Albatros

Nie ma powrotu

Powrót – Wojciech Gunia

Moja tchnąca przygnębieniem przygoda z prozą Wojtka Guni zaczęła się od … przeczytania posłowia do „Dunkela” Kuby Bielawskiego – książki ziejącej takim umartwieniem, że Pan Gunia pasował do niej jak ulał. Dlaczego pasował, o tym przekonałam się dopiero przy lekturze jego autorskiego dzieła. Padło zupełnie przypadkiem na debiutancki zbiór opowiadań. Zupełnie nie w moim stylu tak zaczynać od początku, ale tak wyszło. Moja przeprawa przez „Powrót” trwała od jesieni. Czytałam sobie po jedynym max dwa opowiadania na jeden rzut.

I co Wam muszę wyznać na wstępie, to nie każdy weird pachnie Lovecraftem. Nie wszyscy autorzy tegoż nurtu tworzą skomplikowane uniwersa o ciężkiej do wymówienia nazwie. Nie wszyscy obsadzają w głównych rolach dziedziców. Niektórzy, jak się okazuje, obstawiają najmniej gibkiego konia biorącego udział w wyścigu i gnają go przez gnojowiska ludzkiej niedoli. Niedola ta nosi imię codzienności i najczęściej jej bezimienny bohater podobny jest zupełnie do nikogo. Taki polski wydał mi się ten Guniowy weird, taki swojski poniekąd, a niedostępny zarazem jak linia metra na Wawrze.

Opowiem Wam tylko o kilku opowiadaniach jakie znajdziecie w zbiorze. Te wydały mi się najlepsze, co zdecydowanie jest tylko moją subiektywną opinią. Wszystko zaczyna się od „Wezwania”, które otwiera zbiór i daje pewien obraz tego, czego należy się spodziewać po lekturze całości. „Wezwanie” to przynajmniej do pewnego momentu opowiadanie bardzo Kafkowskie i niech mnie kule biją jeśli nie da się tam znaleźć odwołań do „Procesu”. To tu po raz pierwszy spotykamy archetypowego bohatera prozy Guni. Ów „Pan nikt” niespodziane staje się uczestnikiem wielkiej sprawy, która dość powiedzieć, że jest dziwna. Tu natkniemy się też na typowy dla wszystkich – albo prawie wszystkich Guniowych opowiadań –  finał. Tyle barwny co nie jasny, tyle przeraźliwy co nieuchronny.

Zarówno „Wezwanie” jak i „Dom” – następne opowiadanie w zbiorze wykłada przed czytelnikiem dziwność tego co przyjmujemy za oczywistość. Jeśli ktoś narzuca nam coś jako uzus społeczny – nie negujemy tego. Weird, szczególnie weird by Gunia bierze tą ten uzus, obdziera ze skóry i raptem okazuje się, że wszyscy jesteśmy, tak jak stoimy, wyznawcami absurdu.

„Bardzo długa była tylko ciemność” to znowuż rzeczywistość w okowach absurdu, nieco paranoiczna wizja upolitycznionego zamachu na człowieczeństwo. Myślę, że to opowiadanie, mimo że napisane  dawno, mocno obecnie zyskuje na aktualności.

„Syn” niczym tren, wypełnia smutkiem straty i choć najkrótszy, najsilniej wgryza się w wrażliwość.

„Powrót”, chyba najdłuższy, bardzo charakterystyczny utwór, jednocześnie będący swego rodzaju manifestem stylu. Chyba opowieść o traumie, chyba, bo weirdzie nie ma rzeczy pewnej. Tu najbardziej bije po oczach kolejny wykładnik obecnych w zbiorze motywów: bezcelowość, pustka, trwanie w próżni, zawieszenie, brak woli. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy to bardziej weird, czy bardziej egzystencjalizm.

„Spisek” to jeden z moich absolutnych ulubieńców w zbiorze. Chyba najbardziej czytelny dla mnie, człowieka prostego:) Odebrałam go jako studium choroby psychicznej, jakiejś paranoidalnej schizofrenii. Precyzyjny i dopracowany tekst.

„Ojcu” po raz pierwszy silniej odczułam grozę. Przeważyła ona nad innymi wrażeniami, a wierzcie mi, że wachlarz odczuć jest na tyle duży, że ciężko znaleźć w tym pomieszaniu frontmena. Trochę poczułam tu Aickmana, ale tak szczyptę.

„Zachwyt”, kolejne bardzo dobre opowiadanie. Niesamowitość słowa, niesamowitość literatury jako narzędzia manipulacji zmysłami. Najtrudniejsze w odbiorze na poziomie języka. Karkołomne wręcz, ale przebrnęłam i jestem kontenta.

„Ogród, nocne niebo” toż Ci psychodela. Może odczułam je tak silnie, bo byłam już u kresu zbioru i u kresu sił, ale chyba stało się moim faworytem, moim numer jeden. Pomieszanie traumy z grozą w poetyckim ujęciu. Przepychota.

Co mogę Wam rzec na koniec? Chyba tylko tyle, że czuję się trochę zwycięsko po przeczytaniu „Powrotu”. To nie była lektura, to było starcie. Liczyłam się z tym, że Gunia może być niełatwy jeśli przystaje z Kubą Bielawskim, ale Moi Drodzy, ja chyba za głupia jestem na Gunie, za mało wyrobiona literacko. Poraził mnie językowo, że tylko wodziłam rozgorzałym, błagalnym wzrokiem po kartce, jak ten półanalfabeta. To takich rzeczy Was łajdusy uczą na UJ’ocie, takich? 😉

Przez całą lekturę towarzyszyło mi wrażenie niezrozumienia i jednocześnie paląca potrzeba dotarcia do sedna. Ale co jeśli sedna nie ma, jest tylko pustka i oto w tym Guniowym pisaniu chodzi żebym czuła, a nie wiedziała?

Moja ocena: 8/10

Dziękuję wydawnictwu IX