Carrie – Sezon 1 (2026)

Ojciec Carrie White ginie w wypadku na budowie, co kładzie kres społeczne izolacji dorastającej dziewczyny i jej matki. Carrie musi iść do normalnej szkoły, a jej matka, Margaret do pracy. Do tej pory żyły w zamknięciu, nie opuszczając praktycznie posesji w przekonaniu, że świat na zewnątrz jest zły i wrogi. Przekraczając mury szkoły nastolatka zaczyna chłonąć ten świat wraz ze wszystkimi jego wspaniałościami i okropieństwami. Niestety naiwna Carrie szybko pada ofiarą szykan ze strony rówieśników. Ci zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego, z kim w istocie mają do czynienia, bo Carrie zdecydowanie nie jest zwyczajną nastolatką.
Mike Flanagan jest obecnie flagowym reżyserem seriali grozy. Jego filmowy dorobek też jest całkiem pokaźny. Sama 'poznałam go’ przy okazji seansu „Absentii”, który choć już stary, to nadal jary, wyjątkowo zapadł mi w serce. Lubi przenosić na ekran klasykę, jak i dzieła mainstreamowe i prawie zawsze różnią się one od literackiego pierwowzoru w stopniu na tyle znacznym, że bardziej tu mowa o retellingu niż ekranizacji w dosłownym rozumieniu.

Nie inaczej stało się w przypadku „Carrie” Stephena Kinga, książki raczej krótkiej, którą scenariusz znacznie rozbudował i pod kilkoma względami pogłębił. Nowa „Carrie” rozgrywa się w czasach iphonów i instagrama, więc dostęp do narzędzi opresji jakie 'wrogi świat’ może użyć przeciwko niewinnej Carrie jest bardziej zasoby niż w latach ’70. Małą próbkę mieliśmy już w filmie z 2013 roku. Serialowa formuła daje możliwości przyjrzenia się każdej z postaci dramatu i tu Wam mogę zdradzić, że w przypadku takiej Christy, czyli głównej antybohaterki wykonano kolosalną robotę. Na uwagę zasługuje też całe szkolne tło – szturm roszczeniowych rodziców, asekuranctwo dyrektora, nieporadność pedagoga… Margeret White jest już nie tylko fanatyczką religijną, ale i płaskoziemcą i matką helikopterem, która zamiast zająć się emocjami swojego dziecka woli urządzać pikiety i próbować nagiąć świat do swoich zasad. Jej agresywne zachowania w pracy, jej jadowita frustracja, przebija chyba wszystkie dotychczasowe kreacje (wybacz Panie De Palma).

A Carrie? Carrie jest jak Ania z Zielonego Wzgórza, która trafia do Mordoru. Całkowicie bezbronna, naiwna i anielsko frajerska. Nie okazuje światu lęku, chce być jego częścią i stara się go widzieć w pozytywnych barwach. Nie zaskoczę Was, jeśli powiem, że wiadro ze świńską krwią z impetem zrzuca jej z nosa różowe okulary. Nowa „Carrie” to opowieść trochę moralizatorska, ale z pazurem. Wskazuje co dzieje się z dzieciakami funkcjonującymi w patologicznym systemie i wychowanymi na protezie miłości, gdy odepną wrotki.
Podobało mi się wszystko, nawet wprowadzenie zupełnie nowej postaci w osobie Emaline. Myślałam, że ma tu nieco inną misje do zrobienia i ten nieco schizofreniczny trop bardzo mnie zaciekawił. Finał zaproponował jednak co innego i tu już mam nieco mieszane odczucia, choć wyczuwam, że X-men’ski wątek ma tu robić za furtkę do drugiego sezonu – jeszcze oficjalnie nie zapowiedzianego, ale kto wie. W przyszłym roku Flanagan przedstawi nam swoją wariację na temat „Egzorcysty” i już jestem jej ciekawa.
Moja ocena:
Straszność: 1
Fabuła: 8
Klimat:7
Napięcie:7
Zabawa:8
Zaskoczenie:7
Walory techniczne:8
Aktorstwo: 8
Oryginalność:6
To coś:7
67/100
W skali brutalności: 1/10

Dodaj komentarz