Archiwa tagu: horror sci-fi

Jako mąż i nie mąż

The Honeymoon phase/ Miesiąc miodowy (2019)

Niedaleka przyszłość. Eve i Tom, para narzeczonych, decyduje się na wzięcie udziału w eksperymencie naukowym, którego pomysłodawca deklaruje chęć zbadania relacji pomiędzy małżonkami. Drobne kłamstwo, fakt, że Eve i Tom nie są faktycznie małżeństwem nie odwodzi ich od kuszącej oferty zarobienia okrągłej sumki. Angażują się w projekt i wkrótce rozpoczynają trzydziestodniowy pobyt w luksusowym domu, ale z całkowitym odcięciem od świata zewnętrznego. Początkowo cieszą się sobą, jednak w pewnym momencie Eve zauważa zmiany w zachowaniu partnera.

„Miesiąc miodowy” to pełnometrażowy debiut Phillipa Carrolla zrealizowany w niewielkim budżecie według własnego pomysłu. Główną rolę kobiecą reżyser powierzył swojej żonie, która też miała pewien wpływ na scenariusz.

Rozmiłowany w sci-fi twórca rzuca swoich bohaterów w świat, gdzie ich relacja ma się stać obiektem badawczym. W czasie rozmów wstępnych z doktorem przewodzącym projektowi młodzi dowiadują się, że celem badania jest sprawdzenie dlaczego związki się rozpadają, dlaczego tak zwana faza miesiąca miodowego nie może trwać wiecznie. Może jeśli pozostawimy zakochanych ludzi samych sobie, odetniemy wszelkie rozpraszające bodźce, na które zwykle zrzuca się winę za rozpad małżeństwa uda się dotrzeć do sedna sprawy? Romantyczna Eve gorąco wierzy, że nic nie jest w stanie zmienić jej uczuć wobec Toma, ale co jeśli to Tom się zmieni?

Mamy tu więc do czynienia z thrillerem psychologicznym, bo w dużej mierze jako widzowie obserwujemy psychiczny rozpad bohaterów, konflikt w ich relacji i konflikty wewnętrzne. Wszystko to na tle dobrodziejstw technologi, której udogodnienia wcale nie chronią przed tym co najbardziej ludzkie, czyli samotność, lęk, potrzeba bycia kochanym etc.

Wobec tego uczuciowego pomieszania szybko wkraczamy w obszar paranoid thrillera, gdzie zmuszeni jesteśmy sądować kto pozostał przy zdrowych zmysłach a komu odbija. Finał i rozwiązanie zagadki przywiedzie Wam na myśl opowieści z rodzaju „Czarnego lustra”, ale nie wiem czy w pełni Was to usatysfakcjonuje. Ja byłam w lekkiej rozterce. Na pewnym etapie przestałam się skupiać na pierwiastku sc-fi i jego nagły powrót na główny plan trochę mnie zbił z tropu i nie wiem, czy w pewnym stopniu nie rozczarował? Oczywiście mamy tu duży efekt zaskoczenia i to należy odebrać na plus.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła: 7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność: 6

To coś:6

61/100

W skali brutalności: 1/10

I już Cię nie będzie

Possessor (2020)

Tasya jest pracownicą organizacji wyspecjalizowanej w zabójstwach na zlecenie. Każdorazowo jej zadaniem jest zabicie kogoś, jednak nie własnymi rękoma. By dokonać aktu morderstwa wciela się w wytypowaną przez zleceniodawcę osobę. Przejmuje nad nieszczęśnikiem kontrolę, zabija kogo trzeba i w finałowym momencie gdy jedna z ofiar jest już martwa a druga- ta w której siedzi Tasya – za chwilę martwą będzie, opuszcza ciało i wraca do siebie. Wszystko to umożliwia jej zaawansowana technologia jaką dysponują jej mocno dawcy. Nie bez wagi są też jej własne predyspozycje, które są gwarantem wyjścia z takowego eksperymentu bez szwanku. Jednak do czasu. Kolejne zlecenie okaże się bowiem trudniejsze niż przypuszczała.

Zapewne nie jednego widza ów tytuł wywiódł na manowce. „Possessor” to i opętanie, demon szatan i egzorcyzm. Jeśli jednak przyjrzycie się słownikowej definicji opętania nie ma tam nawet słowem wspomniane o tym, co poprzez opętanie sugeruje religia. Opętanie to sytuacja w której ktoś, lub jakaś zewnętrzna siła przejmuje kontrolę nad jednostką. I tego też dokonuje nasza bohaterka. Opętanie jako korporacyjna zagrywka mająca na celu realizację zlecenia. Wyobraźcie sobie prezentacje usługi przed inwestorami;)

Pośmieszkowałam, ale tak całkiem serio to najnowszy film Brandona Cronenberga – Tak, jest synem TEGO Cronenberga – to futurystyczna, może nawet cyberpunkowa wizja tego jak można w okrutny sposób wykorzystać technologię. Trochę tak jakby Brandon kończył zdanie, które zaczął ojciec.

Surrealizm jest tu mocno obecny, zarówno w warstwie narracyjnej, gdy do głosu dochodzi niejakie rozdwojenie, którego doświadczać będzie Tasya, jak i w kadrach, w obrazach, w dźwiękach. Co jeszcze mogę rzec, od tego filmu bije chłód. Chłód szpitalnej sali operacyjnej, albo wystawy w sklepie meblowym – niby wszystko ładne, ale puste. Twórcy z pewnością należą się brawa, za zdolność tak określonego wpływu na wrażenia widza.

Wyniosłam z niego bardzo przygnębiające wrażenia, doświadczyłam dyskomfortu jakie powinno w swoim założeniu powodować kino grozy, ale czegoś mi zabrakło. Może jakieś wyraźniejszej puenty, mniejszej przewidywalności kolejnych wydarzeń, a może za dużo tu było mizantropii. Film wart uwagi, ale raczej nie będę głosicielką jego glorii.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 7

Klimat: 7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10

Trzeci pasażer Sputnika

Sputnik (2020)

Lata ’80 XX wieku. Dwóch radzieckich astronautów ma szczęśliwie powrócić na ziemię po wypełnieniu tajnej misji. Wraca tylko jeden z nich. Konstantin boryka się z traumą i jak podejrzewają badacze z ośrodka, do którego finalnie trafia dolega mu coś jeszcze. Jego przypadkowi ma się przyjrzeć ambitna lekarka Tatiana, kobieta nieustraszona, którą wydaje się nie jest w stanie przerazić nic. Do chwili spotkania z Konstantinem.

Słyszałam wiele dobrych opinii na temat rosyjskiej produkcji Egora Abramenko, co w połączeniu z moją niejaką sympatią do wschodniego kina w końcu zaowocowało seansem z filmem. Muszę Was ostrzec, że nie będzie mi łatwo podzielić się swoimi wrażeniami nie demaskując zamysłu scenariusza. Kto jest gotowy to przełknąć zapraszam do dalszej części, tym, którzy chcą wraz ze mną mieć niespodziankę mogę powiedzieć tylko tyle, że filmidło klawe. Bardzo dobrze zrealizowane pod względem technicznym – niczym nie odstaje od produkcji hollywoodzkich jednocześnie unikając plastiku. Efekty są wyważone. Świetne wypada też obsadowo: moja „Lilja 4ever” pięknie wyrosła i daje czadu w roli Tatiany. Partneruje jej bardzo przyjemny dla oka i sprawdzający się w roli Konstantina Pyotr Fyodorov. Ujęć w kosmosie jest relatywnie niewiele, ale wstępniak jest mocny i zapowiada, że będziemy mieć tu do czynienia z historią przynajmniej umiarkowanie krwawą. W początkowej partii fabuły balansujemy pomiędzy kinem sci-fi a dramatem podkreślającym ciężar kontekstu psychologicznego i społecznego. Dopiero gdy przychodzi noc, nasza perspektywa odtworzy się na coś zgoła mniej przyziemnego. Mniej przyziemnego, ale też nie fantastycznego w sposób ostateczny i zapominający o tym ważnym pierwiastku ludzkiego dramatu.

No, nagimnastykowałam się, żeby nie zdemaskować zagadki, teraz czas na dywagacje spoilerowe. SPOILER: „Sputnik” został okrzyknięty rosyjskim „Alienem” i sporo w tym prawdy. Podobał mi się zabieg w którym nie od razu dowiadujemy się co też trapi naszego kosmonautę. Jak wspomniałam w tajnej misji uczestniczył z partnerem, ale na ziemię powrócił tylko on. Co ciekawe szacunek ilościowy załogi nadal się zgadza bowiem Konstantin przywiózł w swoich trzewiach pasażera na gapę.

Scena w której oczom Tatiany ukazuje się brutalna prawda jest jedną z najlepszych scen w filmie. I tak wiem, fani „Obcego” już mogą psioczyć, że plagiat, że powtórka z rozrywki, ale tak nie jest do końca. Obcy nie jest pasożytem a czymś w rodzaju symbiotu, organizmu, który może doskonale współistnieć z organizmem człowieka nie czyniac mu szkody a nawet ułatwiając rehabilitację. Niestety, jak każdy żywy organizm i ten potrzebuje pożywienia. Spodobał mi się ten pomysł na kosmicznego antagonistę i takie a nie inne ujęcie jego natury. Cóż, nawet było mi go trochę szkoda. KONIEC SPOILERA.

Minusem na pewno jest to, że od pewnego momentu fabuła staje się już przewidywalna, a los bohaterów przesądzony. Nie wydaje mi się jednak by stanowiło to koronny dowód na rzecz słabości produkcji. To raczej przykład tego, że człowiek zrobi wszytko w obronie swojej ludzkiej natury. Według mnie „Sputnik” to jeden z lepszych filmów jakich dane nam było dostąpić w tym smutnym i chujowym roku.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

To coś:7

69/100

W skali brutalności:2/10

Na plaży niefajnie jest

The Beach House (2019)

Para młodych ludzi Randall i Emilly mają zamiar spędzić trochę czasu w domu letniskowym nad oceanem należącym do ojca chłopaka. Rozgościwszy się odkrywają, że nie są w nim sami, bo właściciel dał klucze swoim znajomym Mitchowi i jego żonie Jane. Młodzi godzą się z sytuacją i zasiadają do wspólnej kolacji. Okazuje się, że na tym nie skończą się nieprzewidziane sytuacje. Dziwne zjawisko pogodowe, czy nadnaturalna anomalia? Czym może być to, co jeszcze tego samego wieczoru zobaczą na plaży?

„The beach house” to reżyserski debiut Jeffreya Browna w pełnym metrażu. Film doskonale wpisuje się w coraz popularniejszy trend oszczędnych w formie horrorów nastrojowych. Myślę, że werid fiction przeżywa obecnie swój renesans, bo zarówno w literaturze horroru jak i w filmie łatwo zauważyć wzrost zainteresowania grozą dziwną, mniej dosłowną. Nawet nie wiecie jak mnie ten stan rzeczy cieszy. „The Beach house” oczywiście mi się podobał, choć nie jest to obraz całkowicie pozbawiony wad. Co więcej myślę, że wielu widzom nie spodoba się w ogóle. Dlaczego? Z tych samych powodów dla których mnie podobał się bardzo 😀

Fabuła filmu skupia się na powolnym budowaniu atmosfery grozy. Grozy dusznej jak południe przed burzą z gradobiciem. Jasne nieco przymglone kadry, stonowana muzyka i kipiące gdzieś podskórnie emocje, które tylko czekają na erupcję.

Emilly, ambitna studentka chemii marząca o dalszej karierze naukowej i z pasją opowiadające o tym co jeszcze można odkryć w dziedzinie astrobiologii próbuje ratować swój związek z Randallem, który poza tym, że przystojny  i jurny niezbyt wiele sobą reprezentuje. Starsze maleństwo Mitch i jego ciężko chora żona Jane okazują się ich współlokatorami, bo Randal nie zadał sobie trudu rozmowy z ojcem na temat planowanej wizyty w domu letniskowym. Tu widzowi może zapalić się czerwona lampka, bo niespodziewani goście są aż nader serdeczni, ale to nie home invasion, Moi Drodzy.

Gatunkowo, poza tym, że mamy do czynienia z horrorem nastrojowym, obcujemy tu z czymś z pogranicza sci-fibody horroru. Widać tu fascynację debiutującego twórcy starymi horrorami Carpentera, czy innych twórców, którzy wsławili się przywołując na srebrny ekran motywy znane z „Inwazji porywczy ciał„.

Już pierwszej nocy świadkujemy niezwykłym zjawiskom, które z mogą Wam przywieść na myśl dzieła Lovecrafta. Dzięki wywodowi Emilly przy kolacji widz wie czego mniej więcej może się spodziewać. To sprawia, że nie uświadczycie tu wielkiej niespodzianki w finale, ale czy jest ona potrzeba? Groza bazuje tu bardziej na nieuchronności, aniżeli na nagłym zwrocie akcji. Niewielki budżet filmu pozwolił na kilka efektownych scen z użyciem komputerowych manipulacji, ale szczęśliwie nie był na tyle duży by odciągać uwagę twórcy od tego co w horrorze najważniejsze. Znajda się jednak smaczki, które bez wątpienia zwrócą uwagę miłośników body horrorów. Dobre aktorstwo, ciekawe, złożone relacje między bohaterami to doskonałe uzupełnienie tej historii. Myślę, że trzeba brać:)

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

68/100

W skali brutalności: 1/10

Fantazje się spełniają

Fantasy Island/ Wyspa fantazji (2020)

Grupa kwestionariuszowo wyselekcjonowanych młodych ludzi trafia na rajską wyspę. Wyspa owa posiada niezwykłą właściwość- urzeczywistnia każdą fantazję. W ten sposób każda z zaproszonych przez tajemniczego właściciela miejsca, pana Roarke, może doświadczyć spełnienia największych pragnień. Gdy fantazja staje się faktem po raz kolejny potwierdza się stare porzekadło: uważaj o czym marzysz…

Szumnie reklamowany nowy obraz twórcy udanego „Cry wolf” i niezłego „Prawda czy wyzwanie” mogę zaliczyć do kategorii: obejrzeć, zapomnieć.

Produkcja stanowi kompilację gatunków od komedii po horror, znajdując miejsce na sci -fi, akcje, sensację, przygodę, film wojenny, a nawet melodramat. Jest tu wszystko. Mokre marzenie filmowego twórcy o nakręceniu jedno obrazu, który zaspokoi wszystkie gusta. Czy „Wyspa fantazji” spełniła fantazję Jeffa Wadlow’a o kasowym sukcesie? Oj, nie. Zadowoleni widzowie są w zdecydowanej mniejszości i ja ich grona zdecydowanie nie zasilę.

Fabuła filmu, jak już wspomniałam skupia się na grupie bohaterów. Malory nieśmiało aspiruje do roli frontmenki, ale nie mamy tu tak naprawdę do czynienia z wyraźnym głównym bohaterem.

Po kolei przechodzimy od jednej spełnionej fantazji do drugiej, począwszy od tych najmniej wyszukanych – impra pełna wszelkich uciech ziemskich, przez wojenny survival, chęć dokonania zemsty za licealne krzywdy, po naprawienie dawnych błędów. U progu finału posilono się na jakiś taki niemrawy twist fabularny, ale nie wpłynął on jakoś szczególnie pozytywie na całość.

Jest komediowo, sensacyjnie, ckliwie, i straszno. Wszystko na raz, wszystko w jednym. Podźwignięcie takiego kolosa wątków i gatunków nie było łatwe i nawet nie dziwi mnie fakt, że średnio się to udało.

Estetyka wykonania stawia na blichtr i przepych. Kolorowe jarmarki, plastikowa wydmuszka pozbawiona rys naturalizmu. Niby patrzy się na to przyjemnie, ale bez emocji. Wszystko jest zbyt sztuczne i wycackane by można było pomyśleć, że ma się do czynienia z żywymi ludźmi, a nie dajmy na to fermą simów. Akcja pędząca na łeb na szyje, co może być zaletą, bo nie ma czasu na analizę sytuacji. Efekt takowej raczej nie byłby pozytywny.

Nic mnie w tym filmie nie ruszyło toteż polecić go z czystym sumieniem nie mogę, ale odradzać też nie będę. Może ktoś znajdzie w tym rozrywkę.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Oryginalność:5

To coś:4

43/100

W skali brutalności:1/10