Longlegs/ Kod zła (2024)

Lata ’90 w Oregonie w Stanach Zjednoczonych. Wyróżniająca się niebywałą intuicją detektywistyczną młoda agentka FBI Lee Harker wspólnie z doświadczonym śledczym Carterm ma zając się sprawą, która spędza sen z powiek całej agencji od dekad. Chodzi o zidentyfikowanie osobnika znanego jako Longlegs, nadawce tajemniczych, zakodowanych listów, które są znajdywane na miejscach zbrodni – zbrodni nie dokonanych przez samego Longlegsa, ale kierowane jego myślą. Przypadków morderstw na żonach i dzieciach, których sprawcą zawsze jest mąż i ojciec, zwieńczonych jego samobójstwem.
Czekając na seans z „Kodem zła” byłam szalenie ciekawa co też syn Normana Batesa tym razem nam zafunduje. Jego pierwszy film „Zło we mnie” wytyczył pewnego rodzaju twórczy szlak, którego, przeczuwałam, Perkis będzie się trzymał. Szlak daleki od mainstreamu, ale szanujący klasyczne prawidła gatunku, szlak prowadzący wprost do nowej fali grozy zdominowanej przez tak zwane elevated horror – horrory wyższego szczebla, horrory intelektualne.
„Kod zła”, nie inaczej, stanowi, może lekko domorosły, wykład na temat istoty zła, zła absolutnego, totalnego, z którym w sumie nie ma sensu walczyć, bo przegrana jest gwarantowana. Obojętne, zimne, żeby nie powiedzieć, martwe spojrzenie młodziutkiej agentki, świeżej krwi, tylko utwierdza widza w przekonaniu, że w tym oto świecie nie spotka nas nic dobrego. Być może Perkis przeprojektował na tą wizję swój sposób przeżywania świata, ze szczególnym uwzględnieniem okresu lat ’90 kiedy to stracił ojca: Wszystko zastyga, usiądźmy więc i poczekajmy spokojnie na śmierć.

Sylwetka głównej bohaterki, autystycznej sawantki, lub/ i straumatyzowanej kobiety, u której dziecięce doświadczenia silnie rozbudowały sferę przedświadomości (ręka na ramieniu) – nic tak nie hartuje jak trauma – mogłaby kojarzyć się z postacią Starling z „Milczenia owiec”, ale chyba jest na to zbyt osobna. To ona rozpracowuje kod, co nie jest przypadkowe. Scenariusz od początku każe nam mocno przyjrzeć się jej rodzinie, jednocześnie podkreślając kontrast pomiędzy jej trybem życia, a rzeczywistością agenta Cartera. Nasz nieprzemakalna Harker jest gwoździem programu do czasu wtargnięcia na scenę Longlegsa. Serio, nie poznałam Nicolasa Cagea w tej odsłonie, a z ciekawostek powiem Wam, że nie ma co się temu dziwić, bo Maika Monroe też go nie poznała;) Trzeba przyznać, że pomysł na antybohatera jest. Jego pojawienie się nieco przypomina zagrywkę z „Siedem” z niesławnym Kevinem Spacey.

Sieć powiązań, główna fabularna intryga, modus operandi z powodzeniem wywiódł mnie w pole, ale to jeszcze nie znaczy, że uważam go na udany. Coś mi w tej warstwie fabularnej nie zagrało i chyba jeszcze muszę nad tym podumać. Jeśli chodzi o wykonanie, wszystkie doświadczenia sensoryczne jakie funduje nam ta produkcja, posiłkowanie się analogowymi rozwiązaniami i ucieczka od popcornowych chwytów, od razu stawia obraz wysoko ponad większość współczesnych filmów z gatunku i to jego największy plus.
Moja ocena:
Straszność: 2
Fabuła: 6
Klimat: 9
Napięcie:6
Zabawa: 7
Zaskoczenie:7
Walory techniczne:9
Aktorstwo:8
Oryginalność: 6
To coś: 6
6/100
W skali brutalności: 1/10

Dodaj komentarz