Życie zwykło oszczędzać mi niespodzianek. Jednak tego poranka obudziłem się z nieoczekiwaną i całkowicie mi obcą ochotą na kawę. Podążając za impulsem, zwlokłem się z barłogu i swoje kroki skierowałem w stronę kuchni kaflowej, w której dogasał ogień. Dorzuciłem szufle węgla i pożółkłą gazetę. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, skąd się u mnie wzięła. Nie czytam gazet. Świat wraz z jego nowinami od dawna przestał mnie dotyczyć. Skojarzyłem, że ekspedientka musiała coś w nią zawinąć podczas mojej ostatniej wizyty w sklepie. Zanurzyłem palce w gęstwinie siwiejących włosów i podrapałem się po głowie.
Stałem przez chwilę nad fajerką wpatrzony w sadzę, która osiadła na wierzchniej części paleniska. W czajniku była jeszcze woda, więc postawiłem go na kuchence i sięgnąłem do jednej z górnych szafek, gdzie w jej najdalszy kąt wciśnięta była puszka zwietrzałej kawy. Z uwagi na to, że jak wspomniałem, kawy nie pijam, nie miałem pojęcia, jakie proporcje zastosować. Do blaszanego kubka sypnąłem trzy łyżeczki. Chwilę dumałem nad dodaniem cukru, ale stwierdziłem, że szkoda go marnować na taki niepewny eksperyment jak kawa. Gwizdek w czajniku świsnął cicho, oznajmiając mi, że woda się zagotowała. Nienawidzę gwizdu gotującej się wody. Zwykle staję nad kuchnią i bacznie obserwuję czajnik, a kiedy tylko dostrzegę lekko unoszący się pod wpływem pary gwizdek, dopadam do niego i czym prędzej zdejmuję. Wciąż mam poparzone palce. Ale poparzone palce to nic w porównaniu z wbijającym się w moją czaszkę dźwiękiem, któremu po raz kolejny udało mi się zapobiec. Mógłbym mieć czajnik bez gwizdka albo czajnik elektryczny, ale boję się pożaru. Bardzo się boję, że mój dom spłonie. Ja spłonę w moim domu.
Palce zmoczyłem w wiadrze z zimną wodą prosto ze studni. Skąd w ogóle umyśliłem sobie tę kawę?
Chciałbym powiedzieć, że w chwili zalania proszku wrzątkiem po izbie rozszedł się przyjemny aromat, który pieścił moje nozdrza, ale tak nie było. Zwietrzała kawa dawała stęchlizną. Postanowiłem jednak wypić.
Z kubkiem w dłoni podszedłem do okna. Mój dom stoi na sporym podwyższeniu. Sam usypałem skarpę. Dach niemal zrównuje się z koronami otaczających go drzew.
Poranek był widny, mimo iż słońce z trudem przedzierało się przez chmury. Zagajnik i mój dom umieszczony jest w rozległej górskiej dolinie i otaczające go szczyty nie ułatwiają słońcu sprawy.
Stwierdziłem, że tej nocy nie spadło dużo śniegu. Czy w ogóle padał? Wytężyłem wzrok, by zza szyby oszacować warstwę bieli. Wtedy to dostrzegłem. Ślady! Ni mniej nie więcej, w nocy lub nad ranem, gdy jeszcze spałem, ktoś grasował pod moim domem. Być nie może! Kto by się tu zapuszczał? Kto ominął wnyki? Zacisnąłem palce dłoni na parapecie, aż poczułem w nich drętwienie. Mój najbliższy sąsiad mieszkał trzy kilometry dalej, licząc w linii prostej. Była nim stara kobieta. Dobiegała setki i nie kojarzyła połowy rzeczy, które działy się dokoła niej. Kiedyś miała syna, lecz ten zaginął w lesie lata temu. Podążając tą linią dalej w kierunku zachodnim, za następne dwa kilometry można było natrafić na siedlisko trzech domów. Nie pamiętam, kto w nich mieszka. A za następne pięć kilometrów trafiało się do prawdziwej metropolii w mikroskali: wioseczki składającej się z kilkunastu domków, sklepu i kościoła. Szkoły nie było, bo nie było i dzieci. Wybrałem sobie na siedlisko tak odludne miejsce jak to tylko możliwe, a mimo to w styczniowy poranek przed swoją chatą dostrzegłem ślady dwunożnego stworzenia. Być nie może!


Dodaj komentarz