At the devils door (2014)

„At the devils door”, czy też „Home” to nowy film Nicolasa McCarthy’ego twórcy dość intrygującego horroru „Nadprzyrodzony pakt” nakręconego dwa lata temu.
W nowym filmie twórcy znowuż mamy wątek paktu, innego rodzaju niż ten występujący w starszej produkcji, ale jednak.
Cech wspólnych między obydwoma filmami jest zresztą sporo, ale o tym później.
Pakt, którego zawarcia będziemy świadkami w pierwszych minutach filmu dotyczy sprzedania duszy. Młoda dziewczyna sprzedaje swoją duszę wujowi nowo poznanego ukochanego za bodajże pięćset baksów. Dziwnie wyglądający wuj/szaman początkowo sprawdza, czy panna przypadnie do gustu władcy piekła, gdy ten okazuje zainteresowanie dziewczyna wypowiada sakralne 'tak,’ czyli podaje diabłu swoje imię i od tego zaczyna się jej przygoda. Czym się kończy zdradzić nie mogę.



Po mniej więcej kwadransie przechodzimy do następnego wątku. Poznajemy dobijającą do trzydziestki panią agent sprzedającą nieruchomości, która dostaje zlecenie sprzedania pewnego domu. Dom jest dość kłopotliwy, kobieta widuje w nim postać młodej dziewczyny, prawdopodobnie córkę właścicieli, która uciekła od nich. Powoli w sprawę zostaje zamieszana siostra agentki, Vera i to nią diabeł najsilniej zaczyna się interesować.
Uff… wypocenie logicznego streszczenia tej fabuły, które nie zdradza jej największych meandrów to nie lada wyczyn.
Scenariusz „At the devils door” jest nieźle pogmatwany, jest w nim sporo wątków, których połączenie mimo iż jest możliwe to ciężko odnaleźć się w tym chaosie.
Mamy tu w zasadzie trzy główne bohaterki i jednego antybohatera, diabła. Diabeł nie wykłada kawy na ławę, wiemy o nim jedynie tyle, że chce w kimś zamieszkać. Z czasem dowiadujemy się więcej na temat środków jakich musi użyć by osiągnąć cel, ale wszystko w swoim czasie.
Jeśli miałabym wymienić jedną główna cechę tego obrazu powiedziałabym 'długi’. Ale to bardzo subiektywne wrażenie, bo seans trwa raptem dziewięćdziesiąt minut. Czemu więc wydawał mi się niekończącą się opowieścią? Może nie byłam w formie, a może to wina mnogości elementów, wątków, które urywają się by za chwile powrócić i ogólnego rozciągnięcia fabuły w czasie.
Fabuła prowadzona jest w sposób dość oryginalny, bo nie pozwala ona zbytnio przywiązać się do żadnego z bohaterów. Nie jest to typowa opowieść, gdzie można wyłonić wątek przewodni i w prosty sposób usystematyzować sobie kolejne wydarzenia i związki pomiędzy nimi. To daje szanse na zwroty akcji i można rzecz, zaskakujące momenty, ale także wywołuje wrażenie chaosu.
Jako horror z wątkiem religijnym, który przede wszystkim ma na celu wystraszyć sprawdza się dość dobrze. Diabeł jest tu dość skromną postacią, ale stale obecną. Pojawi się kilka szybszych ujęć, mocniejszych momentów, typowych dla tego podgatunku ale nie wypadających bardzo tendencyjnie w kontekście całej fabularnej budowli. Mimo wyświechtanego tematu nie można nazwać tego obrazu schematycznym.

Podobne, niejednoznaczne odczucia miałam po seansie z „Nadprzyrodzonym paktem”. Widoczna jest amatorskość w realizacji obydwu produkcji, ale zapewnia ona dość świeże i oryginalne spojrzenie. Poszczególne ujęcia, oświetlenie, montaż, aktorstwo itp. na pewno nie jest profesjonale w taki sposób jakiego oczekuje się od produkcji kinowych, ale nie można rzecz, że nie ma w tym pomysłu, metody na opowiadanie historii.
Chyba muszę przemyśleć, czy ten film mi się podobał bardzo, czy tylko średnio:)
Moja ocena:
Straszność: 6
Fabuła:7
klimat:8
Napięcie:6
Zabawa:6
Walory techniczne:7
Aktorstwo:6
Zaskoczenie:6
To coś:7
Oryginalność:8
67/100
W skali brutalności:1/10






























