To był nasz dom –

Eve jest sama w domu, gdy na jego progu staje obcy mężczyzna. Nie wygląda groźnie, a w dodatku towarzyszy mu rodzina, żona i dwójka dzieci. Thomas Faust, bo tak się przedstawia, ma do Eve nietypową prośbę, chce obejrzeć jej dom, a raczej pokazać go swoim bliskim, bo tak się składa, że to tu się wychował. Skrępowana sytuacją kobieta ostatecznie wpuszcza przybyszy do środka nie zdając sobie sprawy, że następne kilka godzin całkowicie odwróci rzeczywistość w jakiej dotąd żyła.
„To był nasz dom” Marcusa Kliewer’a to ciekawa powieść z przynajmniej kilku względów. Ma w sobie świeżość i zapał właściwy debiutom oraz lekkość opowieści pisanych for fun. Narodziła się jako creepy pasta publikowana w odcinkach na forum dla amatorów historii z dreszczykiem. Ich celem jest wprowadzenie czytelników w przekonanie, że śledzą czyjeś autentyczne i przerażające doświadczenia.
Autor podkreślał, że odbiór historii, uwagi i szeroko rozumiany udział odbiorów odegrał dużą rolę w procesie tworzenia, gdy jego publikacja zmieniła się w pełnowymiarową powieść. I faktycznie, w narracji i konstrukcji fabuły można wyczuć takie creepey pastowe zacięcie.
Mamy tu kilka motywów przewodnich z czego najważniejszym wydaje się motyw 'nowego starego domu’ – jak to zwykłam określać. Eve wraz ze swoją partnerką Charlie kupuje nieruchomość położoną na malowniczym wzgórzu w otulinie lasów, ale nie po to by wić w nim swoje gniazdko, ale by go wyremontować i z zyskiem sprzedać. Nie mamy tu długich wstępów, właściwa akcja zawiązuje się szybko, niemal od progu.

Nowy dom, nie jest więc przestrzenią znaną, bezpieczną, stabilną, więc łatwo uczynić z niego źródło niepokojów. Kiedy Thomas odkrywa przed nową właścicielką kolejne ukryte elementy konstrukcji budynku ta przyjmuje nowe informacje z rosnącą trwogą. Coraz mniej czuje się tam jak u siebie, a śmiała ekspansja Thomasowej rodziny tylko utrwala w niej przekonanie o jej niepewnej pozycji w tej sytuacji.
Samo wmanewrowanie Eve w nią jest proste, bo sama siebie postrzega jako osobę nie asertywną, a więc łatwo ulega presji bycia uprzejmą wobec nieznajomych. Opis bieżących, coraz dziwniejszych zresztą wydarzeń przeplatany jest informacjami teoretycznie poza fabularnymi, przypisami, wzmiankami skoncentrowanymi wokół teorii właściwym zdarzeniom z pogranicza świata paranormalnego. To tropy, dla czytelnika. Te wszelkie teorie są zresztą dość ciekawe: skradzione tożsamości, sobowtórzy, równoległe rzeczywistości, przez co mogą stanowić podwaliny pod całkiem nowe uniwersum mogące się kojarzyć z przypadkiem z „Domu z liści”. Rzeczywistość staje się coraz bardziej umowna, ulega dezintegracji, deformacji, a kiedy dobiega do kresu, już nic nie jest takie jak w punkcie wejścia.
Moja ocena: 8/10

Dodaj komentarz