Archiwum autora: ilsa333

Witaj Szatanie!

Dziecko Rosemary – Ira Levin

Rosemary i jej o 9 lat starszy mąż Guy wprowadzają się do starego, owianego mroczną sławą apartamentu w Nowym Jorku. Jak twierdzą znajomi pary w przeszłości mieszkał w nim pewien szalony człowiek, wraz ze swymi pobratymcami wyznający  kult szatana.

Młoda para nie zraża się zabobonami, urządza sobie przytulne miłosne gniazdko i zaprzyjaźnia z sąsiadami, starszym ekscentrycznym małżeństwem Minie i Romanem Castevet. W niedługim czasie w niekoniecznie romantycznych okolicznościach zostaje poczęte dziecko młodej pary  i to w okół tematu dziwnie przebiegającej ciąży będzie kręcić się fabuła powieści.

Tytuł „Dziecko Rosemary” przeważnie kojarzony jest z filmem Romana Polańskiego nakręconym w 1968 roku. Warto wiedzieć, że ów film jest bardzo wierną filmową adaptacją powieści Iry Levina amerykańskiego pisarza urodzonego w Nowym Yorku. W tymże mieście najczęściej osadzana jest fabuła jego powieści. Levin wydał „Dziecko Rosemary” w 1967 i odniósł duży sukces.

Ktoś kto zna ekranizacje- a nie wielu jest takich, co by nie znali- nie uświadczy przy lekturze książki wielu niespodzianek. Fabuła zmieniona jest nieznacznie. Roman Polański wyciął tylko kilka mało istotnych dla fabuły szczegółów oraz trochę skrócił odcinek od punktu kulminacyjnego do finału- nieco go zmieniając- moim zdanie na plus.

Książka w pewnym stopniu funduje nam większy wgląd w charakter postaci Rosemary i Guy’a. Guy nie wydawał mi się takim narcystycznym palantem gdy oglądałam film. W przypadku książki mamy przedstawionych więcej sytuacji, w których bardzo widoczny jest kontrast pomiędzy młodziutką, naiwną Rosemary a rządnym kariery Guy’em. Autor dużo czasu poświęca na opis rozważań Rosemary, najpierw  nad jej małżeństwem, kiedy to Rosemary myśli: On nie potrzebuje żony tylko widza, który będzie go podziwiał! A później nad serią niepokojących wydarzeń. W powieści doskonale przedstawiony jest rozwój paranoi Rosemary. Zaczyna zbierać do kupy najmniejsze szczegóły i na ich podstawie wyciąga wnioski na temat straszliwej prawdy o swoich sąsiadach, a później o mężu. Wiem, że gdybym nie oglądała ekranizacji z tysiąc razy to książka zafundowała by mi mocną paranoiczną przejażdżkę, ale niestety wiedziałam do czego to zmierza.

Porównując film i książkę zauważyłam iż w filmie więcej pojawia się sytuacji okraszonych czarnym humorem, bądź też sytuacje z pozoru te same w filmie zostały w taki właśnie sposób zabarwione, gdy w książce zdecydowanie dominuje groza. Dla każdego fana gatunku pozycja wręcz obowiązkowa. A zaręczam że spełnienie go będzie należeć do przyjemności.

Podobnie stało się w przypadku ekranizacji innej książki Iry Levina „Żony ze Stepford” z 2004 roku. Film nawet nie został podciągnięty pod gatunek grozy, choć zarówno książka jak i pierwsza ekranizacja z lat ’70 są ewidentnie thrillerem.

Moja ocena: 9/10

Dziękuję wydawnictwu Vesper

Na muszce

Red dot/ Na celowniku (2021)

Davis celem ratowania kulejącej relacji z narzeczoną Nadją zabiera ją na wycieczkę w góry. Młodzi podziwiają zorze polarne północnej Szwecji gdy zostają bezpardonowo zaatakowani przez uzbrojonego człowieka. Nie widząc swojego oprawcy z trwogą obserwują mały czerwony punkt świadczący o tym, że znaleźli się na celowniku.

Jeśli lubicie survivale to jest to film dla Was. Produkcja, którą możecie zobaczyć na Netflixie oferuje to co zwykle zobaczyć możecie w kinie tego gatunku. Dzika natura, piękne krajobrazy mają zamydlić oczy, tak byśmy ani myśleli o potencjalnym zagrożeniu. Pojawienie się antagonisty jest nagłe i niespodziewane- no dobra, może nie tak niespodziewane, w końcu czytaliście opis filmu;) W każdym bądź razie urok chwili szybko zostaje zburzony. Dla podkreślenia atmosfery niebezpieczeństwa i zaszczucia antagonista pozostaje niewidoczny dla ofiar i widza. Oczywiście filmowy wstęp pozwala nam na wytypowanie pewnej grupy, domniemać na temat przyczyn ataku na parę, ale pozostańcie czujni, bo historia jest bardziej złożona, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka.

To co mogę stwierdzić z całą pewnością to to, że sporo się tu dzieje. Czy dzieje się logicznie, czy dzieje się tak jakbyśmy sobie tego życzyli to już kwestia zapatrywań i oczekiwań. Osobiście od tego rodzaju produkcji oczekuje znoju, krwi i ładnej scenerii i to też dostałam. To na co można by ponarzekać – poza nieśmiertelną logiką zdarzeń to kreacje głównych bohaterów- nie tyle na poziomie aktorstwa co charakterystyki. Nie będę Was więc przekonywać, że film nie ma wad, ale moim zdaniem jest całkiem przyjemny w odbiorze.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 7

Oryginalność:5

To coś:6

53/100

W skali brutalności: 2/10

Wampir w Londynie

Wampir – Władysław Stanisław Reymont

Zenon, polski pisarz na stałe mieszkający w Londynie ulegając namowom swoich przyjaciół bierze udział w seansie spirytystycznym. Wówczas poznaje Daisy osobliwą rudowłosą damę, która przybyła prosto z Indii w towarzystwie Mahatmy Guru i czarnej pantery Bagh.  To zmienia wszytko w życiu Zenona.

„Wampir” to jedna z tych powieści, którą zawsze chciałam przeczytać, ale nigdy nie znajdowałam na to sposobności. W końcu się udało, co napawa mnie swego rodzaju spełnieniem wynikającym z dobrze wykonanego obowiązku. Jestem fanką „Chłopów' i ich obecność w kanonie lektur nigdy nie napawało mnie jakąś niechęcią, dlatego też gdy tylko zwiedziałam się, że Reymont odwiedził okolice grozy wiedziałam, że muszę tam za nim pobiec. Oczywiście najszczęśliwsza byłą bym gdyby swoje pióro nagiął do opisania grozy płynącej z polskiej ludowości i folkloru, ale widać nie było mu z tym po drodze.

Zamiast  tego zapuścił się na wyspy brytyjskie by tam przyglądać się popularnej rozrywce salonowego okultyzmu. Nie dajcie Cię zwieść, że nasz noblista nagle postanowił zostać naśladowcą autorów grozy i całkowicie oddalił się od umiłowanego naturalizmu i realizmu. Wszystkie zjawiska opisane w książce, od nieotwierającego fabułę opisu seansu, po inne dziwne zjawienia nie są wynikiem oderwania od ziemi.

Reymont nie napisał horroru, w którym na przypadkowego człowieka spada paranormalne doświadczenie. Można to tak odebrać patrząc na wprost, ale jeśli tylko zechcecie rozejrzeć się na boki zauważycie, że prawdziwa groza rozgrywa się w sercu bohatera, nie przed jego oczami. Dziwna relacja z Daisy może być interpretowana jako rodzaj opętania, ale opętania miłością do kobiety niedostępnej. Historia jego przyjaciela Joe to nie tyle wynik występnych czarodziejskich knowań co wypadkowa nadwrażliwości i nadmiernego zaangażowania w coś co wymknęło mu się spod kontroli.

Przepraszam, że tak ściągam Was na ziemię, ale byt wiele razy słyszałam, że Reymont w „Wampirze” posunął się do uprawiania taniej groteski i ślepego naśladownictwa literatury niesamowitej. Credo tej powieści jest raczej poczucie wyobcowania niż obcowanie z obcym. Zenon, jego opowieść, geneza tego jak i dlaczego trafił do Londynu, sposób w jaki patrzy na to miejsce, jak je odczuwa i jak ma do niego stosunek to właściwa narracja tej książki. Pomieszanie w jakim znajduje się bohater daje doskonały pretekst ku temu by zamieszać jeszcze bardziej. Tu na arenę wkraczają bardzo plastyczne opisy zjawisk i przeżyć. Jeśli zaczniecie czytać tą powieść zwróćcie uwagę na jej początek. Na sposób w jaki autor opisuje pierwszą scenę, scenę seansu. Jest to groza żywa, prawdziwa, pięknie opisana, każde zdanie pobudza wyobraźnię, ale stety, niestety schodzimy z tego obszaru i coraz mocniej do czytelnika dociera, jakie jest źródło tego wszystkiego.

Moja ocena: 8/10

Dziedzictwo Lovecrafta

Maska Cthulhu – August Derleth

W gruncie rzeczy zbiór opowiadań „Maska Cthulhu” jest niczym innym jak owocem inspiracji autora twórczością H.P. Lovecrafta. Panowie byli korespondencyjnymi przyjaciółmi i to najpewniej wpłynęło na rozwój fascynacji Derletha twórczością samotnika z Providence, której konsekwencją stały się jego własne poczynania twórcze. Twórcze i wydawnicze, bo warto wiedzieć, że Derleth dołożył wielu starań w tym aspekcie by utwory Lovecrafta nie popadły w zapomnienie. W tej kwestii należy oddać mu sprawiedliwość. Co do jego twórczości własnej mam już bardziej mieszane odczucia. Nie nazwę gościa plagiatorem, bo intencje myślę miał jak najbardziej zacne, ale w pewnych kwestiach nie mogę przyznać mu racji.  Nie mogę też powiedzieć, by napisany przez niego zbiór sześciu wcale nie długich opowiadań nie miał swoich walorów literackich, ale… No właśnie.

Mogę się nazwać miłośniczką twórczości Lovecrafta, ale nie z uwagi na moją sympatię do Cthulhu, która jest powiedzmy umiarkowana, ale z racji ogromu fascynacji pierwiastkiem werid tkwiącym w nawet najmniej rozbudowanych i umówmy się najmniej popularnych tekstach H.P.

Opowiadania Derletha w ogromnym stopniu opierają się na po pierwsze dobrze dziś znanych ulubionych lovecraftowskich motywach (mroczne dziedzictwo, nienazwane coś, przeklęte księgi, czy inne typowo Lovecraftowskie fanty, które znajdziemy w najbliższym otoczeniu pechowego bohatera), po drugie, co może oburzać, na niewykorzystanych przez H.P notatkach i luźnych pomysłach do których dobrał się Derleht.

Ważnym szczególnie dla fanów mitologii Cthulu jest też aspekt stworzonej przez Derletha interpretacji, żeby nie powiedzieć nadinterpretacji tych ważnych dla twórczości H.P. wątków. Bardzo szybko wyczujecie nieco desperacką chęć Derletha uporządkowania wytworów wyobraźni Lovecrafta i wtłoczenia ich we własny światopogląd. Efekt tego, dla mnie przynajmniej okazał się dość bolesny, bo to co nienazwane i przedwieczne takim właśnie powinno pozostać. Wcale nie potrzeba mi rzymskokatolickiego pojmowania motywów dobra i zła, ani dorabiania rodowodów do czegoś czego początek w oryginale nie miał miejsca. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie nie jest to już do końca werid.

Mogę sobie tupać nóżką albo zastanowić się nad intencjami Derletha. Poniekąd uprościł on świat przedstawiony, co wielu czytelnikom ułatwi odbiór – przyczyni się do większego zainteresowania samym Lovecraftem. Zrobił to nie tylko na poziomie fabularno interpretacyjnym, ale też stricte warsztatowym. Bijcie mnie, ale Derletha czyta się dużo łatwiej niż H.P. Język jest zdecydowanie mniej udziwniony, narracja bardziej dynamiczna – może dlatego, że autor wprowadza więcej dialogów i po porostu czyta się to bez wysiłku. Plus? No, plus. Ponadto naprawdę wierzę w dobre intencje Derletha i jego marketingowo wydawniczy zmysł.

Jeśli mam wymienić najlepsze opowiadania to po pierwsze „Powrót Hasturna” powstałe na podstawie pozostawionych przez Lovecrafta notatek, bo jest bardzo Lovecraftowskie i niezwykle klimatyczne. Po drugie „Rzecz z drewna” bo jest daleka od mitologii Samotnika z Providence, jest też zdecydowanie najoryginalniejszym tekstem jaki znajdziemy w zbiorze.

Myślę, że zerknę też na następne wydania jego twórczych poczynań, chociażby dlatego, że wszystko inne, co Lovecraft wymyślił już mam za sobą, włącznie z listami, esejami, a nawet Necronomiconem – czymkolwiek jest książka, którą mam;)

Moja ocena: 5+/10

Dziękuję wydawnictwu IX

Co z Tobą syneczku

Son (2021)

Laura jest samotną matką Davida. Chłopiec ukończył osiem lat, a ich wzajemna więź jest niezwykle silna. Pewnej nocy wyrwana ze snu matka zastaje w pokoju swojego jedynaka grupę dziwnie wyglądających ludzi pochylonych nad jej synem. Wzywa w panice pomocy, a intruzi znikają toteż pojawienie się na miejscu dwóch detektywów nie rozwiązuje zagadki. Wkrótce po tym zdarzeniu David zaczyna chorować, a zdesperowana matka robi wszystko by go ocalić.

Irlandzki horror „Son” mocnym wejściem nie od razu ujawni swoją należność do horrorów nowej fali. Szybkie zawiązanie akcji to jednak tylko pozór, bo nim pobrniemy do brzegu zejdzie dość filmowej taśmy. Jego przynależność podgatunkowa nie jest do końca czytelna bowiem mamy tu do czynieania z miszmaszem, który w miarę rozwoju fabuły przechyla szale od horroru z wątkiem religijnym, czy paranormalnym, horroru psychologiczny, paranoid thrillera, gore… No, trochę tego jest:)

Twórca „The Son” może być Wam znany z sprawą bardzo ciepło przyjętego horroru „The Canal” z 2014, który znajduje się na mojej prywatnej liście ulubieńców. W scenariuszu własnego autorstwa wziął na warsztat prywatne lęki ogniskujące się wokół rodzicielstwa i przekuł je na filmową fabułę. Produkcja dość dobrze radzi sobie z podjętym tematem, ale raczej nie ma co liczyć na sukces poprzednika. Osobiście oceniam go powyżej średniej z uwagi na zmyślność w prowadzeniu wcale nie nowatorskich wątków i poszanowanie klimatu grozy. Technicznie również zadowala i jeśli miałabym celować w jakiś jego słaby punkt to byłby to finał. Finał całego zamieszania, choć może nie tyle finał co epilog.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat: 7

Napięcie: 6

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10