Archiwum autora: ilsa333

Zabierz mnie daleko

NOS4A2 – Joe Hill

Victoria McQeen mając osiem lat w czasie rowerowej przejażdżki odkrywa  Shorter Way Bridge, stary pomost, który wedle słów jej rodziców dawno nie istnieje. To tam po raz pierwszy doświadcza magii mentalnej podróży, która zanosi ją do odległego miejsca. Victoria jednak nie jest jedyną osobą zdolną kreować magiczne światy, o czym przekonuje się gdy na jej drodze staje Charles Manx. Vicky odkrywając jego leśną kryjówkę trafia do stworzonej przez niego krainy wiecznych świąt Bożego Narodzenia – krainy, która mogłaby być piękna, gdyby nie była upiorna.

„NOS4A2” zostawiłam sobie na koniec. Zrobiłam to z premedytacją podyktowaną zasłyszanymi opiniami jakoby to właśnie „NOS4A2” był najlepszy grozowym dokonaniem Joe Hill’a. I choć nadal uważam, że najlepszym przeczytanym przeze mnie utworem autora jest napisane wspólnie z ojcem opowiadanie „W wysokiej trawie”, to „NOS4A2” zdecydowanie ma szansę z nim konkurować.

Hill po raz kolejny bawi się znanymi motywami przekuwając je na nieoczywistą i spójną historię. W tytule powieści rozpoznamy, nie inaczej słowo „Nosferatu”, czyli imię słynnego wampira. „NOS4A2” to … numer rejestracyjny samochodu, dokładnie klasycznego Rolls-Royce Wraith – gdzie Wraith oznacza tyle co widmo. Owym widmem porusza się wspomniany Charles, będący czymś na kształt wampira, wampira porywającego dzieci. Porywającego po to, by zabrać ich dusze do swojego Christmaslandu.

Obraz tego miejsca stanowi jeden z najmocniejszych grozowych puntów programu. Z tej wizji bije jakaś upiorna nieadekwatność, wszystko od ozdób świątecznych, po rozbrzmiewające tam piosenki jest skażone utajonym mrokiem. Mieszkańcy tego miejsca tj. porwane dzieci, trwają w nieustannym świątecznym rozgorączkowaniu, nie znają innych emocji niż te towarzyszące oczekiwaniu na prezenty. Robi to mocno psychodeliczne wrażenie, choć nie tylko o horror tu chodzi. Cały kontekst wyimaginowanych światów ma tu drugie dno. Vicky i Charles mają w sumie sporo wspólnego, bo obydwoje wykształcili zdolność  kreowania alternatywnej rzeczywistości, która zapewnia im to czego im brakuje.

Jeśli chodzi o wady powieści, to wydaje mi się że fabularnie trochę za bardzo się 'rozeszła’. Skrócenie sześciuset stronicowej opowieści o dobre dwieście stron byłoby myślę dobrym ruchem. Hilla miejscami ponosi gawędziarstwo i to w sytuacjach w których nie do końca jest na to czas i miejsce, ale to tylko taka drobna uwaga. W ogólnym rozrachunku książka wypada bardzo dobrze i ma w sobie to coś- coś czego chciałam.

Moja ocena: 8/10

Dziękuję wydawnictwu Albatros

Nie ma we mnie miłości

Privorot. Chernoe venchanie/ Mroczne zaklęcie (2021)

Zheneya z dzieckiem na ręku błaga swojego ukochanego o powrót. Kir jest jednak nie wzruszony jej lamentami i wyznaniami miłości i odtrąca kobietę. Zdesperowana postanawia skorzystać z cygańskiej magii by Kir odwzajemnił jej uczucie. Zaklęcie „Czarne wesele” jest jednak wyjątkowo potężne i Zheneya nie zdaje sobie sprawy ile ta miłość będzie ją kosztować.

Nie pamiętam, czy recenzowałam dotąd jakiś film Svyatoslav’a Podgaevskiego, ale widziałam jego wcześniejsze horrorowe dokonania. Rosjanin odpowiada między innymi za całkiem niezłą „Babę Jagę – koszmar ciemnego lasu” i mniej udaną „Rusałkę. Jezioro umarłych”. W każdym bądź razie jego filmy docierają do Polski, co być może przetrze szlak innym twórcom – a warto, bo Rosjanie nie najgorzej radzą sobie z filmową grozą. Nie ,najgorzej poradził sobie także Podgaevskiy w „Mrocznym zaklęciu”. Będzie to dla Was pewna egzotyka, bo jednak świat przedstawiony hollywoodzkich produkcji różni się od tego wschodnio europejskiego. Można tu wyczuć swego rodzaju obyczajową sztywność, która może sprawić, że widzowi trudno będzie utożsamić się z bohaterami. Nie mniej jednak cała historia tak na poziomie dramatu, jak i w roli horroru ma szansę zyskać uwagę widza. Co tu mamy i z czym to się je?

Nasza bohatera, budząca od progu politowanie młoda kobieta jest obsesyjnie zakochana w Kirze. Mężczyzna jednak wydaje się nie być zainteresowany zabawą w dom z niemowlęciem i żoną, bo dużo lepiej bawi się w swojej pracowni z pięknymi modelkami. Scena ich kłótni z miejsca każe nam życzyć chłopu wszystkiego co najgorsze.

Upokorzona Zheneya nie podaje się i postanawia sięgnąć po niekonwencjonalną metodę wzbudzenia uczucia w Kirze. Warunek jest jeden, a właściwe dwa, musi kochać szczerze „inaczej duchy jej nie wybaczą” i musi odprawić rytuał w czasie zaślubin innej kochającej się (szczerze i wzajemnie) pary. Jak się pewnie już w tym momencie domyślacie o szczerą, czystą miłość w świecie trudno, więc wkrótce zaczną się kłopoty. Nie takiej miłości szukała zakochana dziewczyna, oj, nie takiej.

Z tego melodramatu szybko i z impetem wkraczamy w sferę paranormalną okraszoną odrobiną całkiem przyziemnego szaleństwa. Nie mogę powiedzieć, że to co zobaczycie będzie czymś odkrywczym i nowatorskim, ale mamy historię bez bezczelnej kalki i prowadzoną z pewnym wyczuciem. Jump scary będą, efekty będą, cały czas jesteśmy w mainstreamie, ostrzegam. Aktorstwo nie zachwyca, ale też nie odpycha. Całość ogląda się nieźle, więc choć daleka jestem od szczególnego zachęcania to jednak odradzać ani myślę.v  y6

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś: 5

53/100

W skali brutalności: 1/10

By się dobrze bawić trzeba kogoś zabić

*Recenzja patronacka

Seryjni.pl – Maciej Szymczak

Karol był ładnym chłopcem, może trochę zbyt pucołowatym, ale podobał się dziewczynom. Marzył o karierze wojskowej, lubił zbierać noże. Pochodził z dobrej rodziny, uczył się w technikum. Czasami tylko opowiadał dziwne rzeczy. Chciał zwrócić na siebie uwagę, wyróżnić się, zaimponować kolegom i koleżankom. 16 maja 1968 roku wykonano na nim wyrok śmierci. Jego fantazje o zabijaniu tym różniły się od fantazji, że wcielał je w życie.

Karol Kot to tylko jeden z bohaterów zbioru opowiadań Macieja Szymczaka. Spotkacie tu Bohdana Arnolda, Joachima Knychałę, Edmunda Kolanowskiego, czy Karla Denke. Nasz kraj taki piękny, tyle w nim inspiracji. Maciej Szymczak postanowił znaleźć dla nich szczególne miejsce. Jego zbiór opowiadań „Seryjni.pl” to galeria potworów. Każde z ośmiu opowiadań poświęcone jest innemu eksponatowi.

U drzwi widzimy „Karola” – Karolka. Oj, co to był za niegrzeczny chłopiec. Przyglądamy mu się w dość tradycyjnej perspektywie narracji trzecioosobowej. To fabularyzowana wersja jego krwawych przygód. Bardzo mocne wejście w temat. Wyjście z niego to z kolei solidne trzaśnięcie drzwiami. Ode mnie plus za ten przewrotny nieco przegięty epilog;)

Dalej owoc późniejszych Ziem Odzyskanych, Karl Denke, którego ostatnio spotkałam w powieści „Chodź ze mną„. Tam był już zimnym trupem, tu żyje i ma się dobrze. Na jego drodze w listopadowy wieczór staje włóczęga, Sebastian i to jest tak naprawdę głównym bohaterem opowieści. Perspektywa nieco nam się przez to zmienia choć nadal trzymamy się narracji trzecioosobowej i nie wychodzimy z roli biernego obserwatora rozgrywającej się tu tragedii. Każdy kto zna przynajmniej w ogólnym zarysie historię Karla Denke wie czego może się spodziewać. „Wujaszek Denke” to taki polski Hannibal Lecter, to Wam powinno wystarczyć by zdjęła Was zgroza.

Kogo kojarzycie pod przydomkiem „Zimny Chirurg” ? Tak to Edmund Kolanowski, którego nasz autor przyłapuje na gorącym uczynku w czasie jednej z wielu cmentarnych eskapad. Scena, która otwiera opowieść i wprowadza nas w temat nie pozostawia złudzeń, że mamy tu do czynienia z szaleńcem grubego kalibru. Czy to częste wycieczki do nekropolii do jakich zmuszała małego Edzia matka, czy też wrodzone zaburzenia kazały mu upatrywać obiektów seksualnych w trupach? Kolanowskiego poznajemy na tyle dobrze by po plecach przebiegł nam zimny dreszcz. Autor relacjonuje jego poczynania nie narzucając czytelnikowi jakie emocje powinien w tej chwili odczuwać. Ta relacja jest … zimna jak trupy, które wykopuje Edward. Na tym chyba polega jej siła.

„Władca much” to zdecydowanie moje ulubione opowiadanie w zbiorze, co można odczytywać jako duży sukces po stronie autora, bo przypadkiem Bogdana Arnolda jakoś nigdy szczególnie się nie interesowałam. Ale to nie Arnold będzie naszym przewodnikiem w tej opowieści tylko Rafał, młody podcaster zafascynowany sylwetką seryjnego mordercy, który udaje się wprost do jego mieszkania by właśnie tam nagrać nowy odcinek na swój kanał. W gruncie rzeczy mamy tu opowieść o tym jak głęboko mroczne fascynacje mogą wejść nam pod skórę. A może jednak w grę wchodzi tu zjawisko paranormalne? Musicie ocenić sami.

Nie wiem, czy „Seryjni.pl” zasłużyło na to by stać się opowiadaniem tytułowym, jak wspomniałam mam tu innego faworyta nie da mu się jednak odmówić tego, że jest chyba jednym z najbardziej złożonych utworów w całym zbiorze. Historii samego Tadeusza Kwaśniaka nie znałam i tu wypadałby się bić w pierś, bo nie sądziłam by którykolwiek z polskich niesławnych umknął mojej uwadze, a jednak. Tadeusza nie spotkamy jednak spacerującego ulicami i dokonującego tego, czego zwykł dokonywać za życia. Poznamy za to grupę młodych gniewnych bieżących na cmentarz celem przywołania jego brzydkiej duszy. Czy im się to udaje? Ilość zgonów następujących bezpośrednio po zdarzeniu, a może chodzi o coś zupełnie innego związanego nie tyle z duszą, co z … krwią. Finał tej historii powinien Was zaskoczyć.

Był jeden taki, który powiedział: Włożyłem nożyczki w serce i już nie żyła. Tym raz przenosimy się do roku 1938 kiedy to do pewnej wioski pod Kutnem zawitał włóczęga podający się za „Blacharza”. To po raz kolejny dość klasyczne podejście do tematu, autor nie musiał stosować żadnych wybiegów by historią Ferdynanda zszokować i oburzyć. Tak, oburzenie to chyba właściwe słowo.

„Zaułki i wampiry” to moje drugie ulubione opowiadanie w zbiorze. Autor po prawdzie mocno puszcza tu wodze fantazji i przedstawia nam daleko idącą wariację na temat historii Joachima Knychały. Mnie to niecodzienne podejście do tematu naśladowcy Marchwickiego bardzo się podobało. Mamy tu do czynienia nie tyle z surową relacją z dokonywanych przez Knychałę mordów, co z pewnego rodzaju prezentacją dwóch alternatywnych rzeczywistości z czego jedną możemy traktować jako fantazję, która owładnęła umysłem antybohatera i z drugą, której bardziej się domyślamy niż poznajemy. Konfrontacja tych dwóch rzeczywistości owocuje nieoczywistym spojrzeniem na zagadnienie obsesji jaką Knychała darzył dokonania Marchwickiego.

Ostatni tytuł „Potwory są wszędzie” niejako podsumowuje temat, choć jest też jak najbardziej osobną historią, osobnego mordercy. Mordercy w sumie przypadkowego i raczej mało znanego. Jego biografia nie zasługuje na szczególną uwagę, ale to co spotkało kobietę, która miała nieszczęście go spotkać to już zupełnie inna kategoria.

Co muszę Wam powiedzieć gwoli podsumowania to to, że nie należy traktować tekstu jako zbioru biografii, bo swoboda twórcza autora dała mu możliwość fabularyzowania faktów, ujmowania ich często w niecodzienną perspektywę. „Seryjni.pl” niejako przełamują tabu, które nakazuje opowiadać o seryjnych mordercach w oskarżycielskim, moralizatorskim tonie. Każe analizować, dociekać, oceniać i wydawać sądy. Tu tego nie zaznacie, są tylko ludzie i ich historie. Ciężar emocjonalny stoi po stronie czytelnika. Jeśli jesteś w stanie go udźwignąć, czytaj, jeśli nie, może lepiej byś odpuścił?

*Książka objęta patronatem Biblii Horroru

Weird fiction w swoim rdzeniu to dla mnie właśnie opowieść o traumie

Wywiad z Szymonem Majcherowiczem

Szymon Majcherowicz – absolwent Wydziału Polonistyki UW, na co dzień odpowiedzialny za komunikację i promocję w instytucjach kultury, pracował także jako redaktor i tłumacz. Swoje utwory publikował w magazynach „Histeria”  i „OkoLica Strachu”.  Zbiór „Otwieram oczy”, który ukazał się nakładem wydawnictwa IX jest jego pierwszą samodzielną publikacją.

Biblia Horroru: Wieść gminna niesie, że humaniści są humanistami, bo nie potrafią liczyć. 😉 Idąc na polonistykę, myślałeś o zastaniu pisarzem czy to raczej wynik zamiłowania do czytania cudzej twórczości? Z perspektywy czasu uważasz, że takie właśnie studia pomogły Ci w szlifowaniu warsztatu?

Szymon Majcherowicz: Nakłamałbym, gdybym powiedział, że na polonistykę wybierałem się z przekonaniem. Po prostu się na niej znalazłem. Zniósł mnie tam prąd. Miałem trochę inny pomysł na siebie, a to był taki kierunek awaryjny, bo raz, że w liceum ten polski na tle innych przedmiotów wchodził mi do głowy jakoś podejrzanie łatwo, dwa, że mój rocznik łapał się jeszcze na przymusowy pobór, a na komisji wojskowej od pewnego jowialnego dziadunia w białym kitlu usłyszałem trzy straszliwe słowa: okaz męskiego zdrowia. Miało więc to być rozwiązanie tymczasowe. W trakcie pierwszego roku doszedłem jednak do wniosku, że w sumie mi się podoba, a od zera zaczynać mi się już niczego nie chce. Podryfowałem więc dalej z tym prądem.

Chyba nie ma na pierwszym roku polonistyki osoby, która by nie chciała pisać. Nie byłem tu wyjątkiem. Ale chciałem to robić tak bardzo, że aż nie robiłem tego wcale. Przez długie lata. Jakże typowe dla mnie. Cały czas jednak miałem z tyłu głowy, że w końcu muszę się z czymś wyjaić. Czymś – oczywiście – spektakularnym! Bo przecież jak już debiutować, to strzałem w ryj albo wcale. Tkwiłem więc w blokach startowych, mamiąc się, że jeszcze parę cegieł hermetycznych bełkotów moje zwoje zmielą i wespnę się na taki poziom świadomości, że nie doskoczy nikt. I wtedy spod moich palców spłynie czysty geniusz, który rozsadzi wszystkie kategorie poznawcze i odtąd historia literatury dzielić się już będzie tylko na dwie epoki: przede mną i po mnie. Aż w pewnym momencie, ni stąd, ni zowąd, napadła mnie myśl, że już za późno! Że już nikt nie powie: taki młody, a jaki zdolny! Więc to wszystko bez sensu. I musiało minąć jeszcze trochę czasu, nim zrozumiałem, że za późno będzie już zawsze, zatem co niby stoi na przeszkodzie, żeby właśnie teraz?

Na ile pomogły mi studia, cholera wie. Pisać tam w każdym razie nie uczą, bo kto by niby miał wczytywać się w te wypociny studentów, jak ich tam tylu na roku? Więc raczej się czyta. A w większości przypadków ani nie czyta, ani nie pisze, tylko zalicza. Ustnie. Prace pisemne to rzadkość. Raz oddałem taką pracę ze sklejonymi kartkami i w takimże stanie do mnie powróciła. Oceniona. A przecież pisać można nauczyć się, tylko pisząc. I w dodatku ktoś to musi potem czytać i dawać jakiś feedback. Czytanie oczywiście też jest ważne, ale znam ludzi, którzy przeczytali całe kilometry półek bibliotecznych i nic nie umieją w miarę składnie napisać. Więc niewątpliwie kierunek ten pozwolił mi się zetknąć z istotnymi dla mnie tekstami, z którymi w innych okolicznościach raczej miałbym małe szanse się zetknąć, jednak samego pisania chyba nauczyłem się gdzieś indziej.

B.H: Czy Twoja droga do wydania „Otwieram oczy” była bardzo wyboista, czy poszło jak z płatka? Wielu pisarzy narzeka na trudy związane ze znalezieniem wydawcy.

S.M: Zaczynałem od publikacji opowiadań w periodykach. Najpierw w „Histerii”, potem w „OkoLicy Strachu”. Jeśli ktoś chce zadebiutować książką bez żadnych wcześniejszych publikacji na koncie, to faktycznie może być trudniej. Moja droga nie była więc szczególnie wyboista, ot, kilka sporadycznych wertepów. W sumie był to dość fortunny łańcuch wydarzeń – los krzyżował moje drogi z osobami, które okazały się przychylne i pomocne na kolejnych etapach. Chciałbym je tu wszystkie z wdzięczności wymienić: Maciej Zawadzki, Wojciech Gunia, Sebastian Sokołowski, Krzysztof Biliński, ale nade wszystko Marta Sobiecka.

B.H: W „Otwieram oczy” piszesz o sprawach ciężkiego kalibru, o trudach dochodzenia do prawdy, które niejednokrotnie przyjmują formę walki przeciwko sobie samemu o siebie. Jak się czujesz, pisząc o ludzkich traumach? Czy wchodzenie w buty takiego bohatera nie jest aby bolesnym doświadczeniem?

S.M: Nie potrafiłbym pisać z zaangażowaniem o czymś, co w żaden sposób nie łączy się z moim osobistym doświadczeniem. Ale też nie potrafiłbym pisać o swoim doświadczeniu wprost. Pozostało mi więc literackie zapośredniczenie, które często paradoksalnie pozwala powiedzieć znacznie więcej niż mówienie wprost.

Pisanie o rzeczach bolesnych oczywiście samo w sobie jest bolesne, ale bywa też oczyszczające, czy może raczej porządkujące. A jako takie wiąże się z doznaniem ulgi. Choćby i chwilowej. Niepisanie nie sprawia, że ból znika. Strategie wyparcia w moim przypadku słabo się sprawdzają. Mimo to nie lubię używania w kontekście literatury słowa „autoterapia”, to okropne spłycenie, bo przecież ostatecznie nie o efekt terapeutyczny tutaj chodzi.

B.H: Pytałam już o to prywatnie, ale zapytam oficjalnie: dlaczego trauma? Jest tyle wdzięcznych grozowych tematów jak bluźniercze księgi, macki z marsa i seryjni mordercy. 😉

S.M: Weird fiction w swoim rdzeniu to dla mnie właśnie opowieść o traumie. O doświadczeniu lub następstwach doświadczenia, w wyniku którego porządek symboliczny przestaje się spinać, ciągłość tworzących go tkanek zostaje naruszona. Czasem ta rana długo broczy krwią, prowadząc do wykrwawienia, czasem wdaje się gangrena, a czasem następuje regeneracja , ale w formie blizny, która już zawsze naznacza to miejsce pęknięcia. Tak czy inaczej nie ma powrotu do status quo ante, do pełnej homeostazy. Tak się stało, że temat tego naruszenia ciągłości i jego następstw stał się motywem przewodnim moich literackich poszukiwań. Wierzę, że w gruncie rzeczy to nie autor wybiera temat, tylko temat jego wybiera.

Niespecjalnie interesuje mnie horror w wydaniu czysto ludycznym. To znaczy lubię czasem odmóżdżyć się przy dobrej pulpie, ale nie znalazłbym w sobie motywacji, by coś podobnego produkować. Wejście w grozę „od konsolety” nabrało dla mnie sensu dopiero wtedy, gdy zrozumiałem, że może to być konwencja, która pozwoli mi mówić o rzeczach poważnych i dla mnie szczególnie istotnych w sposób – paradoksalnie – niekonwencjonalny.

B.H: Szymonie, czym się zajmujesz, gdy nie traumatyzujesz akurat czytelników?

S.M: Gdy nie piszę, wreszcie mam czas na czytanie. Ale oczywiście poza prozą literacką istnieje jeszcze proza codzienności. Na życie zarabiam, pracując w instytucji kultury na stanowisku łączącym zadania redakcyjne z promocyjnymi. Po godzinach lubię powłóczyć się po dziwnych miejscach, pobawić aparatem i Photoshopem. Kiedyś lista moich pozazawodowych aktywności była dłuższa, jednak literatura to dość zaborcze hobby.

B.H: Czy masz jakiś swój osobisty przepis na horror? Co musi mieć Twoje opowiadanie, byś uznał je za wystarczająco dobre, by podzielić się nim ze światem?

S. M: Przede wszystkim, aby w ogóle móc zasiąść przed pustym arkuszem, musiałem najpierw obmyślić sobie własną filozofię pisania w ogóle, tj. zupełnie na świeżo odpowiedzieć sobie na pytania: o czym właściwie chcę pisać, jak i po co? Czym to pisanie ma dla mnie być? Dopiero to mnie trochę odkorkowało. Kwestia gatunku/konwencji była tutaj wtórna. Dopóki moją optykę dominowało podejście ambicjonalne, związane z wewnętrznym przymusem udowadniania czegoś innym lub sobie, dopóty pozostawałem zablokowany, bezradny wobec demona prokrastynacji. Lata mi zajęło dojście do prostej konstatacji, że w pisaniu chodzi przede wszystkim o proces, nie o efekt. Że nawet jeśli ostateczny rezultat nie będzie spektakularny, nie unieważnia to pracy włożonej w proces twórczy, ona nie idzie na marne. Bo w gruncie rzeczy to autoeksploracja jest najważniejsza, dzieło jest tylko jej efektem ubocznym. Nic tak nie pęta rąk jak bycie niewolnikiem efektu. Chodzi więc o to, żeby chcieć robić, a nie zrobić. Jeśli chcesz robić, to zrobisz. Jeśli chcesz zrobić, to nawet nie zaczniesz robić. Przynajmniej w moim przypadku tak to działało.

Co do horroru, to na mnie działają tylko takie narracje, w których autor nie stawia sobie za cel nastraszyć czytelnika, a jedynie dzieli się z nim swoim własnym strachem. Horrory rzemieślnicze nie działają na mnie w ogóle. Gdy wyczuwam, że dany pisarz chce za wszelką cenę osiągnąć określony efekt i tylko dobiera do tego odpowiednie w swoim mniemaniu narzędzia, od razu dostrzegam szwy tej kreacjo-manipulacji i choćbym nawet chciał, nie potrafię dać się na to nabrać. Tak jest na przykład w przypadku książek Grahama Mastertona. Mam do nich pewien sentyment, bo wychowałem się na „czarnych amberkach”, ale nawet jako dwunastolatek nie łapałem się tak naprawdę na stosowane tam chwyty. Zgoła inne podejście do tematu mieli tacy autorzy jak H.P. Lovecraft, Thomas Ligotti czy choćby Stephen King w swych najwyższych horrorystycznych wzlotach jak „To”, „Lśnienie” czy „Smętarz dla zwierzaków”. Tam nie ma manipulacji i kalkulacji, jest autentyczna praca z własnym lękiem, z własnymi mrocznymi obsesjami i premonicjami, próba dobrania się do nich, uchwycenia ich za pomocą różnych par szczypczyków w postaci hipostaz, metafor, hiperbol, animizacji etc. I wtedy to działa! Gdy mam poczucie, że jakąś postać mojego lęku udało mi się wydobyć z cienia, oblec w formę i wystawić na światło dzienne, wówczas wiem, że powstał tekst, którym chcę się podzielić.

B.H: Twoje opowiadania szalenie mi się spodobały i jestem ciekawa, jak poradziłbyś sobie w dłuższej formie. A może już sobie poradziłeś i masz za sobą jakieś nieopublikowane powieściowe doświadczenie?

S.M: Dziękuję. Nie napisałem dotąd powieści i póki co na to się nie zanosi. Formę długiego opowiadania uważam za optymalną dla siebie i zarazem najbardziej adekwatną do konwencji grozy. Taka narracja powinna być możliwa do wchłonięcia podczas jednego dłuższego posiedzenia, tak aby nie rozpraszać gęstniejącej atmosfery. A jednocześnie powinna być na tyle długa, by zdążyć zbudować napięcie i wciągnąć czytelnika w tryby intrygi. Przerywanie lektury, zakładanie, odkładanie i powracanie po jakimś czasie osłabia moc oddziaływania takiej literatury. Poza tym powieści, zwłaszcza opasłe, zwykle w moim mniemaniu pełne są partii, które w większości przypadków spokojnie można by potraktować brzytwą Ockhama z korzyścią dla dynamiki fabuły.

Zdaję sobie sprawę, że część osób wykazuje niezrozumiałą dla mnie aprioryczną awersję do opowiadań, czemu przy każdej okazji daje wyraz. Nie zamierzam wychodzić naprzeciw oczekiwaniom tej grupy. Wolę raczej próbować przyczynić się do rozprawy z takimi uprzedzeniami. Tu musi dokonać się zmiana świadomości, bo opowiadania to crème de la crème literatury grozy i w związku ze swoistym renesansem tej konwencji w Polsce wypada, by wszyscy zaczęli to rozumieć. Nie zarzekam się, że nigdy nie napiszę powieści. Napiszę, jeśli poczuję, że taki format jest adekwatny i niezbędny do wyrażenia tego, co akurat chcę wyrazić. Na razie jednak nie mam tego w planach.

B.H: Co czyta Szymon? Masz swoich ulubionych autorów?

S.M: Nie mam ulubionych autorów. Na różnych etapach życia fascynowały mnie różne rzeczy w zupełnie różny sposób i wolałbym tego nie hierarchizować. Może tylko opowiadania Brunona Schulza mógłbym wskazać jako coś w rodzaju mojego ponadczasowego literackiego absolutu. Swego czasu ważny i formacyjny był też dla mnie Gombrowicz. Przeżywałem także głębsze fascynacje utworami Franza Kafki, L.F. Celine’a, Thomasa Bernharda, Jerzego Krzysztonia, Michela Houellebecqa czy Flannery O’Connor – by wymienić tylko kilkoro. Jeśli chodzi o grozę, to oczywiście bliski sercu od dawien dawna pozostaje H.P. Lovecraft. Choć w wielu tekstach bardziej mnie rozczula, niż przeraża, to jednak wciąż wyczuwam w jego tekstach tę inspirującą chemię i głębię. Thomas Ligotti to moja dużo późniejsza fascynacja, ale już ugruntowana. Z rodzimego podwórka do tej pory najbardziej przemówiły do mnie teksty Wojciecha Guni i Pawła Matei, ale wciąż punktowo sprawdzam, co w polskiej grozie piszczy i jeszcze wiele przede mną Zwłaszcza, że piszczenie od kilku lat z roku na rok się nasila.

Muszę się przyznać jednak, że od pewnego czasu najczęściej sięgam po non-fiction. I to z tego obszaru chyba wywodzą się najstraszniejsze książki, jakie czytałem. Palmę pierwszeństwa dzierży „Czarnobylska modlitwa” Swietłany Aleksiejewicz – reportaż będący jednocześnie antropologiczno-metafizyczną opowieścią o totalnym rozpadzie rzeczywistości. A z rzeczy, które czytałem ostatnio i ostro poorały mi psyche, na pewno wymieniłbym książkę „Szatan w naszym domu. Kulisy śledztwa w sprawie przemocy rytualnej” Lawrence’a Wrighta.

B.H: Pracujesz aktualnie nad nowymi tekstami, które będziemy mieli okazję przeczytać w najbliższym czasie?

S.M: Mam kilka tekstów pozaczynanych, coś tam rozgrzebanego już w bardziej zaawansowanym stadium, a także parę rzeczy wymyślonych w generaliach, ale niezapisanych. Może coś jeszcze z tego będzie. W najbliższym czasie jednak chciałbym, aby czytany był mój debiut.

Szymonowi bardzo dziękuję za udzielenie wywiadu, a Was zapraszam do zakupu książki TU

oraz odwiedzenia profili autora na facebooku oraz instagramie

Moją recenzję debiutu Szymona „Otwieram oczy” znajdziecie TU. Książka jest objęta patronatem Biblii Horroru

Zabij albo zgiń

Battle Royale – Koushun Takami

Czterdzieścioro uczniów klasy 3b Miejskiego Gimnazjum w Shiroiwie zostaje porwana w czasie szkolnej wycieczki i przetransportowana na wyspę Okishima by wziąć udział w walce na śmierć i życie. Walka ta ma się rozegrać w ramach realizacji Programu 68 wdrożonego przez autorytarne władze Republiki Wielkiej Azji Wschodniej. Na miejscu nastoletni chłopcy i dziewczęta zabezpieczeni przez grożące wybuchem obroże i losowo przydzielone narzędzia zbrodni mają dokonywać wzajemnej eliminacji, aż przy życiu zostanie tylko jeden uczeń, zwycięzca Programu 68.

Do tej pory powieść japońskiego dziennikarza Takami znałam jedynie ze słyszenia, a usłyszałam o niej za sprawą średnio udanej ekranizacji. Opasły tom, który trafił w ręce czytelników w roku 1999 to historia silnie zaangażowana politycznie i będąca krytyką rządów autorytarnych, w których człowiek jest tylko przedmiotem, najczęściej przedmiotem nacisku i opresji mającym wykonywać polecenia bez mrugnięcia okiem. Polecenia najokrutniejsze i niczym nie uzasadnione. Może to przeoczyłam, może nie wychwyciłam w tym całym krwawym zamieszaniu, ale fabuła nie oferuje żadnego uzasadnienia dla istnienia Programu 68. Znając charakter owej władzy możemy się go domyślać, ale nie pada ono wprost, co jeszcze silniej podkreśla totalitaryzm ustroju: wykonuj i nie pytaj.

Autor odwołując się do źródła inspiracji wskazuje na postać Kinpachi Sensei, bohatera filmu, który miał okazję widzieć w TV. Bohater ten będący nauczycielem miał swoim uczniom oświadczyć, że mają się nawzajem pozabijać. Innym źródłem inspiracji miał być „Wielki Marsz” Stephena Kinga. Natomiast tytuł powieści odwołuje się do nazwy dyscypliny sportowej gdzie jedna osoba ma za zadanie pokonać wręcz kilka innych stosując chwyty wrestligowe.

Upolitycznienie fabuły oburzyło władze Japonii, zwłaszcza, że wielu czytelników dopatrzyło się w niej odwołań do krwawych starć japońskich obywateli z policją. Do popularności książki znacznie przyczyniły się podejrzenia o plagiat jakiego miała dokonać Suzanne Colins w swoich „Igrzyskach śmierci”. Suzanne się wypiera, Takami się nie gniewa więc na tym poprzestańmy.

Poza silnym mianownikiem politycznym w powieści bardzo rzuca się w oczy jej wymiar socjologiczny. Mamy 42 uczniów, więc można to uznać za jakąś małą próbkę społeczeństwa, gdzie wiadomo, znajdą się tacy, którzy w krwawej walce będą się czuli jak ryba w widzie, tacy, którzy będą liczyć na to, że uda im się schować i przeczekać, tacy chcący budować koalicje i ci wyznający zasadę nie ufaj nikomu. Część bohaterów będzie chciała się zbuntować uznając dyplom od samego Wodza jako niewystarczającą zachętę do odjebania kolegi ze szkolnej ławki i tacy, którzy nie widzą problemu z podporządkowaniem się: jak trzeba to trzeba.

Mamy tu w zasadzie bohatera zbiorowego, bo niewielu znalazło się takich, którym mamy okazję przyjrzeć się uważniej. W walce na śmierć i życie nie zabraknie typowo nastoletnich dramatów, co może wydawać się śmieszne i nie na miejscu, nie zmienia to jednak faktu, że zachowanie młodzieży jest tu przedstawione w sposób jak najbardziej prawdopodobny.

Jest krew. Jest dużo krwi i scen ocierających się o estetykę gore. Jednak ze względu na wyjątkowy urodzaj postaci nie zabawiamy przy jednym trupie zbyt długo. Wartkie tempo akcji z pewności sprzyja sprawnej lekturze, ale nie jest to do końca mój klimat. „Battle Royal” uważam więc za ciekawe doświadczenie, z pewnością jest to coś innego niż to co zwykłam czytać, więc jeśli i Was ciekawi ten pomysł, zapraszam do czytania.

Moja ocena: 6/10

Dziękuję wydawnictwu Vesper