Archiwum autora: ilsa333

Zapytaj Stephena

Jak pisać. Pamiętnik Rzemieślnika – Stephen King

Pisanie jest jedną z form dzielenia się ze światem swoimi myślami. Wskazana szczególnie dla introwertyków, którzy nie są wstanie ogłosić face to face co sądzą na dany temat. Ma walory terapeutyczne, bo daje możliwość wyrzucenia z siebie nadbagażu emocji. Zaś tworzenie fikcji literackiej to budowanie nowej rzeczywistości, upust dla kreatywności i zaspokojenie potrzeby stworzenia czegoś. Pisać każdy może, (trochę lepiej, lub trochę gorzej). W myśl zasady „gdy nie potrafisz to się nie pchaj na afisz” wielu aspirujących autorów ukrywa swoje dzieła przed światem. Czasami słusznie, czasami nie.

Stephen King nigdy nie należał do grupy ukrywających się bo już w wieku lat nastu nie tylko spisał pierwsze historie- nieświadomie plagiatując Poego, ale i stworzył własne mikro wydawnictwo i zajął się dystrybucją. Ktoś by pomyślał, że osoba z takim samozaparcie jest skazana na sukces, ale wiele wody upłynęło w zatoce Main zanim Stephen stał się pisarzem przez duże P. O tym jak zaczynał, czego nauczyły go lata uprawiania literackiego rzemiosła pisze w swojej książce „Jak pisać”.

Pierwsza połowa książki to w gruncie rzeczy biografia, ale nie dajcie się zwieść na manowce gawędziarstwu Stephena. W każdej z przytoczonych historii przemyca on bowiem wskazówki. Jego zamiarem mogło być też wzbudzenie w czytającym ducha wspólnoty – tak, ja też miałem różnorakie przejścia na drodze do sukcesu. Jakikolwiek był jego zamiar, grunt, że z tej partii książki można sporo wywnioskować. Chociażby to, że każda mała klęska czegoś nas uczy. Moja refleksja jest taka, że Stephen gorąco wierzył, że zostanie pisarzem. Wierzył tak mocno, że świat literacki nie miał inne wyjścia jak tylko uwierzyć w to samo.

Druga partia książki to już stricte poradnik z masą drobnych, ale wyjątkowo celnych obserwacji. Dlaczego tryb bierny zabija dynamikę historii? Jak budować dialogi i dlaczego Lovecraft tego nie potrafił? Czym jest pisarska uczciwość i czym opowiedzenie różni się od pokazania? Co zrobić gdy historia zaczyna nam się wymykać i co zrobić gdy już skończymy pisać? Ta część jest zdecydowanie bardziej merytoryczna wprost, bardziej skupia się na warsztatowych konkretach i muszę Wam powiedzieć, że czytając wykład Stephena potakiwałam mu gorąco – masz chłopie racje. Ano, ma dlatego jest Stephenem Kingiem, którego książki czytają miliony. Myślę, że warto zerknąć co ma w temacie do powiedzenia;) Książka niestety baaardzo króciutka.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

Nieświęte miejsce

The Unholy/ Sanktuarium (2021)

Niegdyś rozchwytywany, dziś okryty niesławą oszusta, dziennikarz Gerry Fenn przybywa do małego miasteczka w Massachusetts by opisać 'tajemnicza sprawę' okaleczenia krowy na pastwisku. Czujecie ten suspens? Garry też go nie poczuł, ale z pomocą przyszła mu znaleziona na tym samym pastwisku upiorna laleczka. Sprytny dziennikarz niesiony nieskrywaną desperacją postanawia wykorzystać znalezisko by w połączeniu z okaleczoną krową usnuć na tym historię z paranormalnym wątkiem. Bezpardonowo niszczy lalkę i porzuca. Wkrótce pod osłoną nocy spotyka na drodze dziwną młodą kobietę. Alice, bo tak ma na imię, zmierza do miejsca gdzie niefrasobliwie porzucił zniszczoną lalkę. Garry odstawia Alice w bezpieczne miejsce, gdzie dowiaduje się, że ta oto głuchoniema dziewczyna znajduje się pod opieką miejscowego księdza. Z tym, że Alice do niego przemówiła. Cudowne ozdrowienie dziewczyny jest dopiero początkiem cudów w Banfield. Cudów dokonanych za sprawą domniemanego maryjnego objawienia na środku pastwiska.

„Sanktuarium” reżyserski debiut Evana Spiliotopoulosa, którego pod skrzydła wziął Sam Remi to filmowa adaptacja powieści Jamesa Herberta w Polsce znanej pod tytułem „Święte miejsce”. Reżyser przyznaje, że od zawsze jego marzeniem było sfilmowanie właśnie tej powieści i gdy w końcu to pragnienie udało mu się spełnić postawił na atmosferę niełatwej do rozwikłania paranormalnej tajemnicy.

Serio?

Niestety, ale produkcja Spiliotopoulosa (ach te greckie nazwiska) ma tyle z tajemnicy co historia rannej krowy na pastwisku. Już z filmowego wstępu możemy wywnioskować czym tak naprawdę są owe święte objawienia i co jest ich źródłem. Ten prolog, wizualnie z resztą jest wyjątkowo udany, więc nie dziwię się, że umieszczono go w filmie. Problem w tym, że ON WSZYSTKO WYJAŚNIA. Te kropki leżą od siebie zbyt blisko by można było ich nie połączyć. Gdyby go sobie darowano jest szansa, nikła bo nikła, ale jednak jest, że część widzów dałaby się nabrać, a tak pozostaje tylko patrzeć i czekać aż maryjny ołtarzyk pierdolnie.

Fabuła filmu w rzeczywistości stanowi bardzo prostolinijną historię o tym jak nadnaturalne wydarzenia noszące znamiona cudów mogą mieszać ludziom w głowach. Bardzo podobał mi się fragment, w którym jeden ze statystów- mieszkaniec Banfield w panice pakuje rodzinę i ucieka z tego cudownego miejsca, do którego zaczynają ściągać wierni. Padają wtedy słowa, że miejsce Boga jest tam na górze, kiedy zaczyna pojawiać się na ziemi zwykle są z tego kłopoty. Facet ma oczywiście rację:)

Tymczasem całe miasto z Garrym na czele szykuje się do przekształcenia małego rolniczego miasteczka w sanktuarium maryjne gdzie niegdyś głuchoniema osiemnastolatka będzie dokonywać cudów uzdrowień. Alice słyszy głos Maryi Panny, a kramik z cudami działa prężnie. Tylko hierarchowie kościoła są jacyś dziwnie sceptyczni. I bynajmniej nie chodzi im o to, że tacy boży wybrańcy jak Alice zwykle źle kończą – tu pojawia się przekrój niewesołych biografii stygmatyków i innych którzy doświadczyli intensywnego obcowania ze świętością. Księża coś wiedzą.

W końcu wszytko wychodzi na jaw rzec można oficjalnie. I tu Moi Drodzy mamy to czego w żadnym szanującym się horrorze zabraknąć nie może. Efekty, dużo efektów, bardzo specjalnych efektów specjalnych. Może plastiku jak na plaży w Afryce. I o ile w początkowej partii filmu miałam do czynienia z dużo ilością banału, w którym można było odnaleźć coś na czym da się zawiesić oko to teraz chciałam tylko schować się w szafie.

 

Ale aktorstwo było niezłe. Szczególnie odtwórca roli dziennikarza. Alice też wypada nie najgorzej. Ale proszę Was, tą historię naprawdę można było nakręcić lepiej.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła: 6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa: 6

Zaskoczenie:3

Walory techniczne: 5

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś: 6

50/100

W skali brutalności: 1/10

Pali się

Strażak – Joe Hill

Draco incendia trichophyton, inaczej smocza łuska to choroba zakaźna, która zaczyna się od zmian skórnych, a kończy samozapłonem. Dotknięta nią zostaje między innymi Harper Grayson pracująca jako pielęgniarka. Harper podobnie jak dziesiątki innych zakażonych staje się obiektem wykluczenia, nawet przez własnego męża, nawet pomimo ciąży. Osoby zakażone smoczą łuską z powodu zagrożenia samozapłonem są tropione i eliminowane przez tak zwane Szwadrony Kremacyjne, których celem jest zapobieganie szerzeniu się epidemii i zapobieganiem pożarom będących bezpośrednią konsekwencją zachorowań. Wtedy w życiu Harper pojawia się tytułowy Strażak, tajemniczy mężczyzna, który nie tylko potrafi zapanować nad właściwościami choroby, a wręcz je wykorzystać.

Bardzo długo wzbraniałam się przed twórczością Joe Hill’a. To co mogło przyciągnąć jego potencjalnych fanów, czyli bliskie pokrewieństwo z Mistrzem Grozy, Stephenem Kingiem, na mnie działało odstręczająco. Mimo, że Joe nie pisze pod nazwiskiem ojca, to nie da się ukryć, że zarówno wydawcy jak i czytelnicy w lwiej części zdawali sobie sprawę z tego z kim mają do czynienia. Trudno było mi uwierzyć, że za jego popularnością faktycznie stoi talent, a nie nepotyzm, zwłaszcza, że w przeszłości miałam okazję czytać powieść autorstwa drugiego z synów Kinga, starszego, Owena. Nie muszę chyba dodawać, że nieszczególnie zachwyciła mnie jego twórczość. To co co mnie ostatecznie przekonało do zmiany postawy to jedno opowiadanie, „W wysokiej trawie” napisane przez Hilla do spółki z ojcem. Zrobiło na mnie na tyle duże wrażenie, że postanowiłam przyjrzeć się jego samodzielnej pracy.

Na pierwszy ogień poszedł „Strażak”, bodajże czwarta publikacja Hilla. Nie wiem, czy wybrałam dobrze, bo okazało się, że osiemset stronicowy „Strażak” to pokłosie „Bastionu” Kinga. Autor zresztą wcale nie wypiera się inspiracji dziełem ojca. Nie mogłam przestać porównywać obydwu powieści.

Podobnie jak „Bastion” jest to powieść bardzo uniwersalna z marketingowego punktu widzenia. Nie celuje w zamknięta grupę odbiorców, dbając by każdy czytelnik znalazł w niej coś dla siebie. Duża w tym zasługa szerokiego przekroju charakterów naszych bohaterów i użycia dość uniwersalnych miłych konwencji jak ta na bazie, której zbudowana została postać Harper. Początkowo kobieta jawi nam się jako archetypowa szara myszka. Powiecie taka Bella Anastazja uzależniona od chłopa i pewnie będziecie mieć rację, ale taka postać kobieca to wynalazek jeszcze z czasów powieści gotyckiej i sam du Maurier w podobny sposób prezentuje narratorkę „Rebeki. Jest to tym bohaterki stworzony by drażnić i irytować co bardziej pewne siebie czytelniczki oraz by łechtać samoocenę tych z niższym poczuciem własnej wartości z chwilą, gdy nasza szara myszka przechodzi do ofensywy i staje się frontmenką historii. Tak też się finalnie dzieje w przypadku Harper. W momencie, gdy kobieta trafia do osady dla chorych-ocalałych Wydham porzuca mężowskie nazwisko i staje na własnych nogach zaczyna jawić się jako ostoja ludzkich wartości w świecie zdominowanym przez okrucieństwo. Tak klasyczna, ale sympatyczna ewolucja postaci. Rutynowa bym rzekła i skrojona na miarę.

Wymowa powieści mimo całej postkapitalistycznej otoczki wydaje mi się jednak mniej dołująca niż w przypadku „Bastionu”. Nie wiem z czego to wynika, po prostu tak to odczułam. Chyba potraktowałam tę apokalipsę mniej serio. 

Wracając jeszcze do stworzonych przez Hilla postaci, bo nie trudno się domyślić, że na ośmiuset stronach zmieści się wielu bohaterów to na szczególna uwagę zasługuje pan kaznodzieja, duchowy przywódca wygłaszający płomienne i trzeba przyznać przekonujące mowy. Nietrudno się domyślić że jest on czarnym charakterem i to skonstruowanym w bardzo przemyślany sposób. Hill z resztą pisał tą powieść cztery lata, więc miał czas na rozmyślania. A wyobraźnie ma, trzeba przyznać przebogatą.Potrafi też z wprawą czerpać z innych dzieł, choć nie wiem, czy w pewnym momencie monumentalne aspiracje go nie przerosły. Niektóre bardziej fantazyjne elementy fabuły trąciły zbyt dużym pierwiastkiem baśniowości, ale w ogólnym rozrachunku całość tworzy spójny świat przedstawiony, trochę dziecinny jak na szerszy kontekst dziejowy do którego bije, ale mogący się podobać.

Na sam koniec pochwalę też styl autora i tu mamy zasadniczą różnicę między juniorem, a seniorem. Joe pisze inaczej, już same zdania są krótsze. Nie bawi się też tak rozrośnięte gawędziarstwo, jest dużo bardziej konkretny. Podsumowując, jeśli wyzbędę się maniery uporczywego porównywania Hilla z Kingiem to jest szansa, że się polubimy.

Moja ocena: 5+/10

Dziękuję wydawnictwu Albatros

Pod urokiem

Spell/ Urok (2020)

Marquis wynajmuje samolot by wraz ze swoimi bliskimi wybrać się w głąb Appalachów, gdzie dorastał u boku zabobonnego ojca. Niestety nie jest im dane bezpiecznie dotrzeć na miejsce, bo samolot rozbija się. Sam mężczyzna budzi się w chacie niejakiej Eloise, dziwnej staruszki, która zamierza wyleczyć jego powypadkowe rany dzięki czarom. Marquis szybko orientuje się, że intencje kobiety i jej dziwnych pobratymców są równie czarne jak magia, którą się parają.

„Urok”  to thriller bardzo płodnego twórcy seriali wszelakiej maści realizowanych na potrzeby telewizji i platform streemingowych. Widziałam tylko jeden z jego pełnometrażowych filmów i nie wzbudził on we mnie ciepłych uczuć. Mam tu na myśli bardzo zachowawczy horrorek „Dom na końcu ulicy”. Jego najnowsze dzieło to jednak film dużo odważniejszy, co zdecydowanie odnotowuję na plus.

Fabuła „Uroku” to takie połączenie „Klucza do koszmaru, czy też jakiegokolwiek tworu skupionego na temacie HooDoo z … „Misery„. Oczywiście nasz bohater nie jest poczytnym autorem babskich powieścideł, a Eloise nie ma w sobie grama uroku Annie Wilkes, ale widząc scenę w której Marquis leży rozkrzyżowany na łóżku, unieruchomiony i poddawany rzekomo leczniczym zabiegom skojarzenie z fabułą „Misery” wydaje się nieuniknione. Nie wiem czy twórca uczynił ten zabieg z pełną świadomością, czy to raczej przypadek, ale jeśli chodzi o mnie to wzięłam to za dobrą monetę.

I w ogólnym rozrachunku film mi się podobał. Nie mogę rzec by znalazła się pod urokiem „Uroku”, ale na bezrybiu i rak ryba, a mnie w ostatnim czasie bardzo trudno wciągnąć się w jakikolwiek seans i dotrwać z przynajmniej umiarkowaną uwagą do końca. „Spell” oferuje uciechy typowe dla gatunku grozy. Klimat odosobnionej osady, której mieszkańcy prowadzają się pod rękę z diabłami i znikąd wypatrywać pomocy dla innowiercy.

Sporo tu scen jednoznacznie nastawionych na popłoch i sianie niepokoju. Wszystkie utkane na miarę i zrobione w dużą wprawą. Scenę wyciągania i powtórnego wbijania gwoździa zapamiętam na długo. Akcja jest bardziej wartka aniżeli nastawiona na powolne tkanie atmosfery toteż przysnąć ciężko. Wszystko zmierza do niewesołego końca, a śledzenie losów naszej ofiary ma pewną wartość rozrywkową. Hitu tu nie widzę, ale kitu też nie. Można brać.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 6

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:4

Zabawa: 6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś: 6

55/100

W skali brutalności: 2/10

W mojej głowie mieszka duch

Głowa pełna duchów – Paul Tremblay

Czteroosobowa rodzina Barretów wiedzie spokojne życie w domu na przedmieściach. Niestety ich egzystencja nie jest wolna od problemów, problemów, które wkrótce całkowicie zburzą spokój rodziny. Zaczyna się od kryzysu ekonomicznego, którego powodem jest utrata pracy przez Pana Barreta. Zaraz po tym nastoletnia córka małżonków zaczyna przejawiać objawy choroby psychicznej toteż trafia pod opiekę psychiatry. Leczenie nie przynosi efektów, jest wręcz coraz gorzej.

Pan Barret jako osoba, która w chwili słabości na nowo odkryła swoją duchowość zwraca się o pomoc do przedstawicieli kościoła. To wówczas po raz pierwszy pojawia się sugestia, że czternastoletnia Marjore jest opętana. Zmagania rodziny wspieranej przez księdza zwracają uwagę telewizji, która składa Berretom propozycję nie do odrzucenia

Od czasu lektury „Chaty na krańcu świata” wiedziałam, że muszę sięgnąć po najgłośniejszą powieść autora, a tak się składa, że jest nią właśnie „Głowa pełna duchów” niedawno wznowiona przez wydawnictwo Papierowy Księżyc.

Z uwagi na to, że wiedziałam już czego mniej więcej spodziewać się po Paulu nie byłam zaskoczona przewrotną formą tej w gruncie rzeczy bardzo prostej opowieści o opętanej nastolatce. Prostej jeśli zostałby opowiedziana wprost. Tak się jednak nie stało.

Narracja jest tu sprawą dość złożoną. Wszystko zaczyna się od wywiadu jaki dziennikarka Rachel przeprowadza z Merry Barret w piętnaście lat od emisji paradokumentalnego reality show „Opętanie”. Wspomnienia Merry mieszają się z artykułami na blogu „Ostatnia dziewczyna”, gdzie sprawa zostaje poddana można rzec analizie popkulturowej. Można to nazwać recenzją reality show „Opętanie”.

Marry miała wówczas osiem lat i to z punktu widzenia ośmioletniej dziewczynki poznajemy historię tego co wydarzyło się w jej domu. Nasza bohaterka gubi się we wspomnieniach, a jej dziecięce doświadczenia w związku z tym co spotkało jej starszą siostrę mieszają się z tym jak przedstawiły to media. Merry ma też tajemnicę i owa tajemnica stanowi wisienkę na torcie tej historii. Myślę, że to swego rodzaju ukłon w stronę twórczości Shirley Jackson. Jeśli zdecydujecie się na lekturę „Głowy pełnej duchów” będziecie wiedzieć jaką książkę mam na myśli.

Paul Tremblay zadbał więc nie tylko o to by opowiedzieć nam historie domniemanego opętania, ale też o osadzenie jej w bardzo konkretnym kontekście kulturowym, społecznym a nawet ekonomicznym. Przedstawił sprawę Marjore w taki sposób, że nie możemy być pewni niczego. Nawet jeśli zdecydujemy się odrzucić paranormalny filtr i postawić na starą dobrą chorobę psychiczną, to czy możemy być pewni, że to Marjore była chora? Nie liczcie, że autor da Wam jasną odpowiedź na któreś z pytań. Sami musicie stwierdzić w co wierzycie.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc