Archiwum autora: ilsa333

Dom pustki

The Night House/ Dom Nocy (2020)

Nauczycielka Beth przeżywa żałobę po śmierci swojego męża Owena. We wspólnie wybudowanym, cichym domu nad jeziorem walczy z poczuciem winy, które każe jej myśleć że mogła zrobić coś by uniknąć tragedii. Pogrążając się w pustce i osamotnieniu zaczyna słyszeć i widzieć rzeczy, które przeczą rozsądkowi. Beth nabiera przekonania, że w jakiś sposób mąż wciąż jest z nią.

„Dom Nocy” film w reżyserii Davida Brucknera na podstawie pomysłu Luka Piotrowskiego i Bena Collinsa, gatunkowo mieści się w ramach horroru paranormalnego jak i psychologicznego. Z jednej strony mamy drogę prostej interpretacji wskazującej na traumę żałoby, z drugiej teorię, która tak śmierć Owena jak i wydarzenia następujące po niej stawia w innym, zupełnie nie przyziemnym świetle. Oczywiście nie mogę Wam zdradzić na czym polega cały zamysł, ale wierzę, że wizja twórców trafi do Was podobnie jak udało jej się trafić do mnie.

Spokojnie można tą produkcję traktować jako film nowej fali horroru. Klimatyczny, nienachalny w straszeniu, nie przeładowany efektami. Duży nacisk położono na warstwę dramatyczną i dokładne przyjrzenie się postaci głównej bohaterki. Metafizyczne rozważania o istocie śmierci, symbolika bijąca od elementów świata przedstawionego, to wszystko sprawia, że historia w jakiś sposób uwodzi i hipnotyzuje.

Ale fani horroru nie muszą się obawiać, że będzie wiało nudą. Nic z tych rzeczy. Jak wspomniałam obraz jest nienachalny w straszeniu, ale nie znaczy to, że w ogóle tego nie robi. Większość scen, które możemy interpretować jako nadnaturalne emanacje, lub halucynacje głównej bohaterki to sceny wyjątkowo trafione. Weźmy telefoniczną rozmowę ze zmarłym, widok kobiety, która rzuca się w otchłań na oczach Beth, to wszystko robi elektryzujące wrażenie nawet na starym horrorowym wyjadaczu.

Wszystko się tu zgadza, wszystko gra. Dobre aktorstwo, zabiegi operatorskie, muzyka, pomysł i sposób prowadzenia fabuły. Dla mnie świetna rzecz, budząca dużo emocji. Oglądajcie.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła: 8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

73/100

W skali brutalności:1/10

Przeszłość nigdy nie umiera

Antebellum (2020)

Przejęta przez żołnierzy Konfederacji plantacja bawełny jest miejscem kaźni dla grupy czarnoskórych niewolników. Eden, jedna niewolnic zmuszona do życia pod jednym dachem z białym oprawcą już dawno pogodziła się ze swoim losem. Gwałcona, bita i zmuszana do ciężkiej pracy nie próbuje się buntować do chwili gdy na plantacji pojawia się inna, młoda czarnoskóra kobieta. Sposób w jaki zostaje potraktowana przez Konfederatów wzbudza brutalny sprzeciw tak w Eden jak i w innych niewolnikach.

O „Antebellum” miałam pisać już dawno, oglądać go miałam jeszcze wcześniej. Nie wiem, czym wyjaśnić ową zwłokę, ale w końcu, w czasie wielkiego horrorowego głodu – musicie przyznać, że ostatnio nie bardzo jest n czym zawiesić oko – przeszedł na niego czas.

Gatunkowo przystaje nie tyle do klasycznego kina grozy rozumianego jako horror co do thrillera ze zwodniczym wątkiem psychologicznym i poważną warstwą dramatyczną. Warstwa ta ma odzwierciedlenie w ideologii rasowej równości, która przebija z tego obrazu.

Obserwujemy tu bolączki czarnoskórych niewolników, głównie kobiet wykorzystywanych przez rasę białych panów na wszelkie możliwe sposoby w czasie konfliktu północy Stanów z południem. Stacjonujący na plantacji bawełny żołnierze znajdują uciechę w biciu, gwałtach i wszelkiej formie wymuszania posłuszeństwa. Eden po jednym z 'uroczych’ wieczorów spędzonych w łóżku swojego oprawcy zasypia i budzi się w innej rzeczywistości. Oto jest XXI wiek, a ona jest Veronicą, silną, wykształconą i samodzielną kobietą. Ma kochającego męża i wspaniałe dziecko. Ale i w tym świecie musi mierzyć się z nierównościami, lekceważona w biznesie, traktowana z góry w knajpie.

Gdy ponownie wraca wraca do rzeczywistości czasów niewolnictwa  podejmuje próbę wyzwolenia. a gdy jej się to udaje… SPOILER… widzimy jak opuszcza park rekonstrukcyjny wojny konfederackiej!! Szok. Okazuje się, że rzeczywistość w której była Veronicą wcale nie była snem. Zawsze nią była, ale za sprawą grupy białych, któzy postanowili odtworzyć czasy swojego bezwarunkowego panowania trafiła do misternie skonstruowanego piekła. KONIEC SPOILERA.

Finał tej historii bez mała mnie zaskoczył i pokazał, że przekaz ideologiczny w filmie nie musi być moralizatorską sztampą. Cytat Faulknera, który pojawia się we wstępie obrazu stał się całkowicie zrozumiały: „Przeszłość nigdy nie umiera. Właściwie nawet nie jest przeszłością”.

„Antebellum”, oczywiście polecam gorąco.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność: 8

To coś:7

70/100

W skali brutalności: 2/10

Duchy i zabawki

Dziecięcy kram – Daniel Radziejewski

Klara Silva jest młodą, samotną matką małego Wiktora. Tułając się po ulicach Sao Paulo pada ofiarą napaści w szemranej dzielnicy. Wtedy z pomocą przychodzi jej Alonso Bastos, niemłody już przedsiębiorca prowadzący w dzielnicy Villa Aurora swój sklep, „Dziecięcy kram”. Daje kobiecie schronienie i pracę, jednak Klara nie potrafi być mu wdzięczna. Zarówno ona jak i jej mały synek wyczuwają w swoim nowym miejscu zamieszkania coś złego. Klara od dzieciństwa widuje duchy, jej synek najwyraźniej odziedziczył po niej tę … przypadłość, a w Villi Aurora zdaje się aż roić od dusz nie mogących zaznać spokoju.

Bardzo lubię powieści osadzone w Ameryce Południowej, szczególnie jeśli są pisane przez autorów stamtąd pochodzących. Posiadają wtedy specyficzną magię, wynikającą z umiłowania świata duchowego. Wszak hiszpański jest językiem duchów. Tak przynajmniej słyszałam. Daniel Radziejewski w Brazylii spędził wystarczająco dużo czasu, by doświadczyć inspiracji płynącej z tego pobytu. Osadził akcję swojej powieści w Sao Paulo wśród Brazylijczyków.

To tu poznajemy Klarę Silve, której nie trudno współczuć. Osierocona przez matkę w wieku dziesięciu lat, córka ojca, który przepadł bez wieści, samotna matka porzucona przez jasnowłosego ukochanego. Bezdomna, tułająca się od motelu do motelu z małym uroczym synkiem, który nosi imię jej dziecięcej przytulanki. To bardzo prosta dziewczyna, zlękniona, naiwna i zdesperowana. Od dzieciństwa posiada zdolność widzenia duchów, która wyraźnie daje o sobie znać, gdy Klara wprowadza się do mieszkania Alonso Bastosa i zaczyna pracę w „Dziecięcym kramie”.

Sceny emanacji mogę zaliczyć do udanych, autor dysonuje może niebyt oryginalnymi, ale dobrymi pomysłami. Taka, stara klasyczna szkoła ghost story. Znalazłam tu trochę grozy, z czego się cieszę, w większej jednak mierze powieści bliżej do sensacji, thrillera i oczywiście obyczajówki, niż do horroru, ale osobiście doceniam gest.

Cała historia i zogniskowana wokół niej tajemnica nie będzie szczególną niespodzianką dla czytelnika. Tropów mamy całą masę, a i nie jestem przekonana by autorowi zależało na wywołaniu u czytelnika efektu zaskoczenia tym, co tak naprawdę wyrabia się w „Dziecięcym kramie”. Jeśli jednak taki zamiar miał, to ze mną mu nie wyszło 😉

Inaczej ma się sprawa zaginięcia ojca naszej bohaterki. Tu tak na dobrą sprawę nie wiemy nic i mówiąc uczciwie średnio się to wiąże z tytułowym miejscem akcji. To jakby dwie osobne zagadki. Tak więc mając na głowie dwie zagadki do rozwiązania całkiem słusznie powinniście się spodziewać wartkiej akcji i z taką też mamy tu do czynienia. Dzieje się dużo, dzieje się szybko. Charakterystyki postaci cechuje wręcz dziecięca prostota, ale są spójne i konsekwentnie prowadzone, więc nie ma co się czepiać. Czepiać się trzeba czegoś innego.

„Dziecięcy kram” to powieść pisana martwym językiem szkolnych wypracowań. Nie wiem, czy to wyłączna zasługa autora, czy to redakcja wyprowadziła go na takie manowce. Tekst wydaje mi się wykastrowany z jakiejkolwiek językowej spontaniczności. Słowa obijają się o boki ram, w które je wtłoczono. Nie sprzyja to ani swobodnemu płynięciu przez tekst, ani tym bardziej sprawnemu budowaniu świata przedstawionego, który powinien być naturalny. Najbardziej raziły mnie sztucznie formułowane przemyślenia bohaterów, jakby wyrecytowane z tekstu szkolnej akademii na trzeciego maja. Psuło mi to śledzenie całkiem dobrej historii. Jeszcze jednak rzecz: nie polecam audiobooka. Próbowałam. Na szczęście miałam egzemplarz papierowy, inaczej chyba bym powieści nie dokończyła. Wiem, że okładka książki krzyczy o bestsellerze na Storytel, ale na pewno by była to zasługa lektorki. Jej tembr głosu przyprawiał mnie o czkawkę. Serio, wyjątkowo niesympatyczna barwa 😉

Moja ocena: 6+/10

Dziękuję wydawnictwu Novae Res

Wariat do wynajęcia

Superhost (2021)

Teddy i Clarie to para vlogerów prowadząca kanał na YouTube. W swoich filmach pokazują odwiedzane przez siebie hotele i pensjonaty wystawiając im ocenę i niekiedy bezlitośnie szydząc z właścicieli, którzy nie sprostali ich oczekiwaniom. By nagrać nowy odcinek cyklu udają się do wyjątkowo popularnego domu letniskowego, by na własnej skórze zweryfikować wyjątkowo entuzjastyczne oceny rezerwujących. Na miejscu okazuje się, że miejscówka jest daleka od ideału, a jej właścicielka ma własne sposoby na przekonanie turystów do wystawienia pochlebnej opinii.

„Superhost” to jeden z produktów nowej ery, zdecydowanie proszę nie mylić z horrorem nowej fali. Koncept fabularny bazuje na mediach internetowych: Ich dobrodziejstwach pozwalających zyskiwać popularność dość przypadkowym osobom przy relatywnie niewielkim wysiłku, oraz cieniach owych mediów – w internecie roi się od niebezpiecznych świrów.

Gatunkowo mamy tu do czynienia z thrillerem, który oferuje umiarkowaną rozrywkę. Nasi protagoniści, w teorii bohaterowie pozytywni, których jednak ciężko lubić i im kibicować to para skupiona na swojej karierze w sieci. O ile w przypadku Tedda możemy jeszcze mówić o pewnym zamiłowaniu do dzielenie się swoich życiem z odbiorcami, o tyle w przypadku Clarie to już tylko zimna kalkulacja. Hitem jest scena oświadczyn, którą kobieta interpretuje jako genialny pomysł Teda na podbicie wyświetleń, ani przez moment nie myśląc o tym, że facet naprawdę pragnie wziąć z nią ślub.

Vlogerzy mają pecha i kręcąc nowy odcinek trafiają wprost w szpony szaleństwa, szaleństwa uosobione w Rebece, właścicielce domu letniskowego. Grace Gillam świetnie wywiązała się z powierzonej roli budząc politowanie  i grozę swoich obłędem rozkwitającym na ekranie, ale scenariusz nie potraktował jej do końca serio przez co i my odbieramy ją jako postać nie do końca przemyślaną. Komediowe zacięcie i czarny humor skutecznie rozładowują napięcie, którego i tak mamy tu dość lichą porcję. Czy jakość tego humoru była tego warta? Tu też nie jestem przekonana. Nie do końca kupiłam zarówno koncepcję jak i wykonanie, bawiłam się średnio i zaangażowałam umiarkowanie. Olśnienia zdecydowanie nie było.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 6

To coś: 5

54/100

W skali brutalności: 2/10

Sztuka miłości i śmierci

Duch – Arnold Bennett

Młody dobrze urodzony i obnażony nienagannymi manierami niedoszły medyk Carl Foster poznaje piękną sopranistkę śpiewającą w londyńskiej operze. Od chwili, gdy drogi tych dwojga się krzyżują młodego mężczyznę przepełnia zachwyt nad Rosette. Nie jest jej jedynym adoratorem, a Ci zdają się mieć wyjątkowego pecha. Co więcej wkrótce Carl nabierze przekonania, że poza nieustannymi myślami o pięknej mimozie prześladuje go coś jeszcze.

Klasyczna angielska groza wyrosła z mrocznego pojmowania romantyzmu. W powieści Arnolda Bennetta miłość i śmierć występują na tej samej scenie i choć próżno szukać w powieści elementów zdolnych wystraszyć obserwatora owego występu to nie da się jej odmówić atmosfery właściwej dla gatunku grozy.

W XIX i początkach XX wieku miłość naprawdę silnie kojarzono ze śmiercią. Zrozpaczeni kochankowie pojedynkowali się o względy tej czy innej damy, odrzucona miłość nie mogła skończyć się inaczej jak tylko samobójstwem, ciąża w czasie panieństwa to też w zasadzie wyrok śmierci, a i ta spełniona często kończyła się przedwcześnie, bo kobiety w połogu padały jak muchy, za to mężczyźni często musieli ryzykować życiem dla zapewnienia bytu rodzinie. Ten lęk przed śmiercią jako wypadkową emocjonalnego zaangażowania w relację znajduje odzwierciedlenie w literaturze tamtych czasów.

Książki z tamtego okresu mają jeszcze inną zaletę. Są po prostu pięknie napisane. Dbałość o język i jego finezję jest odczuwalna na każdej stronie w każdym zdaniu. Autor z szacunkiem podchodzi do inteligencji czytelnika. Przenosimy się do czasów Londynu przełomu wieków, czasów słynnych seansów spirytystycznych i wiary w niesamowite i dziwne. Złowróżebne przepowiednie, wielkie namiętności graniczące z obłędem i nieuchronnie nadciągająca śmierć. Wiele osób porównuje „Ducha” do „Upiora opery”, ale ja mam inne skojarzenie i jest nim „Wampir” Reymonta, wydany ledwie dwa lata później. „Ducha” oczywiście polecam jeśli lubicie wysmakowaną grozę w gotyckim stylu.

Moja ocena: 8/10

Dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka