Archiwum autora: ilsa333

Diabelscy dziadkowie

Anything for Jackson (2020)

Starsze małżeństwo Państwa Walsh porywa młodą ciężarną kobietę, pacjentkę doktora Walsha. Shannon ma im posłużyć do satanistycznego rytuału, który ma na celu wskrzeszenie ich zmarłego wnuka, Jacksona.

Jesteście już wystarczająco zniechęceni do filmu? Opis „Anything for Jackson” brzmi jak zapowiedz horroru klasy B nakręconego w czasach  i straszącego wizją otwartych na oścież wrót piekieł. I może coś w tym jest.

Niskobudżetowy film reżysera głównie produkcji telewizyjnych Justina Dycka odwołuje się do wątku satanizmu, ale jest to taki satanizm popkulturowy w satyrycznym ujęciu. Mamy tu bowiem parę staruszków, troskliwą babcię i sympatycznego dziadka. Kierowani desperacją, która najwyraźniej położyła kres racjonalnemu myśleniu decydują się na odprawienie satanistycznego rytuału. Nie bardzo wiedzą co do czego, nikomu nie chcą zrobić krzywdy. Niejako wodzeni za nos przez innego adepta szatańskich nauk podejmują próbę wcielenia duszy zmarłego wnuka w ciało noworodka.

Przez większość czasu jest bardziej zabawnie niż strasznie i jeśli lubicie nieco absurdalny czarny humor to może Wam się to spodobać. Z chwilą gdy religijny eksperyment zaczyna zbierać plony robi się dziwniej i dziwniej. Emanacje sił nie czystych i ich wpływ na bohaterów. Kilka całkiem udanych jump scare’ów, scenek z rodzajów tej z nitką dentystyczną w roli głównej.

Jeśli chodzi o mój odbiór to nawet chwyciło. Jeśli film nie do końca koreluje z moimi preferencjami, ale widzę w nim jakąś myśl przewodnią, jakiś nie oczywisty pomysł to potrafię to docenić bardziej niż najbardziej udaną kalkę. Technicznie i warsztatowo film jak najbardziej okej, nic mnie tu szczególnie nie raziło, więc spokojnie można obejrzeć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła: 6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 1/10

Być mordercą

Freaky/ Piękna i rzeźnik (2020)

Początek roku szkolnego w małym miasteczku zbiega się w czasie z kolejnym atakiem mordercy zwanego Blissfield Butcher. Nie ciesząca się popularnością nastoletnia Mille Kesller pada jego ofiarą. Nie umiera jednak, zamiast tego za sprawą niecodziennego narzędzia zbrodni zamienia się ciałami ze swoim oprawcą. Kiedy Rzeźnik cieszy się z nowych możliwości jakie dało mu anonimowe ciało nastolatki, ona sama uwięziona pod postacią poszukiwanego dryblasa musi się ukrywać i walczyć o przetrwanie.

Bardzo ciepło przyjęty horror komediowy „Śmierć nadejdzie dziś” zapewnił Christopherowi Londonowi własną, bardzo wygodną miejscówkę w świecie filmowego horroru. Jego najnowsze dzieło powstało we współpracy z Michaelem Kennedym, na podstawie pomysłu tego drugiego uderza w bardzo zbliżone tony z jakimi mieliśmy do czynienia w przypadku „Śmierć nadejdzie dziś” i jego kontynuacji.

W przypadku „Pięknej i rzeźnika” pomysł Kennedy’ego powstał z połączenia motywów zaczerpniętych z komedii „Zakręcony piątek” – zamiana ciał – oraz umiłowanych przez twórcę slasherów takich jak „Piątek 13ego”. Krótko po premierze filmu jego pomysłodawca napisał w sieci, że nie przypuszczałby jego zamiłowanie do horrorów, które było swego rodzaju ucieczką przed ostracyzmem i wstydem związanym ze swoją orientacją seksualną przekuje na twórczość tego kalibru. Tak, Kennedy jest gejem, podobnie jak London i wcale się z tym nie kryją. „Piękna i rzeźnik” w dużym stopniu daje temu wyraz. Można się tu dopatrzyć też przesłania feministycznego, bo sytuacja  w jakiej postawiona zostaje bohaterka wymusza na niej wewnętrzną przemianę z zastraszonej myszki w wojowniczkę. Ale do brzegu.

„Piękna i rzeźnik” skupia się przede wszystkim na aspekcie rozrywkowym i myślę że ową rozrywkę Wam zapewni. Jak na slasher przystało doświadczycie tu popisu najróżniejszych form mordu. Jest krwawo i groteskowo. Zabicie przy pomocy deski klozetowej… tego chyba jeszcze nie przerabialiśmy. Problematyka nastoletnich dram jasno sygnalizuje nam, że mamy tu do czynienia z teen horrorem, w którym humor sytuacyjny i nabijka ze stereotypów jest żywcem wyjęta ze slaptic’u. Vince Vaughn i jego komediowe zacięcie w odgrywaniu dziewczęcia z ciałem dorosłego (i rosłego) faceta prowokuje do szeregu zabawnych sytuacji. Pamiętacie jednak, że jesteście w rzeczywistości horroru, humor będzie więc czarny.

Odwołania do klasyki horroru – głównie „Piątek 13ego”, ale nie tylko, bo rozpoznacie tu zarówno echa „Krzyku”, czy „Carrie”. Dynamiczna, wartka akcja to też duża zaleta produkcji i co tu dużo mówić, sympatyczny komedio horror dla fanów takiej akurat kompilacji gatunkowej.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność: 6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10

Do kogo się modlisz?

Saint Maud (2019)

Maud, młoda głęboko wierząca kobieta podejmuje się opieki nad terminalnie chorą Amandą, byłą tancerką i choreografką. Praca jest dla niej misją, misją, którą wyznaczył dla niej Bóg. Maud ma bowiem nie tylko ulżyć kobiecie w ostatnich chwilach życia, lecz skierować ją wprost do Boga.

Fanatyzm religijny jest jednym z częściej spotykanych motywów w kinie grozy. Nie bez powodu,bo  kwestie związane ze sferą duchowości to wręcz wymarzona furtka, którą można na arenę wprowadzić nienazwane i nieokreślone zagrożenia, byty, które nie powinny istnieć realnie.

Jeśli jednak spodziewacie się po seansie ze „Świętą Maud” wrażeń zbliżonych do tego co zwykły oferować horrory satanistyczne, czy mniej jednoznacznie zorientowane obrazy traktujące o wszelkiej maści kultach, to nie uświadczycie tu ani jednego ani drugiego. Nie mogę Wam nawet zaręczyć, że uznacie ten film za horror, bo sama jego twórczyni nie sygnuje go tym konkretny gatunkiem.

Jest to kino mocno psychologiczne, psychodeliczne gdzie obcować możecie z wykręconą wizją rzeczywistości jednak jest to rzeczywistość umowna, stworzona przez umysł bohaterki. Trudno jest mi orzec, czy jest to produkcja skierowana do fanów grozy, więc nie będę Was na siłę ciągnąć przed ekran, powiem Wam natomiast jakie wrażenie na mnie ów twór wywarł.

Do tytułowej Maud zapałałam niechęcią od pierwszej chwili. Z miejsca uruchomiły mi się diagnostyczne zapędy. Młoda dziewczyna, która żyje tylko w sferze duchowej, wszelkie uciechy życia doczesnego odpycha, w obawie, że te mogły by przysłonić jej to co najwartościowsze, czyli relacje  z Bogiem. Bóg, z którym Maud prowadzi długie rozmowy – tak słyszy jego głos, więc nie są to monologi – dostarcza jej każdego rodzaju zaspokojenia. Nie będzie to chyba nadużycie jeśli stwierdzę, że jest to relacja nacechowana dość erotycznie. Obserwując jej powiedzmy religijną ekstazę przypomniała mi się historia mnichów, którzy adorowali wizerunek najświętszej panienki aż do spustu.

Jej spotkanie z Amandą, kobietą nawet u kresu starającą się korzystać ze wszystkich możliwości jakie daje cielesność jest jak zderzenie ze ścianą. Maud zwierza się swojej podopiecznej ze swoich duchowych przeżyć, a ta przyjmuje je z aprobatą. Może to było tylko pełne zrozumienia politowanie, ale Maud dostrzega w tym zazdrość i sygnał, że w głębi siebie Amanda pragnie zjednoczyć się z Bogiem i w ostatnich chwilach życia doświadczyć tego czego jej opiekunka doświadcza na co dzień.

Ta chwila jest w zasadzie początkiem równi pochyłej. Maud zatraca się w swojej misji, gubi orientacje. Robi się coraz dziwniej i dziwniej, więc można rzec że przez większość filmu obcować będziemy z wciąż pompowanym balonikiem obłędu. Środki wyrazu użyte dla zaprezentowania stanu umysłu bohaterki przerastają oczekiwania jakie można rościć do przeciętnego kina grozy. Obrazy i muzyka, kolejne sekwencje iluzorycznych wrażeń i wreszcie to co ostateczne. Dla mnie ten film pokazuje, że duchowość nie może istnieć bez cielesności, niezależnie jak silnie będziemy sobie to wmawiać. Ciało nie jest świątynią, chyba że świątynią bólu. To w dużym stopniu zaawaluowana  krytyka religii chrześcijańskiej, której fundamentem i najwyższą wieżą jest ból i przemoc.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:7

67/100

W skali brutalności: 2/10

Co straszy w Polsce?

Nawiedzona Polska – Bernard Breszka

„Nawiedzona polska” to autorski projekt wydawniczy Bernarda Breszki, który postanowił zebrać zasłyszane w różnych rejonach naszego kraju opowieści z dreszczykiem. W przeszło dwudziestce króciutkich opowiadań zostały przywołane lokalne legendy o nawiedzonych miejscach, historie o duchach, klątwach i innych nadprzyrodzonych zjawiskach. Opowiadania przybierają bardzo konkretne formy, autor bawi się z czytelnikiem każąc mu wierzyć, że oto czyta relację naocznego świadka, lub wręcz uczestnika nadanego zdarzenia. W ten sposób odtwarza atmosferę nocnych spotkań przy ognisku w trakcie których mogliście posłyszeć podobne historyjki, podane w bardzo zbliżonej formie.

Autor nie sili się więc na wielką literaturę, jego opowiadania to coś pomiędzy straszną dobranocką, a creepy pastą. Język jest bardzo prosty, nie ma żadnych narracyjnych udziwnień. Każde z opowiadań zostało opatrzone komentarzem od autora, który zwraca uwagę na płynące z danej opowieści przesłanie, cel jej istnienia, czy okoliczności w jakich się zrodziła.

Określone zostały także lokalizacje, dzięki czemu wiemy w jakim regionie straszy dany stwór. Nie będę Wam rozbierać na części każdego z opowiadań, bo recenzja była by dłuższa niż sam zbiór- nie ma nawet stu stron – ale opowiem o tych, które najbardziej przypadły mi do gustu. Oczywiście wśród nich znajdziecie te z najbardziej dramatycznym kontekstem historycznym i te związane z ludowym folklorem, czyli to co tygryski lubią najbardziej.

„Bezpieczne miejsce” opowieść prosto z województwa świętokrzyskiego, traktuje o pewnym feralnym górskim schronisku. Nie ukrywam, że po lekturze opowiadani strasznie chciałabym je odwiedzić. „Chusta” to opowieść z Podkarpacia, podobnie jak „Bezpieczne miejsce” pobrzmiewają w niej echa wojny. Jest to mniej współczesna – co zdecydowanie odnotowuję na plus – opowieść o żołnierzu, który po powrocie w swoje rodzinne strony  spotyka na drodze… coś, nie powiem Wam co;). „Czerwona msza” podobnie dawne dzieje, tym razem rzecz o dziewczynie, która doświadcza niezwykłego w okolicznej kaplicy.

„Dwanaście uderzeń” obdarzyłam sentymentem ze względu na bliskość okolic, w których rozgrywa się akcja – nawiedzony komisariat w Konstancinie pod Warszawą. W „Kroplach” z Pomorskiego dostrzegłam duży potencjał, ale nie do końca wykorzystany, co jest bolączką sporej części w przywołanych tu opowieści. .Dolnośląska „Muzyka nocy”, to znowuż opowieść bazująca na powojennych traumach, nie tak mocna jak „Szafa”, która z całego zbioru podobała mi się najbardziej i zasługuje na specjalne wyróżnienie, ale różnie zaliczam ją do udanych. Ciekawie prezentuje się też „Redyk” czyli historia pewnego stracha na wróble towarzyszącego góralom w czasie wypasania owiec. „Szum” spowodował u mnie niemały szok, historia prosto z Warszawy, bazująca na legendzie o Warszawskiej syrence, oczywiście w stosownie grozowym klimacie – mój numer dwa jeśli chodzi o najlepsze opowiadania. „Trzynasta noc” prosto z Wielkopolski to bardzo klasyczna opowieść wampiryczna, toteż również przypadła mi do gustu.

Najmniej spodobały mi się historie na mode amerykańską, bardzo przypominające zaoceaniczne urban legend i to co zwykle możemy oglądać w zaoceanicznych straszakach. Jest ich sporo i choć rozumiem, pewne przenikanie się kultur, to wolałabym zmilczeć te hollywoodzkie fascynacje.

Podsumowując wyniosłam z tej książki sporo pozytywnych wrażeń, ale też nie szczędziłam autorowi uwag. Większość z nich zostawię już między nami, ale gwoli ostrzeżenia muszę Wam jako czytelnikom przedstawić najważniejszą z nich. Książka została wydana bez właściwej korekty i redakcji. To widać, co bardziej ortodoksyjni miłośnicy poprawności językowej będą zgrzytać zębami, ale i zwykły czytelnik zauważy potknięcia logiczne i inne błędy, bo jest ich nie mało. Na ten moment książka istnieje tylko w formie e-booka, jest widok na wydanie tradycyjne, a to jak sądzę, będzie już prezentować wyższy edytorski poziom. Bardzo doceniam samą inicjatywę, pomysł i odczuwalne w lekturze zamiłowanie do grozy.

Moja ocena: 6/10

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

Horror w czasach zarazy

Host (2020)

Grupa przyjaciół decyduje się na zorganizowanie seansu spirytystycznego łącząc się ze sobą przy pomocy komunikatora internetowego. Szybko okazuje się, że bariera cyberprzestrzeni nie stanowi żadnej ochrony przed złowrogim gościem.

„Host” to produkcja na miarę naszych czasów. Wiele się mówi o innowacyjnym podejściu, a nawet o przełomie w sposobie kręcenia w odniesieniu do filmu Roba Savage i przyjaciół. Umówmy się jednak, nie jest to pierwszy film, w którym oglądamy pulpitową rzeczywistość. Pierwszym był bodaj „Megan is missing„, którego fabułę przedstawiono za pomocą  wideo rozmów. Czysto pulpitowym found footage był już Den„, „Searching„.  Jednak tym co wyróżnia „Host” jest fakt, że film zrealizowano całkowicie w trybie online. Aktorzy nie spotkali się na planie, nie stworzono ułudy akcji osadzonej przed monitorem komputera, oni faktycznie w ten sposób zrealizowali cały projekt.

Film nakręcono w czasie głębokiego lock doown’u, kiedy przemieszczenie się do studia, czy spotkanie na żywo było niemożliwe. Obserwujemy więc aktorów, zdanych tylko na siebie, którzy sami muszą zadbać o to by obraz, dźwięk i oświetlenie było okej. To po prostu pierwszy 'zdalny' horror. W kwestii kreatywności należy oddać oddać twórcom sprawiedliwość.

„Host” powstał w odpowiedzi na potrzebę chwili. Doskonale oddaje społeczne nastoje związane z sytuacją pandemii. Można wręcz powiedzieć, wykorzystuje sytuację przymusowej izolacji by zwiększyć poczucie zagrożenia, zagrożenia we własnym domu, z którego nie można uciec. Nikt nie przyjdzie z pomocą, a przyjaciele są tylko obrazem na pulpicie komputera.  Pod tym względem – strzał w dziesiątkę, jednak czy jest to tak zwyczajnie i po ludzku dobry horror, który warto polecić. W tej kwestii nie mogę być tak stanowczo po stronie twórców.

Filmowa narracja jest dość chaotyczna, tak naprawdę nie wiemy co jest wstępem, co jest właściwą akcją, co jej punktem kulminacyjnym i zakończeniem. Zabrakło tu budowania napięcia, subtelnych sygnałów ostrzegawczych i wyraźniejszego zaznaczenia, że oto mamy tu historię do opowiedziana. Wszystko po prostu się dzieje, tak spontanicznie jak to tylko możliwe.

Dla miłośników stopniowo budowanej atmosfery grozy będzie to zagranie nonsensowne, ale poszukiwacze szybkich i gwałtownych rozgrywek powinni być zadowoleni. Dodatkowo jeśli obejrzycie film na laptopie łatwiej będzie Wam wkręcić się w atmosferę zoom’owego spotkania, jakbyście sami byli jego uczestnikami. Jak dla mnie z korzyścią dla odbioru byłoby gdyby nieco go rozwinąć, poświęcić więcej niż tą niespełna godzinę i dodać więcej elementów z rodzaju desperackiej ucieczki jednej z uczestniczek seansu.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła: 6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

To coś:6

58/100

W skali brutalności: 2/10