Dream house / Dom snów (2011)

Will Atenton wraz z małżonką Libby i dwoma córeczkami Trish i Dee Dee wprowadza się do nowego domu. Okazuje się, że przed pięcioma laty w tym miejscu doszło do rodzinnej tragedii. Niejaki Paul Ward zabił tu dwoje dzieci i żonę, sam zostając przez nią postrzelony. Jako że jego zeznania w sprawie nie do końca można było uznać za normalne, gość wylądował na oddziale w pobliskim psychiatryku.Teraz Will i jego rodzina mogą stać kolejnymi ofiarami, bowiem jakiś podejrzany tym kręci się koło ich 'domu snów’.

Moim pierwszym skojarzeniem dla tego filmu było „Lśnienie” Kubricka. Nie mam na to dobrego wyjaśnienia, po za podobieństwem wątku dwóch zamordowanych dziewczynek, szalonego tatusia i zimowej scenerii.
Nie sądzę nawet, żeby twórcy użyli tych elementów licząc na takie skojarzenie. Byłoby dla nich istnym samobójstwem aspirować do Kubricka. Z drugiej strony chronicznie niezadowoleni producenci, którzy wciąż żądali poprawek w filmie mogli takim ambicjom hołdować.
Po za „Lśnieniem”, „Dom snów” budzi skojarzenia z wieloma innymi produkcjami. Samo początek filmu to aspirujący do ghost story fragment zawierający: przeprowadzkę do nowego domu, prywatne śledztwo w sprawie haniebnej przeszłości byłego lokatora, tajemniczo wyłaniającego się z ciemności podejrzanego typa i oczywiście sąsiadeczkę, która zdaje się wiedzieć więcej niż się wydaje.

Po tym następuje to, co tygryski lubią najbardziej, czyli zwroty akcji.
Pierwszy twist otwiera przed widzem nową perspektywę. Nie widzimy już tylko rodzinnej sielanki niszczonej przez wroga z zewnątrz, lecz wewnętrzną ruinę „Domu snów” pieczołowicie oddaną w zdjęciach o mrocznej tonacji. Scenarzysta zaczyna owijać pętlę wokół szyi głównego bohatera, osaczając go dopiero co odkrytym szaleństwem i samotnością.

Kolejny fabularny twist następuję na tyle szybko, że widz nie zdąży dobrze wczuć się w tragizm pierwszoplanowego protagonisty. Pojawia się oto światełko w tunelu, robi się jeszcze bardziej ckliwie, sentymentalnie i melodramatycznie. Wszystko po to, żeby jeszcze raz odwrócić kota ogonem i przywrócić zasmuconemu widzowi pogodę ducha.
Im więcej twistów w scenariuszu tym więcej logicznych pułapek. „Dom snów” kilkakrotnie wpada w owe sidła i możemy mieć żal do twórców za te nieprzemyślane ruchy. Jednak staram się być wyrozumiała, bo w końcu trudno grać w pokera i szachy jednocześnie.
Dobrodziejstwem tego obrazu są nastrojowe zdjęcia, choć sama chciałbym zobaczyć więcej momentów w stylu sceny z walącym się korytarzem pośrodku, którego stoją dwie małe siostrzyczki.
Twórcy zadbali o dobrą obsadę choć postaci, nawet ci, którzy mają problem z tożsamością są za mało plastyczni i jednowymiarowi. Daniela Craiga wielce nie lubię, bo odkąd obejrzałam „Sylvie” kojarzy mi się z jedynie z tym skurwysynem Tedem Hughes’em 🙂
Przepadam natomiast za Rachel Weisz i dosyć lubię Naomi Watts – cały ten zestaw holywoodzkich skarbów podtrzymuje nieco obsuwające się fundamenty „Domy snów”.
Arcydziełem nastrojówek to ten obraz zdecydowanie nie będzie, ale można z zadowoleniem obejrzeć.
Moja ocena:
Straszność:6
Fabuła:7
Klimat:7
Napięcie:7
Zabawa:7
Zaskoczenie:6
Oryginalność:5
To coś:7
Aktorstwo:7
Walory techniczne:8
67/100
W skali brutalności: 1/10


























