The Long Walk/ Wielki marsz (2025)

Dystopijna przyszłość w Stanach. Jak co roku o tej porze rozpoczyna się Wielki Marsz. Pięćdziesięciu młodych mężczyzn stanie do walki o nagrodę pieniężną i spełnienie jednego życzenia. Jednym z nich jest Rey Garraty, który podejmuje decyzję o udziale w marszu w poszukiwaniu zemsty na przywódcy, wielkim organizatorze, Majorze. Zasady tego pojedynku są bezlitosne, każde odstępstwo od reguł zostaje ukarane. Pozostaje jedno, iść jak najwytrwalej, nie zatrzymywać się i przetrwać jak najdłużej.
Pierwsze przymiarki do ekranizacji powieści Stephena Kinga (wydanej pod pseudonimem Richard Bachman) rozpoczęły się wkrótce po jej ukazaniu się, czyli jeszcze w latach ’80. Padały nawet konkretne nazwiska osób mających zasiąść na fotelu reżysera, temat jednak zniknął – jest przecież tyle książek Stefana do nakręcenia, być może łatwiejszych i przystępniejszych w przełożeniu na język filmu. A może czekano, aż kapitalizm stanie się jeszcze bardziej żarłoczny, morderczy i bezwzględny by warstwa dramatyczna filmu nie pozostawiła żadnych wątpliwości czego metaforą jest?

W każdym razie przyszedł czas na „Wielki marsz”, niezwykłe kino drogi, dystopijny horror i coming of age’owy dramat o utracie niewinności. Nie unikniemy tu porównań z „Igrzyskami śmierci”, ale w moim przypadku nie będą zbyt rozległe – fanką nie jestem, pamiętam fabułę jak przez mgłę – ale myślę, że „Wielki marsz” ma przynajmniej odrobinę podobną wymowę: dystopijna rzeczywistość, młodzi ludzie w morderczej walce z systemem. Dodatkowo za ekranizację obydwu powieści odpowiada ten sam reżyser. Przypadek? Nie sądzę 😉
Główną cechą chyba wszystkich Kingowskich opowieści jest gawędziarstwo, czasami może to drażnić – jak w przypadku opowieści o defekacjach babci Abigail w „Bastionie” – ale może też być siłą nośną całej fabuły jak w „Ciało”.
„Wielki marsz” to jeden wielki dialog, kolejne osoby dramatu toczą ze sobą rozmowy podczas morderczej wędrówki. Na pierwszy plan wysuwa się kilka postaci w tym czarnoskóry Peter, który okazuje się nieocenionym wsparciem dla głównego bohatera. Jest też kandydat na antagonistę, nieostrzyżony Gary, który jest wyjątkowo dokuczliwym gnojkiem. Zawiązują się małe koalicje, które jakby nie patrzeć i tak są skazane na rozpad – wygrać może tylko jedna osoba – ale w kupie raźniej.

Między rozmowami o życiu toczy się twarda gra, a trup ściele się gęsto. Jest to ukazane tak bezpardonowo, z wręcz absurdalnym kontekstem sytuacyjnym, że może mocno nadszarpnąć nerwy wrażliwców. Całość opowieści stanowi dość banalny wykład o moralności i jej braku, o tym jak można walczyć z zepsuciem. Nie porwało mnie to, mówię szczerze, choć Kinga szanuję, to wolę chyba inne jego historie i inne ich adaptacje.
Moja ocena:
Straszność: 1
Fabuła:7
Klimat:6
Napięcie: 6
Zabawa:6
Zaskoczenie:5
Walory techniczne:8
Aktorstwo:7
Oryginalność: 6
To coś:6
58/100
W skali brutalności: 2/10














