Zimowla – Dominika Słowik

W maleńkiej Cukrówce, miasteczku położonym w Dolinie Zmornickiej ginie człowiek, który interesował się historią regionu. Bohaterka, wraz przyjaciółmi Hansem i Miszą próbuje znaleźć to czego nie udało się znaleźć nieboszczykowi. Tymczasem jej ojciec rozwija karierę wróżbity porzuciwszy posadę w urzędzie, a szkolna koleżanka w lunatycznym transie chodzi nago po dachach Cukrowskich domów. Na to wszystko spogląda pszczelarz wraz ze swoim tresowanym rojem, to on wydaje się rozumieć wszystkie zmornickie cuda.
„Zimowla” chodziła po głowie latami. Kiedyś wpadła w oko i nie mogła wypaść, choć jednocześnie wciąż nie wyciągałam po nią ręki. Aż zdarzył się cud.

To powieść z pogranicza literatury gatunkowej i pięknej. Zagadka, iście kryminalna, która jednak zajmować mnie przestała bardzo szybko, bo tyle innych wrażeń było dokoła. Ujmuje bardzo literackim językiem, niemal poetyckim, ale też nuży bardzo nierówną narracją. Brakuje tu pewnej liniowości, która pozwalałaby osadzić wydarzenia, połączyć je w spójną całość. Wszystko się tu rozmywa i mętnieje w metaforach, a jednocześnie coś nie pozwala tej historii porzucić.
Świat przedstawiony z całym kolorytem niezwykłych -zwykłych zdarzeń, do których bardzo chce się znaleźć klucz. Kolejne akapity obiecują nowe wrażenia, napięcie rośnie, para bucha, po czym nagle znajdujemy się w zupełnie innym miejscu tej historii. Przyznam, że bardzo mnie to drażniło, bo każdorazowo czułam się nabita w butelkę. Wiedzę w „Zimowli” wiele opowieści w jednej, mam wrażenie pokawałkowania i nie wiem czemu to przypisać. Te kawałki są przepyszne, ale nie wiem czy powinny wylądować na jednym stole. Książka jest dobra i niedobra jednocześnie i nie wiem co z nią począć.
Moja ocena: 7/10

Dodaj komentarz