Maciek
Maciek zjawił się pod kamienicą, gdzie mieściła się redakcja, punktualnie o 6:50. Cieć noszący dumne miano portiera wpuścił go do środka z wybiciem godziny 7.00. Maciej przesiedział długie czterdzieści minut na schodach prowadzących na piętro, gdzie mieścił się gabinet naczelnego. Na kolanach trzymał teczkę w kolorze intensywnego seledynu. Od czasu do czasu gładził ją obiema dłońmi, przejeżdżał palcami po konturach. Pieścił swój cenny skarb.
Od dawna szukał tematu, który zadowoliłby szefa i jednocześnie nie stanowił ujmy dla jego dziennikarskiej pasji. Nie chciał pisać o akcjach ratowniczych sławiących strażaków, czy lekarzy, nie chciał pisać o przekrętach polityków, czy o nowej diecie aktorek. Na to był największy popyt i tego oczekiwał naczelny. Maciek miał jednak swoich własnych bohaterów. Od dawna marzył o przeprowadzeniu wywiadu z mordercą. Ciekawiło go skrzywienie w ludzkiej naturze, wszystko co ciemne i mroczne. Po dobry materiał był gotowy zejść na samo dno piekła.
Namiętnie czytał wszelkie biografie i reportaże dotyczące najsłynniejszych seryjnych zabójców. Największy urodzaj takich osobników był za oceanem, jednak w Polsce, szczególnie w czasach PRL wykwitło kilka ciekawych okazów. Maciej uparcie grzebał w trudno dostępnych i zmanipulowanych przez ówczesne władze materiałach. Stworzył kilka autorskich teorii spiskowych, pod kilkoma cudzymi się podpisał. W zasadzie żaden z owych znanych panów nie zaskarbił sobie serca Maćka. Był rozczarowany. Czekał na swojego bohatera.
Teraz trzymał go na kolanach zamkniętego w zielonej teczce.
Redaktor naczelny, Adam Pawicki drobnym truchtem pokonywał schody. Odgłos, jaki wydawały jego pantofle w zetknięciu ze stopniami wyrwały Macka z zamyślenia. Stanął na baczność, usta rozdziawił w uśmiechu ukazując dwa rzędy białych zębów. Szef rzucił mu przelotnej spojrzenie. Nie zwykł mówić dzień dobry, swoim szeregowym. Nawet odpowiedź na pozdrowienie ciężko przechodziło mu przez gardło, jakby nie wierzył, że jakikolwiek dzień może być dobry. Maciek wślizgnął się go gabinetu w ślad za nim cudem unikając przytrzaśnięcia przez drzwi. Naczelny rzucił torbę na biurko, uchylił okno i wsparty plecami o parapet splótł na piersi ręce.
– No co tam masz? – Spytał, zaś jego mina mówiła „Bierzesz mnie za kogoś kto nie ma tego w dupie”.
Maciek jednym susem pokonał odległość dzielącą go od biurka szefa. Złożył na nim teczkę, którą otworzył w locie między punktem A, a punktem B. Ze środka wyjrzała twarz. Czarno biały wizerunek odbity na ksero. Pod nim kilka stronic nadrukowanych dużą czcionką.
– To nowy lokator powiatowego aresztu śledczego. Nazywa się Albert Dunaj. Zabił troje ludzi. Ma tylko siedemnaście lat, będzie sądzony jak dorosły. – Maciek wyrzucił z siebie tę informację jednym ciągiem, bez znaków przystankowych i przerwy na zrobienie wdechu. Bał się, że naczelny przerwie mu w półsłowa i nie da szansy dokończyć.
– I co mam z tym zrobić? – powiedział, jakby dla kontrastu bardzo powoli, szef
– Proszę o zaakceptowanie tematu – Szybko odpowiedział Maciej.
– Czemu nie słyszałem o tej sprawie? – redaktor zerknął na przyniesione przez młodego materiały.
– Bo to świeża sprawa, a podejrzany nie jest szczególnie rozmowny. – Szybko odparł młody dziennikarz
– W takim razie, jak zamierzasz go skłonić do rozmowy? – Naczelny nie chciał przyznać sam przed sobą, że brawura młodego praktykanta zaskoczyła go. Nie lubił być zaskakiwany. To on zaskakiwał każdego dnia swoich czytelników, wygrzebując spod ziemi piramidalne bzdury i z pierdnięcia robiąc sensacje XX wieku.
– Chcę spróbować – Maciek powiedział to bardzo spokojnie.
– Okej, rób co chcesz, ale wątpię by ktokolwiek dopuścił Cię do niego. Mówisz, że gdzie on siedzi?
Maciek wskazał palcem na konkretny fragment dokumentu leżącego na biurku szefa. Pawicki uśmiechnął się pod nosem:
– Więc jak zamierzasz tam wejść? Będziesz go nawoływał zza muru, czy…
– Mój ojciec … jest w stanie to załatwić … – Maciek powiedział to bardzo cicho, przez zaciśnięte zęby.
– Twój ojciec? – Parsknął pogardliwie Pawicki – Ten stary… – Znacząco odchrząknął – ma teraz za krótkie ręce nawet na powiatowy areszt. Chyba nie wie, że w tym kraju zaszły pewne zmiany – Maciek poczuł się jak pet dogaszony butem na dworcu. Posępnie milczał, bo co miał powiedzieć? Pawicki tylko uśmiechał się pod nosem zerkając to na Maćka, to na leżący przed sobą dokument – Ja to załatwię – Powiedział w końcu – Po weekendzie przynieś wstępny szkic artykułu. Zdjęcia będą mile widziane – Dodał sarkastycznie – A teraz spierdalaj, muszę zadzwonić.
Maciek posłusznie opuścił gabinet. W obecności szefa garbił się i spuszczał wzrok. Nienawidził w sobie tej służalczej maniery, która uruchamiała się za każdym razem gdy spotykał swojego Pana i Władce. Każdego wieczoru przed snem wyobrażał sobie, że wypnie dumnie pierś, spojrzy mu w oczy i powie mu co sądzi o jego północnokoreańskim modelu zarządzania gazetą.
Teraz opuściwszy gabinet poczuł, że jego plecy się prostują. Płuca nabierają więcej powietrza. Na twarz występują wypieki ekscytacji. Maciek poczuł się jak młody lew przed pierwszą walką o władzę w stadzie. Miał poparcie szefa, był uzbrojony w intelekt i ostrość własnej percepcji ostrzejszej, niż kły i pazury. Na drodze do hegemonii w stadzie stal mu tylko samotny drapieżnik uwięziony w klatce.



Dodaj komentarz