Archiwa tagu: mroczne historie

Mroczne historie, part 7

„Stanąłem przed głównym wejściem dawnego pałacu braci Steinertów przy Piotrkowskiej w Łodzi. Zadarłem w górę głowę aby obejrzeć to co zrobiła ekipa remontowa dotychczas. Dół elewacji już wyremontowany. Na rusztowaniach leniwie łazili robotnicy. Muszę porozmawiać o tym z Mateuszem aby ich trochę zagonił do pracy. „SALUS INTRANDIBUS” – pozdrowienia dla wchodzących. Sentencja umieszczona pomiędzy dwoma trójdzielnymi oknami a pod nią data budowy przybytku 1911. Prawie sto lat temu mieszkały tu dwie rodziny Steinertów potężnych fabrykantów. Budynek był dwupiętrowy z mansardą, łamanym dachem o szczytach obramowanych wolutami. Lecz to wschodnia mansarda, czy jak kto woli poddasze było celem mojej wizyty. Kilku robotników narzekało, że zamieszkał tam jakiś bezdomny. Pomimo interwencji Mateusza ze strażą miejską nie znaleźli żadnych śladów bytności człowieka. Albo robotnicy bywali pijani (co cholera, muszę wspomnieć Mateuszowi) albo koleś wymykał się za dnia. Nacisnąłem guzik w pilocie i usłyszawszy, że alarm w aucie się włączył ruszyłem przed siebie. Obejrzałem się jeszcze na lekko szare niebo, takie, które robi się tuż przed zmierzchem w jesienne ponure dni. Postawiłem kołnierz kurtki gdyż w bramie dość mocno zawiało. Dwóch młodych robotników czmychnęło na mój widok z klatki schodowej. Nie chciało mi się już ich ochrzaniać. Chciałem na własne oczy zobaczyć „nawiedzone pomieszczenie” jak je w myślach nazywałem, i czym prędzej pojechać do domu. Strome schody, tak charakterystyczne dla kamienic tamtego okresu dały mi nieźle w kość i będąc już na ostatnich stopniach czułem ból w mięśniach ud i łydek. To nasunęło mi myśl, że może powinienem zacząć uprawiać jakiś sport. Może bieganie? Rozchyliłem folię malarską, która zaszeleściła echem po klatce schodowej. W środku panował nieprzyjemny mrok. Wszędzie pachniało farbą, klejami i jeszcze czymś, co zidentyfikowałem jako rozkładające się truchło szczura albo ptaka. Cholera, trzeba było przyjść za dnia. Okno mansardy było zakurzone. Wyjąłem telefon z zamiarem włączenia latarki, ale wtedy usłyszałem szuranie. Był to ewidentnie czyjeś kroki, tak nieudolnie stawiane jak tylko stary dziadek czy babcia potrafią.

 – Witaj na moim strychu. – głos, który to wypowiedział przypominał żarna, które trą o siebie.

 – Kimkolwiek pan jest, to własność prywatna. Proszę opuścić to miejsce bo przyjdę z policją.

 Długo oczekiwałem na odpowiedź i zdawało mi się, że w ciszy która zapadła słyszę cichy chichot. Nie byłem ułomkiem i podejrzewałem, że dałbym sobie radę z dziadkiem. Jednak ciemność nadal nie chciała się rozświetlić gdyż komórka zgasła a ja nie widząc potencjalnego przeciwnika czułem się coraz bardziej nieswojo. Cholerna bateria padła akurat teraz!

 – Och – rzekł wreszcie mój rozmówca – Gościnność to chyba nie jest twoja mocna strona. Szkoda. – ostatnie słowo było ledwie szeptem. Starzec, którego sylwetkę mogłem teraz dostrzec poruszył się w stronę okna. Był zdecydowanie niższy ode mnie, choć miał chyba na głowie kapelusz z wąskim rondem i siwą brodę, która niczym biała plama odcinała się na tle postępującej czerni. Nie widziałem dokładnie jego twarzy ale to co wziąłem wcześniej za smród rozkładającego się zwierzęcia pochodził ewidentnie od starego bezdomnego.

 – Wiesz… – zaczął znów starzec zanim cokolwiek zdążyłem rzec – Życie w ciemności ma swoje lepsze i gorsze strony. Ja jednak mam już tego dosyć. Chcę się stąd wyrwać, pożyć jeszcze trochę.

 – W takim razie droga wolna – rzekłem z ulgą, gdyż całą ta sytuacja przestała mi się podobać. – Proszę opuścić… – nie dokończyłem. Starzec z niespodziewaną jak na niego szybkością dopadł do mnie i chwycił mnie obiema rękami za głowę. Jego uścisk był jak imadło. Chyba krzyknąłem, ale zbyt cicho aby ktoś mógł mnie usłyszeć. Wtedy poczułem jak coś dosłownie wyrywa ze mnie jestestwo. Wspomnienia ulatywały z mojej głowy. Ból, fizyczny i psychiczny był tak silny, że aż dziwne, że nie straciłem przytomności. A może straciłem? Nie wiem. Dłonie starca wręcz paliły mi głowę. Zaś moja pamięć kurczyła się niczym przebity balon. Nie pamiętałem już dzieciństwa, ani wieku młodzieńczych lat. Nie pamiętałem ani żony ani córki… o ile je kiedyś miałem. Teraz jawiły mi się tylko jako szare cienie ukryte gdzieś daleko w podświadomości i przywoływane we śnie. Nie wiem ile czasu minęło gdy starzec wreszcie puścił moją głowę. Teraz jedyne co pamiętałem to to gdzie się znajduję i co tu robię.

 – Martwy i żywy. Śmierć to jedynie uczucie mój drogi. Ja czuję się cholernie żywy. A ty? – głos który wydobył się z gardła istoty, która stała przede mną nie był już starczy… i chyba go kojarzyłem. To był mój głos! Próbowałem coś powiedzieć ale z gardła wyrwał mi się już tylko charkot. Dotknąłem ręką gardła i natrafiłem na białe nitki włosów wyrastających mi z brody.

 – Od dziś będziemy sprzymierzeni w śmierci. Tak długo czekałem na kolejnego właściciela. Odkąd trafiłem tu w latach czterdziestych nie mogłem pozwolić sobie na dopadnięcie kogoś innego. Ty masz to co ja miałem za życia. Cóż powodzenia.

Ostatnie słowa przebrzmiały a starzec, który teraz był mną odszedł. Słyszałem jeszcze jego kroki na schodach. Próbowałem za nim iść lecz nogi ugięły się pode mną i padłem na podłogę wzbudzając tumany kurzu. Moje ciało było przegniłe, stare jak może być stary rozkładający się trup. Wiedziałem, że teraz jestem więźniem mansardy tak jak mój poprzednik. Wiedziałem, że jedyną drogą ucieczki jest dorwać kolejnego właściciela pałacu Steinertów. Ile to będzie trwało? Lata, dziesięciolecia, wieki? A może jest inne wyjście? Może to sprawdzisz? Przyjdź do pałacu Steinbertów w Łodzi i wejdź do wschodniej mansardy…”

starzec

 

Kamil

Mroczne historie, part 6

„Opowiem Wam historie która przytrafiła mi się naprawdę.
Po około roku będąc w związku ze starszą ode mnie kobietą, postanowiliśmy zamieszkać razem. Wszyscy prócz babci życzyli Nam szczęścia. Babcia była przeciwna tylko dlatego że moja kobieta była po rozwodzie. Wieczór spędziliśmy miło i czas było pójść spać pierwszy raz razem w łóżku i nowym mieszkaniu. Nigdy nie pomyślałbym że to będzie najgorsza noc w moim życiu…Około godziny 3 coś nagle mnie obudziło w środku nocy, otworzyłem oczy i wyczuwałem czyjąś obecność za łóżkiem, chciałem odwrócić głowę, ale nie mogłem się ruszyć,byłem sparaliżowany, jakby ktoś lub coś miało władze nad moim ciałem. Słyszałem tylko tykający zegar na ścianie, wiejący wiatr za oknem. Panikowałem. Nie mogłem wydobyć z siebie żadnego odgłosu a chciałem krzyczeć, obudzić śpiącą narzeczoną. Ogarnął mnie zimny pot. Przez cały ten czas czułem kogoś obecność, mogłem poruszać tylko oczami, rozglądałem się po pokoju i zobaczyłem przez chwile cień niskiej postaci, poruszała się powoli w stronę drzwi. Byłem przerażony, ciągle walczyłem z paraliżem. Gdy nie widziałem i nie czułem niczyjej obecności nagle raptownie spadłem z łóżka. Narzeczona się obudziła, zapaliła światło a ja cały mokry z potu leżałem na dywanie. Opowiedziałem jej co mi się przytrafiło. Nie wiem czy mi uwierzyła, powtarzała że to był sen ale ja wiem że to działo się naprawdę. Rano zadzwoniła do mnie mama ze złą wiadomością… Babcia zmarła około 3 w nocy. Do dziś jestem przekonany że ta postać która była o nas w pokoju była moja babcia…Tą historie opowiedziałem tylko narzeczonej i Wam czytelnikom strony Biblia horroru.”

mroczne historie

Tomasz K.

„Mieszkałem koło kościoła gdzie znajdował się  też krzyż. 
Pewnego dnia mała dziewczynka (10-12 lat) wracając do domu 
późną porą ujrzała krzyż. Był on ogromny. Zaciekawiona nim, podeszła do niego. Po chwili zaczęła słyszeć dziwne głosy
wołające ją:
– Chodź do mnie… – nieznajomy głos – pobawmy się…..
Wyraz jej twarzy się nie zmieniał. Nie było widać nawet u niej strachu. Zaciekawiona szła za głosem. Gdzie doszła nikt tego
 nie wie. Rodzice zmartwieni tym gdzie podziewa się ich córka wyszli ją poszukać. Po nieudanych godzinach szukania powrócili
do domu ze łzami na twarzach. Dziewczynka zaginęła. Nigdy jej nie odnaleziono.
Miałem wgląd na krzyż. Mianowicie moje okno znajdowało się na przeciwko jego. Z wybiciem godziny 23 na zegarkach,
równało to się z tym że dziewczynkę można było spotkać koło krzyża. Wołała inne dzieci aby się z nią pobawiły. Tak jak ją jakiś nieznajomy głos ją wołał.
Pamiętam to. Jednego dnia nie mogłem spać. Patrzyłem z niecierpliwością na zegarek. Modliłem się aby zasnąć przed 23. Czułem w tedy strach. Serce waliło jak głupie.
Po nieudanych próbach czas przyszedł na godzinę 23. Zgrzytanie zębów. Przerażenie. Spojrzałem w okno. Nikogo nie ujrzałem….
Straszna historia starszych kolegów ;)”
 
krzyż
 
Daniel

Mroczne historie, part 5

” – Jesteś pewna, że tego chcesz? – Absolutnie. Gdybym tego nie chciała, nie gadałabym o tym od dobrego roku, nie zrezygnowałabym z mojego ulubionego serialu aby tu z tobą przyjść i w ogóle nie zawracałabym ci głowy. Kate i Charlie podążali wolno opustoszałymi ulicami. Było to zwykłe, letnie popołudnie w małym, amerykańskim miasteczku Lewiston. Większość mieszkańców skończyła już pracę i wylegiwała się teraz leniwie na kanapach sącząc piwo i oglądając na żywo relację z „The Rock Show”. Młode pary zajmowały się sobą a dzieciaki siedziały przy biurkach odrabiając lekcje. Słowem, dla osób chcących przemknąć przez miasteczko niepostrzeżenie była to idealna pora do działania. – Kate, pamiętaj, że nie jest jeszcze za późno aby się wycofać. – Przestań smęcić, cały czas nawijasz o tym samym. Zaczynam podejrzewać, że po prostu strach cię obleciał. Nie mogę uwierzyć, że ktokolwiek jeszcze wierzy w tą bajeczkę o nawiedzonym domu Conway’ów. Zresztą już niedługo sam się przekonasz – odparła dziewczyna. Charlie spojrzał na nią błagalnym wzrokiem. Kate wiedziała, że Charlie się boi i świadomość ta dawała jej pewien rodzaj satysfakcji. To ona chciała być tą, która zburzy zaporę milczenia i strachu, którą otoczyli się mieszkańcy. Chciała dokonać czegoś wielkiego, pokazać światu swoją odwagę. Ona, Kate Holbs, skromna dziewczyna z przedmieścia. Każde miasteczko ma swoje legendy. Na przykład mieszkańcy Lewiston wierzyli, że w domu pod numerem czwartym przy Sunset Avenue zalęgło się zło. W sumie nikt nie wiedział dokładnie co ma na myśli mówiąc o „złu”. Duchy? Wampiry? Psychopaci? Wiedzieli oni po prostu, że lepiej nie zbliżać się do tego domu. I tyle. Przed piętnastu laty w domu zamieszkała rodzina Conway’ów – szczęśliwe małżeństwo z dwójką dzieci; dziewczynką – Rose i chłopcem – Thomasem. Sielanka nie trwała jednak długo. Trzy lata po wprowadzeniu się do „siedliska zła” Rose zniknęła. Trudno powiedzieć coś więcej na ten temat, po prostu pewnego dnia przepadła, niektórzy stwierdziliby, że zapadła się pod ziemię i nikt już jej więcej nie widział. Nigdy. Dokładnie w rocznicę zniknięcia Rose jej brata znaleziono martwego w ogródku warzywnym na tyłach domu. Jego ciało pokrywały liczne rany, tak głębokie i dziwacznie ukształtowane, że niektórzy poddawali w wątpliwość, że jest to dzieło ludzkie. Rany miały postać długich bruzd, powstałych jakby na skutek działania potężnych szponów należących do… no właśnie, do czego? Tego nie wiedział nikt, a większość ludzi bała się nawet o tym myśleć. Niedługo po znalezieniu ciała Thomasa mocno nadszarpnięta na skutek przebytych tragedii psychika pani Conway nie wytrzymała i kobietę odwieziono do miejscowego szpitala psychiatrycznego. Nigdy już nie wypowiedziała nawet słowa, a w jej oczach na stałe zagościła dojmująca pustka. O panu Conway’u natomiast wiadomo jedynie tyle, że po stracie rodziny przeniósł się na południe i wiódł proste życia farmera. Wreszcie ujrzeli przed sobą okazały budynek. Ze swoimi drewnianymi, białymi ścianami i zielonym dachem wyglądał dość niewinnie, jednak po uwzględnieniu zarośniętego wysokimi chwastami, opustoszałego ogrodu i mrocznej pustki ziejącej z okien przechodnia zaczynał ogarniać pewien niepokój i zwykle pragnął jak najszybciej oddalić się od tego miejsca. Kate i Charlie szybko pokonali ogrodzenie, rzucając nerwowe spojrzenia w stronę ulicy. Charlie pierwszy podszedł do drzwi i nacisnął klamkę, czując jednocześnie, że jeśli to zrobi, nie będzie już odwrotu. Wnętrze starego domu Conway’ów było… mroczne. Tyle można było o nim powiedzieć na pewno. W środku brakowało większości mebli i przedmiotów codziennego użytku, które najprawdopodobniej zwyczajnie skradziono. Z sufitu zwieszały się długie pajęczyny a w powietrzu czuć było odór zgnilizny i wilgoci. Dom wypełniały ciche, niezidentyfikowane odgłosy, które dopełniały atmosfery tajemniczości. Przypominało to trochę nocny spacer do lasu, kiedy wszystkimi zmysłami czujemy, że wokół tętni życie, ale nie jesteśmy w stanie nic konkretniejszego powiedzieć na ten temat.
Kate w milczeniu chłonęła ten widok. Nagle, jakby kierowana przeczuciem pokierowała się w stronę schodów. Zaskoczony Charlie podążył za nią. Na piętrze bez wahania chwyciła za klamkę do pokoju po prawej stronie korytarza. Drzwi uchyliły się, skrzypiąc przeraźliwie i naraz ich oczom ukazał się widok nad wyraz dziwny. Pokój ten jakby zatrzymał się w czasie, tak jak gdyby wciąż żył własnym życiem, tym sprzed piętnastu lat. W oknach powiewały białe firanki, podłogę pokrywał świeżo wycyklinowany parkiet, duże, dwuosobowe łóżko było elegancko pościelone a na niewielkim stoliku przy ścianie stał wazon pełen kwiatów. W pomieszczaniu panował przyjemny zapach delikatnych perfum. Dzieci, zafascynowane tym niewytłumaczalnym zjawiskiem rozglądały się z otwartymi buziami. Kate pochyliła się nad wazonem z kwiatami, chcąc powąchać znajdujące się w nim frezje. Naraz odwróciła się gwałtownie, jej oczy powiększyły się z przerażenia. – Co jest?! – zapytał chłopak. – Ja… ja poczułam jakby ktoś mnie obserwował. To uczucie gdy ktoś ci się przygląda za twoimi plecami, mrowienie w karku, dlaczego poczułam je właśnie teraz? Przecież… nikogo tu nie ma. Prawda…? – Oczywiście, że nie Katie. Ale na dzisiaj już wystarczy. Chodźmy do domu. Chodź… – powiedział łagodnie Charlie i chwycił Kate za łokieć kierując się w stronę wyjścia. Kate rzuciła ostatnie spojrzenie w stronę monumentalnego łoża i dopiero teraz dostrzegła, że u wezgłowia wyrzeźbiono głowę lwa. Dziewczyna pomyślała, że chyba nigdy wcześniej nie widziała tak realistycznej rzeźby. Oczy zwierzęcia wyglądały tak prawdziwie… Nie miała jednak czasu dłużej się nad tym zastanawiać, gdyż Charlie pociągnął ją w stronę wyjścia. Szybko pokonali schody i drzwi wejściowe. Dopiero na ulicy odetchnęli z ulgą. – To było dziwne, prawda? Ten pokój na piętrze, tak bardzo różnił się od reszty domu. – rzekła Kate, głęboko zamyślona. – Tak. A najdziwniejsze było to, że właśnie w nim najsilniej odczuwałem atmosferę grozy. Kate, ja czułem, że po prostu nie powinienem tam przebywać. Coś mi mówiło, że nie jestem mile widziany. To były jedyne zdania, jakie zamienili na ten temat. Resztę drogi do domu pokonali w milczeniu. Kate tej nocy długo nie mogła zasnąć. Myślała o białych firankach, frezjach i ogromnym łóżku z głową lwa wyrzeźbioną u wezgłowia. Zastanawiała się czy ktoś oprócz nich wie o tajemniczym pokoju na piętrze, czy ktoś kiedykolwiek go widział. Przypomniała sobie jak kiedyś ojciec powiedział jej, że zimą zamieszkują tam bezdomni. Może ona i Charlie nie są jednymi świadkami tej tajemnicy? Następnego ranka stwierdziła, że musi tam wrócić. Sama do końca nie znała motywów swojego postępowania, bo z jednej strony myśląc o tajemniczym pokoju czuła niepokój, z drugiej natomiast „coś” ją do niego przyciągało. Dwie godziny później otwierała już znajome drzwi, mając za plecami milczącego Charliego. Nagle wydała z siebie okrzyk zaskoczenia. Pokój całkowicie się zmienił! Nie był już tak skromnie wyposażony jak przedtem. Po pierwszym szoku Kate zaczęła dostrzegać szczegóły. Przy ścianie po lewej stronie pomieszczenia stał domek dla lalek z pełnym umeblowaniem. Na ziemi rozrzucono plastikową biżuterię z rodzaju tych, jakimi lubią bawić się małe dziewczynki, a spod łóżka wystawała kolorowa grzechotka. Na parapecie okiennym leżała przewrócona, niemowlęca butelka, z eleganckiego żyrandolu zwisał żółty, pluszowy pies, który wyglądał jakby niejedno już przeszedł a wszędzie wokół walały się różnej wielkości piłki i pluszowe misie. Wzrok dziewczyny zatrzymał się po prawej stronie parapetu, gdzie spoczywała lalka. Była to naprawdę piękna lalka. Przystrojono ją w elegancką zieloną sukienkę, a porcelanową twarz podkreślały niesamowite, brązowe oczy okolone długimi rzęsami. Gdyby nie rozmiary zabawki, łatwo można by pomylić ją z prawdziwym dzieckiem. Te oczy. Było w nich coś dziwnego – z jednej strony nie można było od nich oderwać wzroku, z drugiej wywoływały pewien niepokój, przypuszczalnie z powodu swej niesamowitej realistyczności. Kate ruszyła w stronę lalki jak zahipnotyzowana, coś w jej wyjątkowym wyglądzie przyciągało dziewczynę, coś niewytłumaczalnego kazało jej dotknąć kukły. – Kate, nie! Nic nie dotykaj! Nie wiemy o co tu chodzi, coś tu nie gra! Jak te wszystkie przedmioty się tu znalazły? A ta lalka… jest jakaś dziwna. Spójrz na jej oczy. Wyglądają jakby… jakby patrzyły wprost na ciebie… – Charlie chwycił przyjaciółkę, nie pozwalając jej pójść dalej. Odwrócił dziewczynę przodem do siebie. Jej wzrok był nieprzytomny, jakby myślami była gdzieś bardzo daleko.
– Kate! Kaaate! Co się z tobą dzieje?! – chwycił ją za ramiona i mocno potrząsnął. – Przestań, nic mi nie jest. – odpowiedziała Kate jednostajnym, pozbawionym emocji tonem, po czym zrobiła krok w przeciwnym kierunku, jakby chciała skierować się w stronę drzwi. Charlie stracił czujność tylko na moment. Wystarczyło. Kate wykonała natychmiastowy zwrot w stronę parapetu, po którym nastąpił szybki skok. Zdawałoby się, że całe zdarzenie trwało ułamek sekundy i już dziewczyna trzymała w swej dłoni małą, porcelanową rączkę. – Nieeee! – wrzasnął Charlie. Było już jednak za późno. Naraz dał się słyszeć głośny brzęk, materac ogromnego łoża wpuklił się na środku, a z powstałego otworu wystrzeliły z przerażającą siłą ciężkie łańcuchy. Jeden z nich oplótł się wokół kostki Kate, drugi unieruchomił jej towarzysza. Dziewczyna wrzasnęła histerycznie, wyrzucając ręce przed siebie i próbując się czegoś chwycić dla zachowania równowagi. Na próżno. Nagle łańcuchy szarpnęły gwałtownie pociągając ich w stronę łóżka. Z tego co wydarzyło się później Kate pamiętała jedynie potworny ból w kostce oraz kakofonię kształtów i kolorów wirującą przed jej oczami. Po minucie, a może godzinie, nie miała pojęcia jak długo mogło to trwać, poczuła silne uderzenie o ziemię. Zacisnęła powieki. „To się nie dzieje naprawdę. To tylko sen, koszmarny sen. Po wczorajszej wizycie w domu Conway’ów mój umysł płata mi figle” – myślała gorączkowo. Leżała nieruchomo, aż jej ciało zaczęło się wychładzać a ubranie nabierać wilgoci od mokrej ziemi. W nozdrzach czuła zapach trawy. „Czy we śnie można czuć zapachy?” – rozważała. W końcu odważyła się otworzyć oczy. Wokół panowała ciemność. Gdy jej wzrok przywyknął do mroku i zaczęła rozróżniać kształty wokoło, uświadomiła sobie, że jest w lesie. Raptem usiadła gwałtownie, ogarnięta paniką. „Charlie… Gdzie jest Charlie? Czy nic mu się nie stało?” – gorączkowała się. Lecz zaraz ulga spłynęła na jej serce, gdy dostrzegła, że leży obok niej. Popatrywała teraz na korony drzew, zastanawiając się gdzie się znajduje. Nigdzie nie widać było księżyca, jednak gdy wytężyła wzrok dostrzegła świecące punkciki, które migotały pośród drzew. „Czy to świetliki?” – pomyślała. Wstała i ruszyła w ich stronę, chcąc przyjrzeć się im z bliska. Serce Kate zaczęło łomotać w piersi, gdy uświadomiła sobie, że istotom emitującym to jasne światło raczej daleko do świetlików. Przypominały miniaturowe kobiety ubrane w ciemne sukienki. Z ich pleców wyrastały czarne, spiczaste skrzydełka, którymi trzepotały mocno, utrzymując się w powietrzu. Te dziwne, piękne stworzenia szeptały między sobą. Kate słyszała szepty, jednak nie dość głośno by móc rozróżnić poszczególne słowa. Podeszła więc jeszcze bliżej. „Przybyli nowi, nowi, nowi…” – dało się słyszeć ze zbiorowiska jaśniejących istotek. – Czym one są? – usłyszała za sobą głos Charliego. – Nie mam pojęcia. Słyszysz jak szepczą? – Tak. Myślisz, że chodzi o nas? – Chyba – odparła. – Którędy powinniśmy pójść dalej? – zapytała Kate kobietek. – Tędy, tędy, tędy… – odpowiedziały wszystkie jednocześnie, wskazując dłońmi drogę. Gdy Kate spojrzała w tamtym kierunku, dostrzegła ścieżkę. – Dziękujemy – powiedziała i ruszyła w drogę zgodnie ze wskazówką. Po chwili dogonił ją Charlie. – Zwariowałaś? Dlaczego zapytałaś je akurat o to? Mogłaś zadać tysiąc innych pytań, ale akurat to wydaje mi się w tej chwili najmniej odpowiednie! – Spokojnie. Myślę, że nie dowiedzielibyśmy się od nich niczego więcej. Zdaje się, że są posłańcami. Ich zadaniem jest wskazywanie drogi „nowym”, takim jak my – wyjaśniła dziewczyna. – Skąd wiesz? – Po prostu czuję, że tak jest.
Szli leśną ścieżką dosyć długo, aż w końcu zza drzew prześwitywać zaczęło jasne, niebieskie światło. Gdy wyszliz lasu, ich oczom ukazał się widok przedziwny. Zgromadzenie ludzi (tylko, czy to aby na pewno byli ludzie?) w czarnych szatach pochylało głowy nad zbiornikiem wypełnionym fluoryzującym niebieskim płynem. Wszyscy jednocześnie wypowiadali jakieś niezrozumiałe słowa, jakby w obcym języku, który nie przypominał żadnego z współcześnie znanych. Postacie siedziały na stopniach niewielkiego amfiteatru. Wysoki mężczyzna siedzący najbliżej wstał i podszedł do nich. Gdy znalazł się wystarczająco blisko, Kate zaczęła przyglądać się jego twarzy. Była blada, miała pociągły kształt
a jego podbródek wieńczyła szpiczasta bródka. Oczy nieznajomego miały bladoniebieski kolor i przenikliwe spojrzenie. – Nowi, witamy was w społeczności Niewymawialnych – przemówił. – Kim jesteście? – odparował natychmiast Charlie. – To nie jest właściwe pytanie. Właściwe pytanie brzmi: czym się zajmujecie? Jesteśmy prastarymi istotami, które trwają niezmiennie od początku istnienia rodzaju ludzkiego. Pozwalamy wam przetrwać, choć jest to coraz trudniejsze. Ludzie nieustannie, każdego dnia dążą do samozagłady. Wywołują wojny, konstruują nowe bronie by walczyć ze sobą, spierają się o władzę. Dzieci wkraczają z bronią do szkół. Mężowie zabijają żony. Każdego dnia świat zbiera obfite żniwo ofiar. My dbamy o równowagę. By ludzie mogli dalej egzystować muszą ponosić ofiarę, choć nie są tego świadomi. By ofiara miała sens, musi zostać złożona z niewinnej duszy i czystego serca. Za każde sto martwych ciał ludzkich na ziemi, musimy złożyć ofiarę z jednego dziecka. Rytualne zanurzenie go w Wiecznej Wodzie (tutaj wskazał dłonią na zbiornik z fluoryzującym płynem) przywraca utraconą równowagę. Pewnie zastanawiacie się co dzieje się w sytuacji gdy ofiara nie zostanie złożona na czas. Wówczas ginie jeden z Niewymawialnych. Kiedyś było nas znacznie więcej… Gdy zginie ostatni Niewymawialny, świat przestanie istnieć. Ot tak, po prostu. Pach i… koniec. – Czyli… znaleźliśmy się tutaj by stać się ofiarą? By zginąć na rzecz innych? – zapytała Kate drżącym głosem. Z oddali nadal dochodziły niezrozumiałe słowa przerażającej modlitwy. – Czasami trafiają do nas osoby wyjątkowe, posiadające cechy, zdolności i predyspozycje, których potrzebujemy. Zawsze wiemy, gdy taka osoba przyjdzie na świat. Obserwujemy jej życie i czuwamy nad bezpieczeństwem. Gdy przyjdzie odpowiedni czas, wzywamy ją do siebie. W różnych miejscach na ziemi rozlokowaliśmy portale, zazwyczaj w postaci specjalnych pokoi. Mieliście okazję skorzystać z jednego z nich. Gdy złożymy dziecko w ofierze, wówczas jedna z jego zabawek trafia do wyposażenia pokoju-portalu, gdzie przyciągała będzie kolejne. Lecz jak mówiłem, gdy wezwiemy wybrańca do siebie, wówczas ma on szansę stać się jednym z Niewymawialnych. Kate, to o ciebie chodzi. – O mnie? Ale jeśli ja… nie chcę? Na ziemi mam rodzinę, przyjaciół. A co z Charliem? – pytała Kate. – O niego się nie martw. Abyś zdała sobie sprawę ze swojej wyjątkowości powiem ci, że ostatni raz taka osoba przybyła do nas dwanaście lat temu. W swoim poprzednim życiu miała na imię Rose. – Niewymawialny wskazał na nisko pochyloną postać. Kate zauważyła, że spod czarnego kaptura szaty wystaje pukiel jasnych włosów. – Niestety nie obyło się bez przeszkód – kontynuował swój wywód mężczyzna – po pewnym czasie jej bratu udało się nas znaleźć. Nie rozumiał jak ważną rolę pełni jego siostra, chciał ją ratować. Był gotów oddać za nią życie… i tak też się stało – w oczach nieznajomego pojawiły się złowrogie błyski – radzę więc byś uzmysłowiła swemu przyjacielowi powagę sytuacji.
Kate napięła wszystkie mięśnie gotując się do ucieczki. Jej mózg pracował intensywnie. „Jak się stąd wydostać?” – myślała. Przypomniała sobie miejsce, w którym pojawili się z Charliem w tym mrocznym, złowrogim świecie. Nie znajdowało się tam nic, co mogłoby im pomóc w powrocie do domu. Spojrzała na zbiornik z Wieczną Wodą i nagle oświeciła ją pewna myśl. Mężczyzna przyglądał się jej wyczekująco jakby oczekiwał odpowiedzi… „Niewymawialni składają ofiarę zanurzając dziecko w Wiecznej Wodzie podczas specjalnego rytuału. Co by się stało gdyby dwie osoby nagle wskoczyły do zbiornika? Ryzyko jest ogromne. Jednak to nasza jedyna szansa” – kalkulowała. Nagle Kate szarpnęła Charliego za ramię i biegnąc pociągnęła za sobą. Zmierzała wprost do zbiornika z Wieczną Wodą. Jednak pozostali Niewymawialni zareagowali błyskawicznie – przerwali modlitwę i zerwali się na równe nogi. Skupili się próbując schwytać uciekinierów. Kate udało się znaleźć lukę w zbiorowisku postaci i umknąć. Charlie pędził zaraz za nią. Teraz pozostało tylko wykonać skok… Kate mocniej ścisnęła dłoń swojego przyjaciela i razem osunęli się w nicość, czując otulające ich zimno i jednocześnie dostrzegając znajomy wir barw i form… Jeszcze przez chwilę słychać było wściekłe wrzaski Niewymawialnych…

tajemniczy pokój

Salcella

Mroczne historie, part 4

 „Znasz to uczucie kiedy czekasz, czekasz i wiesz, że nic nie jest w stanie spieprzyć twoich planów. Atmosfera staje się napięta, twój umysł nie przyjmuje innych wiadomości – musi się udać.
Chmury przykrywają całe niebo. Lada chwila zacznie padać. Idealna pogoda, żeby wsiąść na rower. Krople delikatnie uderzają o ziemię. Łączą się ze sobą tworząc coraz większe kałuże.
Dobrze, że Gary Fisher wiedział co robi.
Nie obrałem dokładnie trasy. Jestem zwolennikiem podróży spontanicznej. To pomaga uwolnić wyobraźnię. Jedziesz jedną trasą masz przed sobą idealną drogę. Wszystko się zmienia kiedy dostrzegasz polną mało uczęszczaną ścieżkę. Mnóstwo błota, dziur, wąskich przejazdów. To jest to co normalny niedzielny rowerzysta omija szerokim łukiem.
Nie ja. Serce od razu przyspiesza. Oddech staje się coraz szybszy. Puls skacze do góry. Nabieram prędkości. Jestem jak opętany. Widzę ją – ciemna, szara, wyglądająca jak zwężający się tunel. Tunel w którym nie widać światełka. Naprawdę mało kto tędy jeździ. Widać tylko ślady niewielkiej terenówki. Wąska ścieżka, nad którą zwisają wygięte gałęzie ledwo pozwalając przejechać. Czuję się jak żołnierz, który chce uniknąć kuli. Wyginam się raz na lewo raz na prawo, schylam głowę i prę do przodu. Coś ciągnie mnie nieustannie w tym kierunku. Nigdy tędy nie jechałem. Im bardziej parłem do przodu tym więcej zostawiałem za sobą szarość pochmurnego dnia. Dziwne było to, że za szybko robiło się ciemno. Trochę trwało zanim jedną ręką udało mi się pokonać opór przycisku włączającego lampę. Nie chciałem się zatrzymywać. Światło lampy odbijało się od ziemi jak od srebrnej tacy. Pozwoliłem sobie przyspieszyć. Błoto i wąskie wyrwy utrudniają sprawną jazdę.
Ocknąłem się po bliżej nie określonym czasie. Byłem cały w błocie i strasznie bolała mnie głowa. Wiedziałem, żeby zainwestować w kask. Już dawno bo to nie pierwsza taka sytuacja. Ważne, że rower cały. Szybko zebrałem się do kupy. Nie mogłem zawrócić. Nie fizycznie. Żadna myśl nie była czysta. Zakłócał ją dziwny głos, który kazał jechać dalej.
Cudownie się czułem jakbym jechał nie dotykając ziemi. Ktoś już chyba przede mną przeżył coś podobnego. Nie zastanawiałem się dlaczego musze brnąć do przodu.
Widok porfirów i melafirów był oszałamiający. Niektóre grupami leżały na ziemi, niektóre wystawały z fragmentów osuwającej się ziemi. Wszystko wyglądało jak stary opuszczony kamieniołom. Nikt o zdrowych zmysłach nie wypuścił był tak mlekodajnej krowy. Mimo, że bum na tego typu kamienie już minął.
Dalej było widać wąską ścieżkę. Nie miałem wyjścia musiałem tam jechać. Dojechałem do skarpy, z której mogłem ocenić prawdziwą wielkość kamieniołomu. Droga ucinała się i trzeba
było zawrócić. Na dole zobaczyłem wypływające spośród kamieni niewielkie źródełko. Pomyśleć, że z takich miejsc ma początek wiele wielkich rzek. Takie źródełko życia.
Zrobiło się dziwnie nagle jasno, ale tylko na kilka sekund. Znów ciemniej. W tym momencie okazało się, że woda ze źródełka już nie płynie. Źródło życia i śmierci sprostowałem.
Przeraziło mnie to, że wszystko wokół zaczyna mnie przytłaczać. Zgniata i jest coraz ciaśniej. Muszę się stąd wydostać. Powoli zaczynałem szukać wyjścia. Zawróciłem, ale tak jakbym nie mógł odnaleźć tej samej drogi.
Na górze ktoś pali ognisko. Może uda się od tych ludzi uzyskać informację.
Witam – możecie powiedzieć jak stąd wrócić?
Dziwne twarze; nie widać dokładnych rysów. Blask ogniska oślepiał mnie na tyle, że praktycznie w ogóle nie mogłem nikomu dokładnie się przyjrzeć. Przy ognisku siedziało pięć osób. Każdy odwrócony w kierunku ogniska. Nikt mi nie odpowiedział.
Tutejsi może nie lubią dyskutować z nieznajomymi.
Wieczność nie ma dnia i nocy. Noc jest dniem, a dzień nocą. – nikt nie powiedział ani jednego słowa, ale to właśnie usłyszałem w swojej głowie.
Postanowiłem wrócić tą samą drogą na dół. Szybki zjazd po śliskich kamieniach wymaga koncentracji. Mijam kilka zakrętów, ale wciąż jestem w kamieniołomie. W oddali ktoś przemyka wśród skał. Jadę za cieniem, który tylko na chwilę pozwala zobaczyć się dokładniej. Klimat tego miejsca jest jak gęsta mgła. Potrafi odstraszyć, ale jednocześnie każdy chce zobaczyć co jest kilka metrów przed nim.
Postać zniknęła. Spojrzałem do góry. Nie możliwe, że ognisko tak szybko zgasło. Na górze jest zupełnie pusto. Kręcę się w kółko. Nie mogę znaleźć drogi powrotnej.
Głowa ciągle mnie boli. Zemdlałem. Światło reflektorów pobudziło moje źrenice.
Wstałem szybko, machałem – rękami muszą mnie zauważyć. Przecież wyszli z samochodu i patrzą w moją stronę. Pochylają się nad ziemią. Ktoś nerwowo odskakuje.
Zmęczyłem się okropnie. Wtedy zrozumiałem.
Jestem tu na zawsze.
To wszystko to jest nic naprzeciw wieczności.”

kamieniołom

Tomasz

Mroczne historie, part 3

„Lubię ten moment, kiedy noc i dzień toczą ze sobą walkę na śmierć i życie, a czarna pani składa oręż zmuszona do tego przez odwieczne prawo natury. Bo po nocy zawsze przychodzi dzień. Przeciągam się leniwie w satynowej pościeli, a moje myśli skupiają się teraz na kubku gorącej, czarnej kawy. Kiedy już pobudzający napój krąży w mojej krwi, myślę sobie, że jestem właściwie zadowolona ze swojego życia. Gdyby tylko nie ten upiorny ból głowy. Leki nie pomagają, lekarze są bezradni. Fizycznie nic mi nie dolega, tak twierdzą specjaliści. Patrick, mój mąż uważa, że biorę za dużo leków, że być może się uzależniłam i uodporniłam na nie, że potrzebuję coraz większych dawek. Nieprawda. Ja dobrze wiem, że to przez TEN dom. Odkąd się wprowadziliśmy do wiktoriańskiego domu po jego ciotce, dzieją się dziwne rzeczy. W nocy słyszę kroki i drapanie. Patrick twierdzi, że to pewnie myszy, w końcu to stary dom, ale ja mu nie wierzę. W tym domu COŚ jest. Czai się w mroku nocy, gotowe na atak, kiedy tylko osłabnie moja czujność. Idę do łazienki i zmywam z twarzy ślady po nieprzespanej nocy. Za chwilę wstanie Daniel- mój sześcioletni synek, przygotuję mu śniadanie, ucałuję i wyruszy do przedszkola. Dzień jak co dzień. Jednak obecne wydarzenia uświadamiają mi jak bardzo kocham tę zwykłą codzienność. Siedzę w kuchni i uderzam palcami o blat stołu. Z marazmu wyrywa mnie huk. To stare, spróchniałe drzewo uderza konarami o szybę, szarpnięte nagłym podmuchem wiatru. Serce coraz mocniej łomocze mi się w piersi. Jeszcze dobrą chwilę nie mogę się uspokoić. Wsłuchuję się w miarowe tykanie zegara i próbuję zebrać myśli. Daniel jeszcze nie wstaje a już dochodzi siódma. Pewnie za długo wczoraj siedział przed komputerem. Wchodzę do pokoju synka i drętwieję z przerażenia. Nie ma go ! Pościel równiutko złożona, przykryta narzutą w tęczowe prążki. Dziecka ani śladu. Zaglądam pod łóżko, do szafy, może mój mały chciał mi zrobić psikusa, łudzę się resztką nadziei. Mój synek zniknął, dosłownie zapadł się pod ziemię ! Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy do zadzwonić do Patricka. Drżącymi dłońmi chwytam za telefon, wybieram numer. Poczta głosowa, zostaw wiadomość. Cholera ! Przerażenie przeradza się we wściekłość. Na siebie, na Patricka, na tę chorą sytuację. Od dwóch miesięcy jesteśmy z Patrickiem w separacji. Oddaliliśmy się od siebie, nie potrafiliśmy się porozumieć. Kiedyś wszystko było inaczej. Kiedyś nie byłam dla niego uzależnioną od leków psychopatką, tak mnie nazwał przy ostatniej kłótni. Kiedyś mnie kochał. Osuwam się na podłogę i płaczę z bezsilności. Znowu słyszę huk i dźwięk tłuczonego szkła. Wychodzę do holu i zamieram z przerażenia. Wszystkie nasze rodzinne fotografie, moje, Patricka i Daniela spadły ze ścian i leżą na ziemi. Podnoszę potłuczoną ramkę i przyglądam się zdjęciu z czasów, kiedy byliśmy szczęśliwi. Moją uwagę przykuwa jeden szczegół. Idę dalej i biorę do ręki kolejne zdjęcie i jeszcze kolejne. Teraz już nie mam wątpliwości. Tu dzieje się coś złego, niewytłumaczalnego. Na wszystkich fotografiach mam zamazaną twarz. Postanawiam działać. Cokolwiek jest w tym domu, chce nas skrzywdzić. Może już skrzywdziło moje dziecko ? Muszę się z tym skontaktować. Z duchem, demonem, bytem, czymkolwiek lub kimkolwiek to jest. Potrzebuję narzędzia. W głowie mam gonitwę myśli. Przechodzę do salonu i aż przecieram oczy ze zdumienia. Na stole leży rozłożona plansza ouija. Gdy podchodzę bliżej stół zaczyna się trząść, jakby moja obecność wprawiła go w wibrację. Wskaźnik sam zaczyna się poruszać. Moim oczom ukazuje się pytanie :kim jesteś ? Sama chciałabym o to zapytać kim jest duch nawiedzający dom, w którym mieszkam i który zabrał mojego syna ? Litery układają się w kolejne słowa, a wyrazy w zdania. „Dlaczego tu jesteś ?” pyta plansza. Jak to dlaczego, jestem w swoim domu. „To już nie jest twój dom, teraz jest NASZ” odczytuję odpowiedź i coraz bardziej się przerażam. Diabelska tablica czyta mi w myślach. Moja złość narasta tak bardzo, że rozwibrowany stół sam się przewraca, niebo obleka się w ciemne chmury i teraz nie widzę w zasadzie nic. Słyszę tylko głos. JEJ głos. Medium przemawia powoli, właściwie to uspokaja mnie jej łagodny głos. „kim jesteś i jak się tu znalazłaś?’” pyta a ja nie muszę odpowiadać czuję, że odpowiedź sama wypływa z mojego umysłu bez wypowiadania zbędnych słów, a ja przemawiam teraz jej głosem: „ Mam na imię Roma i mieszkałam w tym domu z mężem i synkiem. Pięć lat temu mój synek zginął potrącony przez samochód. Nie umiem się z tym pogodzić, obwiniam się o to mogłam go lepiej pilnować”. Czuję, że łzy, które spływają mi po policzkach nie palą jak do tej pory żywym ogniem, ale przynoszą oczyszczenie i uspokojenie. „Mów dalej”- prosi mnie medium. „Nie umiałam tak żyć, mąż ode mnie odszedł, nie mógł już tego znieść. Ja wiedziałam, co może mi pomóc, garść proszków, to takie proste”. Słyszę przeraźliwy, zdławiony szloch. Nie wiem czy to ja płaczę, czy medium. Już niczego nie wiem na pewno. Łagodny lecz stanowczy głos medium nie pozwala mi zapaść w letarg. „Musisz stąd odejść. Nie możesz dalej ich straszyć. Oni mają dwójkę małych dzieci. Boją się, kiedy do nich przychodzisz. Musisz odejść”. Tak nowa rodzina wprowadziła się do naszego domu, Patrick go sprzedał, w końcu minęło już tyle czasu. Ale jak mam opuścić dom, w którym pozostały moje najcenniejsze wspomnienia, które ożywają, jeśli tylko tego zechcę ? Jakby ta tragedia nigdy się nie wydarzyła. „Musisz opuścić ten dom” powtarza medium. To jedyna szansa na wybór. Tu i teraz. Ukołysana słowami powtarzanymi jak mantrą, podejmuję decyzję. Odchodzę w niebyt.

Mam na imię Roma. Pięć lat temu popełniłam samobójstwo przez przedawkowanie leków. Od pięciu lat jestem martwa. Tkwię w siódmej czeluści piekła, do którego Dante zesłał morderców i samobójców. Jestem bezlistnym drzewem, którego korą żywią się zgłodniałe harpie. Nie jestem już człowiekiem. Co się stało z moim mężem i synkiem ? Gdzie teraz są ? Tego nie wiem. Może spotkamy się kiedyś w moim piekle.”


Monika