Archiwa tagu: horrory z lat ’20 ’30 ’40

Człowiek, którego nie ma

The Invisible Man/ Niewidzialny człowiek (1933)

niewidzialny człowiek

Skromy aptekarz, Jack Gryffin, ma ambicje zostania wielkim naukowcem. Jak przekonają się mieszkańcy małej turystycznej mieściny, w końcu udaje mu się dokonać odkrycia na miarę nagrody Nobla.

Wszystko zaczyna się w pewną wietrzną noc, gdy w czasie śnieżnej zawiei opatulony od stóp do głów Jack wpada z walizką do gospody państwa Hall. Tam stara, podejrzliwa karczmarka wynajmuje mu pokój. Wkrótce jej wścibstwo doprowadzają ją do nieprawdopodobnego odkrycia.

niewidzialny człowiek

Jack Gryffin nie jest zwykłym przyjezdnym, a naukowcem, który w wyniku eksperymentowania na samym sobie doprowadził do nieszczęścia. Bohater zaaplikował sobie mieszkankę składającej się z niepewnej substancji, która sprawiła, że jego powłoka materialna, znikła. Mężczyzna stał się niewidzialny i tylko warstwa ubrań i bandaży sprawia, że inni ludzie mogą dostrzec jego obecność.

niewidzialny człowiek

Jest coś jeszcze. Wspomniana substancja powoduje poważne skutki uboczne doprowadzając eksperymentatora do szaleństwa. Wkrótce pojawiają się pierwsze śmiertelne ofiary, a Jack pokaże światu, co jeszcze może zrobić, czego dokona, a nikt nie będzie w stanie go powstrzymać, bo… go nie widać.

Bardzo tęskniłam za tym filmem. Oglądałam go oczywiście jeszcze za dzieciaka i chyba nie muszę dodawać, że mocno mnie przeraził. Teraz efekt przerażenia był… no, nie było go, niemniej jednak klasyczna już historia o niewidzialnym człowieku jest nader interesująca a obraz w reżyserii Jamesa Whale świetnie przekłada ją na język filmu.

Postawę dla scenariusza stanowiła powieść H. G. Wellsa, autora bardzo znanych powieści z pogranicza grozy i Sci-fi, takich jak „Wojna światów”, czy „Wyspa doktora Moreau”. Jeszcze nie miałam okazji się z nią zapoznać, więc porównań na poziomie fabuły nie będzie.

Lata 30 przyniosły wiele dobrych ekranizacji klasycznych powieści grozy, „Niewidzialnego człowieka” spokojnie można do nich zaliczyć.

niewidzialny człowiek

Film oglądałam w wersji czarno-białej, może szczęśliwie nikt go nie pokolorował, a może miałam fart trafiając na wersję oryginalną. To automatycznie działa na korzyść klimatu, przynajmniej w moim odczuciu.

Jeśli chodzi o prezentację filmowych wydarzeń to nie mam zastrzeżeń ze względu na moją tolerancję dla niewielkich, w porównaniu z obecnymi możliwości technologicznych ówczesnych filmowców.

Sceny, które zawierają efekty specjalne, jak ta w której widzimy człowieka, którego twarz powoli znika, po powolnym zdejmowaniu bandaża, udały się całkiem dobrze.

Bardzo przypadło mi do gustu aktorstwo.Nieco przesadna maniera jaką operowała obsada pasowała do iście dramatycznych wydarzeń. Szczególnie obłęd wydzierający z głównego bohatera w czasie wygłaszanych monologów o potędze i sławie. Zabawną postacią jest stara karczmarka. Wiecznie krzycząca w przerażeniu, zagłuszająca wszystko i wszystkich. Jakby mieć taką obok siebie na co dzień można się dorobić chronicznej migreny:)

niewidzialny człowiek

Lubię opowieści o szalonych naukowcach, są nieśmiertelne i wciąż aktualne, na tyle długo na ile człowiek nadal będzie przekraczać kolejne bariery poznania.

Człowiek, którego nie widać, który może być wszędzie, może bez problemu wejść i wyjść niezauważony, podsłuchać wszystko, zdemaskować każdego, to iście szatańska wizja.

Oglądając film zastanawiałam się na ile obłęd głównego bohatera i jego mordercze zamiary były winą feralnej substancji, a na ile nagle zdobytej władzy, która, jak wiadomo, powoduje u niektórych rozpętanie najgorszych instynktów.

Ta historia opowiadana, kontynuowana była na wiele sposobów, sama miałam do czynienia tylko z „Człowiekiem widmo” i wrażenia po seansie raczej mierne. Natomiast bardzo chętnie zapoznam się z pierwowzorem filmu, czyli powieścią.

Do seansu z „Niewidzialnym człowiekiem” z 1933 roku oczywiście zachęcam, może nie miłośników współczesnego kina grozy, ale na pewno tych, którzy doceniają starsze produkcje.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:9

Zaskoczenie:6

76/100

W skali brutalności:1/10

Feralny zamek

Schloß Vogeloed/ Zamek Vogelod (1921)

zamek vogelod

Film znalazłam pod tytułem „Haunted Castle”,w wersji trwającej godzinę dwadzieścia minut, z angielskimi napisami i o tej właśnie wersji będę tu pisać.

Fredrich Wilhelm Murnau to wybitnie mroczny twórca. Jego obraz „Zamek Vogelod” powstał na rok przed słynnym „Nosferatu” i również stanowi filmową adaptację literackiego utworu.

Bez wątpienia, w porównaniu historią wampira jest nieporównywalnie mniej straszny, nie mniej jednak utrzymuje nastrój grozy.

zamek vogelod

Opowiada o pewnym feralnym spotkaniu, w którym uczestniczą: podejrzany o morderstwo brata hrabia Oetsch, wdowa po zmarłym baronowa Safferstätt obecnie poślubiona z baron Safferstätt, którego wyrwała jeszcze będąc zamężną z obecnie nieżyjącym.

Wkrótce pojawia się także zakonnik przybyły z Rzymu, przyjaciel zamordowanego i jego żony. W tle przewijają się też inni goście lorda Vogelöd bawiący na jego zamku.

zamek vogelod

Fabuła skupia się na zatargach pomiędzy zebranymi. Głównie między wdową a szwagrem.

zamek vogelod

zamek vogelod

W całym zestawieniu aktorów kina niemego uwagę zwraca Olga Tschechowa,w roli baronowej. Dumna Rosjanka, ulubienica Hitlera, gwiazda kina lat 20 i 30, oraz podobno- szpieg ZSRR.

Uwagę przykuwa nie tylko urodą, ale także nader interesującą ekspresją. Jej rola opiera się na graniczących z omdleniem scenach załamań nerwowych jakie przezywa niemal przez cały seans. Niekiedy zamiera w bezruchu jak posąg, innym razem oddycha ciężko- czego rzecz jasna nie słyszymy lecz możemy dostrzec na wyraźnie falującej bluzce kobiety – z łzami w oczach, lub bijącym z nich szaleństwem.

Jej postać jest najbardziej wielobarwna, choć drażniła mnie plącząca się wiecznie w jej okolicy i obściskująca ją małżonka gospodarza 'imprezy' – Zupełnie zbędny rekwizyt.

zamek vogelod

Inną ważną postacią jest graf Oetsch, który zamierza wprowadzić trochę zamieszania. Być może znowu przybył kogoś uśmiercić – w końcu ksiądz i kucharz gdzieś wyparowują- a może planuje coś z goła odwrotnego?

W obrazie Murnau widzimy tylko jedną autentyczną scenę grozy – w akcie zatytułowanym „Sny” obserwujemy wizje z koszmaru sennego jednego z wesołkowatych gości.

zamek vogelod

Widać reżyser już wtedy nosił się z zamiarem straszenie na serio Oczywiście miał już wtedy na koncie jeden horror, adaptację- znowuż- „Dr. Jeckyll and mr Hyde” w filmie „Głowa Janusa”, ale nie wiem, co tam zastosował, bo jeszcze na nią nie trafiłam.

W każdym bądź razie „Zamek…” nie jest  horrorem. Scenariusz może kojarzyć się z „Domem na przeklętym wzgórzu” (59) gdzie również chodzi o zagadkę morderstwa nie o nawiedzenia jako takie.

Idąc śladem reżysera trafiłam na całkiem interesujący obiekt dalszego tropienia starych filmów, mianowicie, producenta Erich’a Pommera, który maczał palce w wszystkich głośnych obrazach kina niemego.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

73/100

W skali brutalności:0/10

Szaleniec numer jeden

Das Cabinet des Dr. Caligari/ Gabinet doktora Caligari (1920)

gabinet doktora caligarii

Doktor Caligarii to iluzjonista, czy też hipnotyzer, który wędruje od miasta do miasta ze swoim popisowym numerem, z udziałem przerażającego lunatyka, żyjącego na krawędzi jawy i snu, posłusznego tylko swemu Panu.

Dwóch gentelmanów udaje się na pokaz a jeden z nich za namową doktora zadaje lunatykowi Cesarowi pytanie dotyczące jego przyszłości: „Jak długo będę żył?”. „Do świtu następnego dnia.” – Pada odpowiedz, a proroctwo się spełnia. Co więcej w podejrzanych okolicznościach, w rzeczonym miasteczku giną kolejne ofiary. Przyjaciel pierwszej z nich zaczyna węszyć a jego podejrzenia padają na doktora Caligari.

gabinet doktora caligarii

„Gabinet…” to dobry reprezentant ekspresjonistycznego kina niemego. Różnice między nim, a np. Nosferatu” rzucają się w oczy od samego początku. „Gabinet…” nie był z założenia horrorem, z czasem przypięto mu tą łatkę i teraz funkcjonuje jako pierwszy horror pełnometrażowy.

Reżyserem obrazu jest Robert Wine. Cechą charakterystyczną jego filmów jest nastrój obłędu odzwierciedlony nie tylko w fabule, ale nawet w scenografii. W przeciwieństwie do „Nosferatu” twórca postawił na maksymalną sztuczność i odrealnienie. Zobaczymy więc wszechobecne makiety ,które nawet nie starają się przypominać rzeczywistych plenerów, czy pomieszczeń. Fantazyjne 'esy floresy', figury geometryczne, ostre linie proste, asymetria. Widziałam to już w jego wcześniejszym filmie „Genuine” i odrazu mi się to nie spodobało. Doceniam wizje, jest…hym… interesująca, ale ja zawsze stawiam na wysiłek włożony w naturalizm przedstawionych obrazów. Dlatego też wolę dobre ujęcie mgły sunącej po łące niż komputerowo zmajstrowanego demona.

gabinet doktora caligarii

„Gabinet…” ma dość pomysłowy scenariusz, zaskakujące zakończenie, czego raczej nie spodziewamy się w klasycznym, starym kinie. Postać Doktora jest demoniczna, upiorna, genialna, jest po prostu dobrym prekursorem szaleńców w kinie grozy.

gabinet doktora caligarii

Motyw choroby psychicznej w tymże filmie doskonale przetarł szlaki wszelkim thrillerom i horrorom operującym nim współcześnie. Myślę, że zobaczycie analogi przynajmniej do dwóch tytułów.

Z wyjątkiem scenografii wszystko w tym filmie mi pasowało, z tym, że ja zawsze bardzo zwracam uwagę na scenografię…

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:9

Zabawa:6

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:10

To coś:6

72/100

W skali brutalności:0/10

Dziewczyny to nic więcej jak tylko kłopoty

The Woman in the window/ Kobieta w oknie (1944)

kobieta w oknie

Profesor psychologii Richard Wanley przebywa w Nowym Jorku z dala od ukochanej żony i dzieci. Dni upływają mu na wykładach wieczory zaś spędza w klubie z dwoma przyjaciółmi, lekarzem i prokuratorem. Wszyscy trzej Panowie w średnim wieku z zachwytem obserwują portret damy umieszczony na wystawie. Pewnego wieczora Richard spotyka ową damę ze snów na ulicy, idą razem na drinka, kobieta zaprasza go do siebie… od tego tylko krok do wspólnego morderstwa.

kobieta w oknie

Wspomniałam, że uwielbiam postaci kobiece w filmach noir, wspaniałe, eleganckie kobiety fatalne, które zawsze wciągają bogu ducha winnych mężczyzn w niebezpieczne sytuacje. Taką kobietą jest także Alice Reed zagrana przez Joan Bennett- możecie ją kojarzyć z „Suspirii”. Alice nie jest co prawda wyrachowaną wywłoką nie mniej jednak pakuje sztywniackiego profesorka w nie lada kłopoty.

Ona jest piękna, on zauroczony. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten trzeci…

Obraz Fritza Lannga, który już o 1919 roku działał w świecie filmu kręcąc obrazy ekspresjonistyczne, mówi o lęku przed 'przygodą'. Trzej mężczyźni rozmawiają o tym jak niebezpieczne są dla ich spokoju ducha niekontrolowane sytuacje, po czym jeden z nich z uśmiechem na ustach pcha się właśnie w taką przygodę. To jeszcze nie wszytko. Po ukryciu zwłok Richard jest przekonany o swoim bezpieczeństwie jednak kolega prokurator bezceremonialnie i zupełnie przypadkowo oświeca go na temat tego, jak faktycznie mają się sprawy.

kobieta w oknie

Ten stary obraz jest perełką dla fanów starych kryminałów. Świetnie jest tu pokazana cała historia ze strony sprawców, jak i śledczych. Wyróżnia się dużą dbałością o szczegóły i przekonującymi kreacjami głównych bohaterów. Samo zakończenie to taki ukłon w stronę Freuda, nie każdemu się podoba, nie mniej jednak zaskakuje i jest dobrze wykonane.

kobieta w oknie

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:9

Aktorstwo:10

Walory techniczne:9

Zaskoczenie:10

Zabawa:8

Oryginalność:7

To coś:9

82/100

W skali brutalności:1/10

Ekspresja grozy

Nosferatu, eine Symphonie des Grauens/ Nosferatu, Symfonia grozy (1922)

nosferatu symfonia grozy

Nosferatu wiekopomne dzieło niemieckiego ekspresjonisty Fredricha Wilhelma Marnau jest filmową wariacją na temat powieści Brama Stockera, „Dracula”. Problem z prawami autorskimi sprawił, że wierna adaptacja nie mogła mieć miejsca toteż zamiast Hrabiego Draculi mamy Grafa Orloka w roli tytułowego Nosferatu. Imiona pozostałych bohaterów również zostały zmienione, pokombinowano także z fabułą, choć główne założenia, takie jak przybycie młodego handlarza nieruchomościami do zamku w Karpatach, pociąg Nosferatu do jego małżonki, obłęd starego sługi Nosferatu i wreszcie śmierć wampira pozostały nietknięte.

Pierwszym pełnometrażowym 'strasznym filmem' był oczywiście „Gabinet doktora Caligari” jednak nie został on oficjalnie przyporządkowany do gatunku grozy, prekursorem został więc w tej kwestii „Nosferatu”.

nosferatu symfonia grozy

Dlaczego?

Nosferatu posiada wszystkie cechy dobrego horroru. Fabułę, oparta na legendzie, w tym przypadku o krwiopijcy oraz antybohatera, który przeraża swoją charakterystyką. Odtwórca roli Orloka, Max Shreck (jego nazwisko oznacza grozę) był posądzany o wampiryzm, sam reżyser święcie w to wierzył i szybko wokół Maxa stworzono nastrój upiornej tajemnicy.

nosferatu symfonia grozy

Jego naturalny wygląd sprzyjał takim podejrzeniom, a dodatkowa charakteryzacja na potrzeby filmu rozwaliła widzów na łopatki. Tak, w horrorach z lat 20 wszyscy aktorzy wyglądają dość upiornie, zapewne to kwestia mody na bladość, mocne podkreślanie oczu no i używanego wówczas oświetlenia. Nasz łysy pan z dziwną budową czaszki, nienaturalnie długimi kończynami, lekko przygarbioną postawą wygląda wręcz arcygroźnie.

nosferatu symfonia grozy

Kolejną sprawą jest typowe dla starego kina europejskiego kręcenie w plenerze. Widzimy więc łąki, na których czai się potwór, osnute mgłą zamczysko otulone szczytami gór, upiorne powykręcane drzewa w świetle księżyca. Za oceanem tak się nie wysilali budowali makietę i gotowe. To typowo romantyczne odzwierciedlanie w siłach natury nastroju obrazu bardzo sprzyja klimatowi grozy. Z resztą z fabuły filmu wynika iż wampir jako istota jeszcze niezbadana przez naukę jest nieodłącznym elementem ekosystemu, jak np.mięsożerne rośliny. Przybycie wampira do Wisborgu jest utożsamiane z epidemią, śmiercią, czyli również rzeczą niestety naturalną.

Co do reszty symboli filmowych niektórzy doszukiwali się tu feministycznego manifestu, bo w końcu to nie kto inny jak niewinna niewiasta rozprawia się z potworem.

nosferatu symfonia grozy

Uzupełnieniem tego wszystkiego jest muzyka. Rewelacyjna, mocna, nastrojowa, taka jaka w pełni potrafi zrekompensować niedogodność niemego kina.

Nawet jeśli ktoś nie gustuje w starych filmach, powinien zobaczyć „Nosferatu”.

Moja ocena: 10/10