Archiwa tagu: horrory z 2020

Pokuta

The Lodge (2019)

Dzieci Richarda, dorastający Aidan i mała Mia zostają zmuszone przez ojca do świątecznego pobytu w górskiej chacie w towarzystwie jego nowej narzeczonej. Od śmierci ich matki minęło pół roku, a dla dwójki dzieci samobójstwo matki było wielką traumą.

Na przededniu świąt Richard opuszcza bliskich planując dołączyć do nich jak najszybciej, tymczasem jego dziewczyna Grace i jego dzieci będą musiały zmierzyć się z niebagatelnie trudną i dziwną sytuacją. Zamieć śnieżna odcina kontakt ze światem zewnętrznym, a w górskiej chacie dochodzi do zdarzeń, które trudno racjonalnie wytłumaczyć.

Wiem jak brzmi ten opis. Kolejna rodzina w kłopocie, na którą zwalają się jeszcze duchy, czy inne demony. Moi Drodzy, to nie tak. „The Lodge” tylko pozornie jest kolejnym mainstreamowym ghost story. Ten obraz to wynik kolejnej współpracy horroru psychologicznego „Widzę, widzę”. Jeśli przypadł Wam on do gustu równie mocno co mnie, chyba nie potrzeba lepszej rekomendacji.

„The Lodge” dobiera się do każdego schematu, pochylając nad klasyką jak „Lśnienie„, „Coś”, czy „Inni” i wywraca do góry kołami wszystko czego nauczyliśmy się latami kolejnych horrorówych seansów. Operuje atmosferą rodem z najlepszych nastrojówek, wykorzystuje przewrotne twisty fabularne, sięga do ciemnej psychologii traumy.

Spodobał mi się od pierwszych ujęć, obchodząc się z widzem bez emocjonalnych ulg i pokazując jak się sprawy mają.

Na samo wejście mamy samobójstwo matki – porzuconej żony i rozpacz jej dzieci. Mamy chłodnego ojca, lekarza psychiatrę, który lekceważy emocje swoich dzieci w ślepym pędzie do nowego życia ze swoją pacjentką Grace. Wreszcie trafiamy w oko cyklonu, czyli do górskiej chaty otoczonej śniegiem. Widzimy tu ludzi… w kłopocie.

Richard wyjeżdża zostawiając dzieci pod opieką narzeczonej. Smutne i zagniewane dzieciaki i Grace, która ma wyraźne problemy sama ze sobą. Wkrótce dowiemy się, że dźwiga na swoich barkach ciężar życia w ekstremalnej sekcie religijnej. Nie opowie o tym przy kominku, zamiast tego widzowi zaserwowane zostają wyjątkowo sugestywne migawki jej wspomnień. To jeszcze nic. Najlepsze się zacznie. Bardzo chciałbym Wam o tym opowiedzieć, ale nie bardzo mogę. Oczywiście mogłabym kręcić idąc śladem kolejnych tropów jakie możemy wychwycić w czasie seansu, ale nie chcę tego robić. Obejrzyjcie.

Cała produkcja to techniczne cacuszko. Same zdjęcia plenerów, scenografia ujęta pod odpowiednim kątem budują klimat. A jak to mało podkręcicie dźwięk. Bardzo lubię horrory na śniegu, takie piętno wychowania w Panoramie;) Twórcy doskonale wykorzystują okoliczności przyrody. Jest tak zimno jak tylko może być po śmierci. Obsada przełamuje kolejne lody prezentując zawikłane interakcje między bohaterami. Nie ma tu ludzi dobrych, nie ma też ludzi złych. Trudno o uczciwy osąd, można się tylko dziwić temu do czego zdolny jest ludzki umysł.

Horror sytuacji waha się między smutkiem, a strachem. Subtelne sygnały, stałe horrorowe rewizyty, jak klasyk grozy na ekranie telewizora, czy domek dla lalek, który chyba chce nam coś powiedzieć, przypomina o korzeniach tej produkcji. Swoją drogą obraz powstał  w  wytwórni Hammer Films, więc no… Helloł 😉

Nie popełnijcie wobec niego grzechu zaniechania. Oglądajcie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat: 9

Napięcie: 8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Zabawa:9

Oryginalność:8

To coś:8

77/100

W skali brutalności:1/10

W chatce z piernika

Gretel & Hansel/ Małgosia i Jaś (2020)

W epoce opanowanej przez zarazę i głód dwójka dzieci, szesnastoletnia Małgosia i ośmioletni Jaś zostają zmuszeni przez matkę do opuszczenia rodzinnego domu. Udają się w drogę by u jej kresu spotkać leśników, którzy zapewnią im pracę i schronienie. Droga przez las jest jednak długa i męcząca, a dzieci dopada głód. Wtedy ich oczom ukazuje się dom. Jego właścicielka, starsza kobieta o imieniu Holda przygarnia dzieci. Oferuje im cały stół obfitości, ale w świecie nic nie jest za darmo.

Z wielką niecierpliwością oczekiwałam nowego filmu Oz’a Perkinsa. Tak, facet jest synem 'Normana Batesa', tj. odtwórcy tej słynnej roli, więc można powiedzieć, że zamiłowanie do grozy ma w genach. Jego filmy są dalekie od mainstreamu, ale cieszą się uznaniem zarówno wśród krytyków jak i wśród zwykłych widzów.

W przypadku najnowszego filmu, Perkins postawił na klasyczną baśń Braci Grimm, germańską opowieść o czarownicy, która zjada zbłąkane w lesie dzieci. Każdy kto zna oryginale wersje zebranych przez Grimmów baśni wie, że te potrafią porażać brutalnością, a „Jaś i Małgosia” jest tego dobrym przykładem. Po fabule filmu spodziewałam się może nie tyle historii brutalnej, co mrocznej. Mrocznej mrokiem z rodzaju „Czarownicy. Bajki ludowej z Nowej Anglii”. I jeśli chodzi o klimat opowieści odzwierciedlony w obranych plenerach, wykonanych zdjęciach czy ścieżce dźwiękowej, to poniekąd to otrzymałam, ale nie do końca porwała mnie warstwa fabularna.

W ostatnim czasie miałam okazję czytać publikację Pullmana traktująca właśnie o bajkach braci Grimm. W jej wstępie autor wyjaśnia, że istotą bajek jest ich prostota dająca szansę opowiadającemu na ożywienie historii, wzbogacenie jej zgodnie z własną wyobraźnią. Scenariusz filmu Perkinsa stosuje się do tego założenia, ale zamiast wzmacniać przekaz baśni, moim zdaniem ją rozcieńcza. Historia skupia się na postaci Małgosi, stąd też zmiana kolejności imion dzieci w tytule- Małgosia wychodzi na prowadzenie. Otrzymujemy tu opowieść o dorastaniu młodej dziewczyny, o dokonywaniu przez nią wyborów. Czarownica Holda objawia przed nią tajemnicę jej własnej natury, wskazuje drogę pełną obfitości, co zrobi Małgosia?

Seans z filmem zaliczam do kategorii przyjemnych pod względem artystycznych doznań, ale nie zaangażował mnie emocjonalnie w większym stopniu, pomimo wszystkich niewątpliwych walorów technicznych i warsztatowych. Kilka scen wyjątkowo zwróciło moją uwagę – 'stoliczku nakryj się' 😉 – doceniam obsadę i starania by historia miała rozsądnie feministyczny wydźwięk. Ale nie chwyciło mnie to tak, jak bym chciała.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność: 6

To coś:6

61/100

W skali brutalności: 1/10

Pobaw się z Brahmsem

Brahms: The Boy II (2020)

Pod nieobecność ojca rodziny Liz i jej syn Jude stają się ofiarami włamania. Traumatyczne przeżycie odbija się szczególnie na chłopcu, który od momentu tragedii przestał mówić. Celem zmiany otoczenia mającej przenieść rodzinie ukojenie decydują się na wynajęcie domu na prowincji, pośród lasów. Tuż po przeprowadzce Jude znajduje na terenie posiadłości lalkę, imitującą postać małego chłopca. Lalka staje się jego najlepszym przyjacielem i to z nią w końcu chłopiec zaczyna rozmawiać. Co więcej Jude utrzymuje, że lalka też do niego mówi. Przedstawiła mu się jako Brahms i oświadczyła, że mam dla rodziny Juda nowe zasady, według których ci muszą żyć.

Kto by pomyślał, że tak chłodno przyjęty przez publiczność w 2016 roku „The Boy” doczeka się sequelu? Żaden inny twórca nie rzucił się w pożądaniu na ten pomysł więc mamy do czynienia z raczej rzadkim przypadkiem, gdy sequel wychodzi z pod ręki twórcy oryginału. William Brent Bell samodzielnie zadbał także o scenariusz. Jak sobie poradził z pociągnięciem historii? Poradził sobie całkiem zgrabnie i mówię to biorąc pod uwagę, że nie wyszła z tego żadna rewelacja, ale jakby nie patrzeć oryginał też nią nie był.

Każdy kto zna pierwszego „The Boy’a” wie, że tam wszystko zaczęło się od schematycznego ghost story z nawiedzoną lalką w roli głównej, po czym nastąpił finałowy twist całkowicie przeczący wcześniejszym założeniom. O ile jestem zorientowana, to większość widzów już wolałaby zostać przy ogranym motywie opartym na ghost story, niż z tym, co w ostatecznym rozrachunku zaproponował twórca jako rozwiązanie całej zagadki Brahmsa.

Biorąc pod uwagę, w którą stronę uderza kontynuacja widzę, że twórca wyciągnął ze swojego finałowego potknięcia lekcje. Zmodyfikował historię lalki i jej imiennika na tyle, że mógł wrócić na bezpieczne pielesze historii o duchu tkwiącym w postaci lalki. Uważam to za rozsądny ruch, dlatego napisałam, poradził sobie zgrabnie.

Dał widzą to czego poniekąd chcieli, ale czy tym samym zrehabilitował się na tyle by druga część tej historii spotkała się z cieplejszym przyjęciem? Tu bym nie przesadzała z wróżeniem sukcesu. Ta historia nadal jest średnia, i choć widzę ogrom starań włożony w zbudowanie solidnej warstwy paranormalnej, to znowu mi czegoś brakuje.

Bardzo miło było mi spotkać na ekranie Katie Holmes wcielającą się postać matki Jude’a. Wykreowała ła naprawdę ciekawą postać z potencjałem, którego jednak nie wykorzystano. Cała uwaga skupiona jest na postaci jej synka o porcelanowych licach, u którego zdiagnozowano mutyzm wybiórczy (wtopa: mutyzm wybiórczy polega na niezdolności porozumiewania się werbalnego tylko w wybranych sytuacjach, np. gdy dziecko mówi w domu, a nie odzywa się szkole, lub porozumiewa się tylko z rówieśnikami, a nie z dorosłymi etc. Tymczasem u Jude’a, mamy mutyzm całkowity w następstwie urazu psychicznego. Ani be ani me, ani do mamy ani do taty, ani do pani terapeutki. Dopiero z czasem chłopiec zaczyna mówić, najpierw do lalki a za moment także do rodziców)

Co ja pisałam? A tak, że cała uwaga scenariusza skupia się na postaci Jude, olewając matkę z potencjałem do dobrego psychicznego odjazdu. Naprawdę gdyby trochę przy niej podłubać, wykorzystać traumę, której też jakby nie patrzeć doświadczyła i trochę skomplikować jej odbiór rzeczywistości byłoby dużo ciekawiej.

Tymczasem scenariusz uporczywie i bez cienia wątpliwości wskazuje palcem na jednoznacznie nadnaturalną przyczynę wszystkiego co dzieje się w domu. Cóż, jak widać twórca uczy się na błędach i jeśli lwia część widowni podzieli moje zdanie to przy następnym „The Boy’u” w końcu będzie jak trzeba. O ile takowy powstanie. Czy na to liczę? Mówiąc szczerze nie szczególnie mi na tym zależy.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo: 7

Oryginalność:3

To coś:5

49/100

W skali brutalności: 0/10

Ktoś, kogo nie widać

The Invisible Man/ Niewidzialny człowiek (2020)

Młoda kobieta, Cecilia Kass, ucieka od swojego męża, Adriana Griffina genialnego inżyniera optyki. Schronienie znajduje w domu przyjaciela, policjanta Jamesa i jego nastoletniej córki. Niestety ciężar dotychczasowego życia pod pręgierzem agresora odciska na niej piętno tak duże, że nie jest w stanie opuścić domu bez lęku.

Wtedy spada na nią informacja o samobójczej śmierci Adriana. Czyżby była wolna? Tak naprawdę wolna? Kiedy w sercu Cecilii pojawia się nadzieja na upragnioną normalność lęk powraca ze zdwojoną siłą. Lęk, najgorszy z możliwym, bo przed tym czego nie widać.

Wydana po raz pierwszy w 1897 roku powieść Herberta Georga Wellsa „Niewidzialny człowiek” przeszła do kanonu gatunku powieści sci-fi. Zekranizowana przez studio Universal w 1933 roku, zyskała potencjał filmowy. Pojawiały się sequeleremakesequele remake’ów – jak to zwykle w przypadku klasyki, każdy chciał na tym pomyślę zarobić.

O ile film z lat ’30 bardzo lubię, bo lubię stare horrory Universal’a generalnie to te powstałe po roku 2000 mam już głęboko w pogardzie.

Zastanawiałam się co też z filmem zrobią współcześni, w roku 2020. Założeniem wytwórni Universal było odświeżenie studyjnych klasyków, ale gdy zobaczyłam jak to założenie sprawdziło się w przypadku „Mumii”… chyba się nie dziwicie, że zwątpiłam.  Na szczęście Leigh Whannell obrał zupełnie inny kierunek i nowy „Niewidzialny człowiek” jest zupełnie niegłupią rozrywką.

Scenariusz odszedł od oryginału. Przede wszystkim całą historię poznajemy z perspektywy bohaterki nie istniejącej dotąd ani w powieści ani w filmie.

Cecilia jako pierwsza przekonuje się o tym jak szalony i niebezpieczny jest naukowiec Adrian Griffin, jej mąż. Kontrolujący ją na każdym kroku, stosujący psychiczną przemoc. Kiedy w końcu udaje jej się uciec z ich wspólnego, a jakże wypasionego, domu musi poradzić sobie z traumą. Wie, że jej oprawca nie jest osobą, która łatwo odpuszcza, więc aż do pojawienia się informacji jego śmierci Cecilia trwa w przekonaniu, że Adrian na nią czyha.

Tu wielkie brawa należą się wcielającej się w rolę kobiety Elisabeth Moss, znaną z tytułowej roli w „Opowieści podręcznej”. Nie jest to aktorka, która może znaleźć się na topie listy najseksowniejszych, najpiękniejszych, najpowabniejszych. Jest za to charakterystyczna i diabelnie zdolna. Bardzo ją lubię. W roli kobiety ocierającej się o szaleństwo, trawionej przez paranoje, jest świetna. Nie gorzej wypada, gdy przychodzi jej zmieniać się w wojowniczkę, pewną swojej racji.

Akcja właściwa rozpoczyna się z chwilą gdy do Cecyli dociera, że jej mąż choć martwy nadal niszczy jej życie. Nie widzi go, ale jest pewna jego obecności. Czy ktoś daje jej wiarę? Może i Adrian był genialnym naukowcem, ale jak mógł stać się niewidzialny? Aj, to jest bardzo ciekawy wątek dla fanów sc-fi. Natomiast dla miłośników horrorów znajdzie się tu jeszcze więcej. Zaczynając od atmosfery zaszczucia i paranoi, przez narastające wokół sytuacji napięcie, i wreszcie dreszczyk uzyskany dzięki małym, subtelnym, klasycznym chwytom jak sceny z przekradaniem się, ukrywaniem etc.

Największą siłą tego filmu, tej historii, jest wybitnie celny strzał w największy ludzki lęk: lęk przed tym czego nie widać. Zagrożenie może być wszędzie, może zaatakować  znienacka, Jak chronić się przed czymś czego nie widać. Do tego dochodzi poczucie, że ogarnia nas obłęd, bo nikt nie daje wiary w istnienie niewidzialnego.

Filmowy antybohater jak na wprawnego psychopatę przystało konsekwentnie wpędza naszą bohaterkę w coraz większe kłopoty. Dba o to by wszyscy się od niej odwrócili, a ona w końcu poddała się jego woli…

Słowem podsumowania, produkcja bardzo udana, zasługująca na uwagę, konkretnie zrobiona z dobrze przemyślanym scenariuszem. Polecam.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa: 9

Zaskoczenie: 7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś: 8

70/100

W skali brutalności: 2/10

Polski camp slasher

W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020)

Grupa młodzieży uzależnionej od nowych technologii bierze udział w wędrownym obozie 'Adrenalina', gdzie pośród lasu mają odkryć zalety życia poza cyberprzestrzenią. Na miejscu zostają przydzieleni do mniejszych, pięcioosobowych podgrup i puszczeni w las. Do grupy opiekunki Izy należy Aniela, Zosia, Julek, Daniel i Bartek. To właśnie oni będą mieli szczęście dowiedzieć się, czym jest prawdziwa adrenalina, gdy na swoim szlaku spotkają Podlaskiego Jasona.

Wyznaczona na piątek trzynastego data premiery „pierwszego polskiego slashera” ewidentnie przyniosła mu pecha. Po pokazie prasowym zdecydowano o przesunięciu premiery na czas bliżej nie określony, po czym Netflix ogłosił: bierzcie i oglądajcie, przez co nie wiadomo, czy film dostąpi zaszczytu zagoszczenia na wielkim ekranie. Nastroje w kraju są takie, a nie inne i nikt chyba nie myśli już o wypadach do kina. Wystarczającej adrenaliny może dostarczyć przejazd PKS’em do najbliżej Biedronki. Ale do rzeczy.

Może na wstępie coś powinniśmy sobie wyjaśnić. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” nie jest pierwszym polskim slasherem. Sama pisałam już o przynajmniej dwóch, a wrodzona skromność;) nie pozwala mi wnioskować, że obejrzałam wszystko w tym gatunku. Mieliśmy klawy „Piotrek 13ego” i „Gdzie diabeł mówi dobranoc. Obydwie offowe produkcje przypadły mi do gustu bardziej niż dzieło Bartka Kowalskiego. Owszem obydwie szły bardziej ewidentnie w stronę pastiszu aniżeli horrorów na serio, ale nie zmienia to faktu, że „W lesie…” też nie da się odebrać na poważnie.

Kowalski podkreślał niewielki budżet filmu, ale akurat te rzeczy, które bolały mnie w odbiorze produkcji najbardziej były od budżetu niezależne. Film może razić kiepską jakością zdjęć, czy efektów, może razić chałupniczą charakteryzacją, ale wszystko to zostanie rozgrzeszone jeśli pomysł będzie dobry, a scenariusz przemyślany i dostosowany do budżetu.

Początek filmu jest wcale nie głupi. Klasycznie camp slasherowy. Idziemy w las z archetypowymi bohaterami tego rodzaju produkcji. Widzimy pierwszą śmierć, pierwszego protagonisty. Aj, taki ukłon w stronę którejś z części „Piątku 13ego”. A później wszytko zaczyna się sypać. Scenarzystę przywiązali do drzewa i porzucili.

Co wyróżniało najlepsze slashery spośród całej masy hurtowo produkowanych filmów klasy B? Postać Final Girl, historia antagonisty i sceny mordów. Te ostatnie wcale nie musiały być szczególnie krwawe, liczyło się to by zabić w nowy, totalnie odjechany sposób. Tymczasem o ile pierwszy z listy zgonów, zgon można uznać za swego rodzaju hołd na otwarcie o tyle cała reszta jest już kalkowaniem, odhaczaniem kolejnych tytułów. Ty zginiesz jak w „Teksańskiej masakrze...”, a ty jak we „Wrong turn„. Żadnej własnej myśli twórczej.

Czas na Final Girl. Zgodnie z moimi przewidywaniami jest nią Zosia. Ta nieuczesana i źle ubrana. Rozpoznacie w niej Wieniawę z której zdarto cały glamour i kazano jej być aktorką. Pytanie za milion: Co Zosia robiła na obozie offline’owym? Jej naiwnie sentymentalna historia nijak nie prowadzi ja do miejsca przeznaczenia. SPOILER: Twoja rodzina zginęła straszną śmiercią? Jedz na obóz z dzieciakami uzależnionymi o youtube’a, to Ci dobrze zrobi.KONIEC SPOILERA. Czy ktoś zadał sobie choć odrobinę trudu by trzymało się to kupy? Wątpię.

Czas na antagonistę, a właściwie antagonistów, dwóch, żeby było na bogato. Charakteryzacja? Widzieliście „Topór”? No to wiecie jak wyglądają polscy Jason’owie. Znowu brak myśli twórczej.

Za to urąganie za brak inwencji pokarało mnie w momencie, gdy przedstawiona mi została biografia owych' Toporników'. Tu pojechali po bandzie. Pojechali tak, że nie jestem w stanie wymyślić głupszej i bardziej absurdalnej historii 'narodzin leśnego zła'. Była za to okazja do zużycia resztek budżetu, który został po wypłaceniu gaży Wieniawie i Gosiewskiej, na efekty komputerowe. Tak, mamy scenę otwierającą z „Prometeusza” w wersji Kowalski i s-ka.

Fabuła. Fabuła jak wspomniałam bazuje na schemacie camp slashera, jednak zamiast z tego nurtu czerpać co najlepsze, konsekwentnie zbiera wszystkie poprodukcyjne odpadki. Wytrwale przeczy logice i olewa związki przyczynowo skutkowe. Przypomina to gotowanie zupy z tego co akurat zostało w lodówce. Ten przepis raczej nie trafi do master chef’a.

Mam świadomość tego, że pomijając  kwestie telefonu, czy wątek spotkania Bartka z księdzem, większość fabularnych luk wynika z grubych montażowych cięć. Na zasadzie: To się wyjebie, nikt nie zauważy różnicy, a przyoszczędzimy trochę czasu. Błąd. Horrory to nie filmy dla idiotów.

Czy było tam coś dobrego? Na osłodę powiem, że: Tak, początek był obiecujący. Niektóre żarty się udały. Zosia do Julka: Julek, a ty umiesz biegać? 🙂 Uśmiechnęłam się. Wieniawa wcale nie zagrała najgorzej. Nagroda Złotego Drąga przypada Gośiewskiej. Jej występ uporczywie nasuwał mi skojarzenie z rolą Paris Hilton w „Domu woskowych ciał”. Nie nudziłam się, to też plus.

Tak czy owak, potwierdziło, się moja myśl: Polacy nie potrafią robić amerykańskich horrorów. Mimo tego seans z „W lesie dziś nie zaśnie nikt” uważam za pozycję obowiązkową. Może być ku przestrodze, albo z pobudek patriotycznych;)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie: 5

Walory techniczne: 6

Aktorstwo: 6

Oryginalność:3

To coś:4

46/100

W skali brutalności:2/10