Dom na końcu świata

The Crescent /Półksiężyc (2017)

Owdowiała Beth zabiera dwuletniego synka Lowena do domu letniskowego swojej matki położonego tuż nad samym morzem. Jak sama tłumaczy dziecku, tu kończy się świat. Kobieta oddaje się artystycznej pasji i opiece nad synkiem, niestety pobyt daleki jest od sielskich wakacji. Niedawna tragedia odcisnęła silne piętno na psychice Beth, a i wytłumaczenie dwulatkowi zniknięcia ojca nie jest łatwym zadaniem. W tym wszystkim pojawiają się jeszcze zdarzenia, o których można myśleć jako o tajemniczych i niewyjaśnionych.

Tytuł „Półksiężyc” odnosi się bezpośrednio do nazwy posiadłości, w której kilka dziwnych dni spędzą nasi bohaterzy. Dziwna nazwa, dla dziwnego domu i nie chodzi tylko o jego dziwność architektoniczną, raczej o to czego można tam doświadczyć.

Jest to jeden z tych obrazów celujących w uczuciowość widza. Emocje jakie odczuwają bohaterzy mają znaleźć odzwierciedlenie we wrażeniach widza. Nie będzie więc specjalnie rozrywkowo, nie nastawiajcie się.

Powolna, wręcz senna narracja sprzyja wglądowi i kontemplacji. Nie spotkacie tu ujęć nastawionych na wystraszenie widza, bo to czego boi się nasza bohaterka to to, czego nie widać. Zasada stara jak świat, a jednak kino jako sztuka wizualna musi wszystko pokazywać. Jeśli mamy mieć ducha, to trzeba go zobaczyć. Tu go nie zobaczycie. To znaczy…no coś zobaczycie, ale czy to duch? Cały ambaras w tym, że rzeczywistość jaką kreuje owa produkcja jest dość mglista, rozmyta i niejednoznaczna. Liczą się odczucia, wrażenia, przeczucia i niepokój. Nie strach, nie groza, a niepokój. Stąd już tylko rzut beretem od utajonego podskórnego lęku, który ciężko zdefiniować.

Nie będę ukrywać, że lubię takie zagrania, to coś zdecydowanie dla mnie. I o ile przez lwią część filmu nie mamy bladego pojęcia o co tak naprawdę chodzi to jego finał wyjaśnia wszystko. A jakby Wam było mało to jest jeszcze epilog, na potwierdzenie.

Czy ta zagadka jest oryginalna? Nie. Czy sposób jej przeprowadzenia jest oryginalny? Tu już jestem bardziej skłonna do zgody. Mnie to zadowoliło, mnie to kupiło.

Technicznie mimo relatywnie niewielkiego budżetu film prezentuje się bardzo dobrze. Ogromny plus za udźwiękowienie, soundtrack i wszelkie wrażenia słuchowe. Jeszcze większy plus za wybór miejsca akcji. Nie wiem, czemu filmowcy tak rzadko stawiają na nadmorskie krajobrazy jako przestrzeń do zbudowania fabuły filmu grozy. Tymczasem jest coś krańcowo niepokojącego w ujęciach ciemnych fal, pustej plaży, suchych traw czesanych wiatrem. Seth Smith w pełni to wykorzystał, niemal każdy kadr przygnębia i niepokoi.

Co jeszcze wykorzystał? A wykorzystał swojego synka. W roli dziecka Beth zobaczymy nikogo innego jak syna twórcy. I ten dzieciak jest wybitny. Jeśli możemy mówić o jakimkolwiek warsztacie u dwulatka to to dziecko czuje się na planie jak ryba w wodzie. Wieść gminna niesie, że Lowen był najważniejszą osobą w ekipie i to on wytyczał rytm prac. No cóż, poświecenie się opłaciło, młody czaruje z ekranu. 

Nie jest to zdecydowanie film, który spodoba się wszystkim Nie przypadnie go gustu osobom oczekującym wartkiej akcji, zdecydowanych rozwiązań fabularnych i kinowego przepychu. Jest skromnie, cicho, onirycznie.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa: 6

Zaskoczenie:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności: 1/10

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Publikując komentarz akceptujesz Regulamin komentarzy.