Całkiem inny James Wan

Malignant/ Wcielenie (2021)

Młoda kobieta Madison po kolejnej domowej awanturze doznaje urazu głowy, który funduje jej ukochany. Od tamtej pory zaczynają nawiedzać ją upiorne wizje w których świadkuje scenom mordów. Co więcej za każdym razem okazuje się, że do owych zbrodni doszło naprawdę w realnym świecie. Stan psychiczny kobiety pogarsza się, a jej opowieściami zaczyna interesować się policja.

„Wcielenie”, najnowszy film j=Jamesa Wan’a miał być sposobem na odcięcie się od formuły ghost story, czyli tego, z czego jest głównie znany i z czym kojarzony. Tym razem 'facet od „Obecności” stawia na horror tak daleki od estetyki nastrojówek, że tylko po pojedynczych kadrach pojawiających się w pierwszej partii filmu możemy rozpoznać w nim jego reżyserskie rzemiosło. (Patrzcie, scena przed telewizorem) Później zaczyna się jazda i jest to jazda jakiej nie powstydziliby się twórcy kina superbohaterskiego, bo z dobrodziejstwa technologii komputerowej nasz twórca korzysta bez zahamowań. Gdyby można było mnie tym kupić, to byłabym kupiona.

Co innego jednak bardziej zwraca moją uwagę. bardziej niż te plazmowe ściany i topniejące sufity. Ano, łatwo się we „Wcieleniu” dopatrzeć całego szeregu odwołań do stylu włoskiego kina lat ’70. No, tu musicie być  w opór zaskoczeni, bo jeśli James Wan zupełnie do czegoś nie przystawał to właśnie do giallo.

Tymczasem widzimy szereg ujęć poświęconym ekspozycji narzędzia zbrodni – a jakże jaskrawo złotawego ostrza, antagonistę skrytego pod płaszczem i wreszcie całą możliwą do zmieszczenia na ekranie teatralność i krzykliwość scen śmierci. Protagonistów także skrojono na miarę starego giallo. Trochę banału, trochę melodramatu, obowiązkowe zacięcie komediowe odzwierciedlone w sylwetkach pary dochodzeniowców, którzy do niczego nie dochodzą – radź sobie człowieku sam, tylko daj numer do siostry, bo fajna dupa;)

Fabuła oferuje widzowi dość ciekawy, ale nie wiem czy oryginalny plot twist związany z historią głównej bohaterki. Tu znowu mamy jazdę po bandzie, bo o ile motyw ten widzieliśmy już u Króla, widzieliśmy też w takim jednym filmie z serii Master of Horror- a tytułu Wam nie podam, bo byłby spoiler, to nie widzieliśmy go w tak rozdmuchanej efektami formie. Serio, scena w areszcie to istny „Old Boy” – załatwiam wszystkich skurwieli na jednym wdechu. Same sceny demaskacji antybohatera to istny kosmos i popis pojebaństwa. No, ja się zohydziłam, body horror jak nic.

Polotu niestety zabrakło na poziomie emocjonalno-motywacyjnym, bo generalnie całość wypada dość płytko i trudno tu o dramaturgię, która zostałby potraktowana przez widza na sto procent serio. Kino raczej rozrywkowe, raczej zabawowe. Wan wrócił do krainy dzieciństwa, gdzie mógł pobawić się wszystkimi tymi zabawkami, na które nie było stać jego starych. I fajnie, niech ma chłopak coś od życia, nie tylko te katolickie gusła mało zabawne;)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne: 6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:7

61/100

W skali brutalności: 3/10

2 komentarze nt. “Całkiem inny James Wan

  1. Nala

    Hahaha, zajebista recenzja. Choć piszesz o horrorze, znów się pośmiałam.
    I jak tu Cię nie czytać…? No nie da się, po prostu. Wręcz trzeba!
    Dzięki i pozdrawiam.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Publikując komentarz akceptujesz Regulamin komentarzy.