Pali się

Strażak – Joe Hill

Draco incendia trichophyton, inaczej smocza łuska to choroba zakaźna, która zaczyna się od zmian skórnych, a kończy samozapłonem. Dotknięta nią zostaje między innymi Harper Grayson pracująca jako pielęgniarka. Harper podobnie jak dziesiątki innych zakażonych staje się obiektem wykluczenia, nawet przez własnego męża, nawet pomimo ciąży. Osoby zakażone smoczą łuską z powodu zagrożenia samozapłonem są tropione i eliminowane przez tak zwane Szwadrony Kremacyjne, których celem jest zapobieganie szerzeniu się epidemii i zapobieganiem pożarom będących bezpośrednią konsekwencją zachorowań. Wtedy w życiu Harper pojawia się tytułowy Strażak, tajemniczy mężczyzna, który nie tylko potrafi zapanować nad właściwościami choroby, a wręcz je wykorzystać.

Bardzo długo wzbraniałam się przed twórczością Joe Hill’a. To co mogło przyciągnąć jego potencjalnych fanów, czyli bliskie pokrewieństwo z Mistrzem Grozy, Stephenem Kingiem, na mnie działało odstręczająco. Mimo, że Joe nie pisze pod nazwiskiem ojca, to nie da się ukryć, że zarówno wydawcy jak i czytelnicy w lwiej części zdawali sobie sprawę z tego z kim mają do czynienia. Trudno było mi uwierzyć, że za jego popularnością faktycznie stoi talent, a nie nepotyzm, zwłaszcza, że w przeszłości miałam okazję czytać powieść autorstwa drugiego z synów Kinga, starszego, Owena. Nie muszę chyba dodawać, że nieszczególnie zachwyciła mnie jego twórczość. To co co mnie ostatecznie przekonało do zmiany postawy to jedno opowiadanie, „W wysokiej trawie” napisane przez Hilla do spółki z ojcem. Zrobiło na mnie na tyle duże wrażenie, że postanowiłam przyjrzeć się jego samodzielnej pracy.

Na pierwszy ogień poszedł „Strażak”, bodajże czwarta publikacja Hilla. Nie wiem, czy wybrałam dobrze, bo okazało się, że osiemset stronicowy „Strażak” to pokłosie „Bastionu” Kinga. Autor zresztą wcale nie wypiera się inspiracji dziełem ojca. Nie mogłam przestać porównywać obydwu powieści.

Podobnie jak „Bastion” jest to powieść bardzo uniwersalna z marketingowego punktu widzenia. Nie celuje w zamknięta grupę odbiorców, dbając by każdy czytelnik znalazł w niej coś dla siebie. Duża w tym zasługa szerokiego przekroju charakterów naszych bohaterów i użycia dość uniwersalnych miłych konwencji jak ta na bazie, której zbudowana została postać Harper. Początkowo kobieta jawi nam się jako archetypowa szara myszka. Powiecie taka Bella Anastazja uzależniona od chłopa i pewnie będziecie mieć rację, ale taka postać kobieca to wynalazek jeszcze z czasów powieści gotyckiej i sam du Maurier w podobny sposób prezentuje narratorkę „Rebeki. Jest to tym bohaterki stworzony by drażnić i irytować co bardziej pewne siebie czytelniczki oraz by łechtać samoocenę tych z niższym poczuciem własnej wartości z chwilą, gdy nasza szara myszka przechodzi do ofensywy i staje się frontmenką historii. Tak też się finalnie dzieje w przypadku Harper. W momencie, gdy kobieta trafia do osady dla chorych-ocalałych Wydham porzuca mężowskie nazwisko i staje na własnych nogach zaczyna jawić się jako ostoja ludzkich wartości w świecie zdominowanym przez okrucieństwo. Tak klasyczna, ale sympatyczna ewolucja postaci. Rutynowa bym rzekła i skrojona na miarę.

Wymowa powieści mimo całej postkapitalistycznej otoczki wydaje mi się jednak mniej dołująca niż w przypadku „Bastionu”. Nie wiem z czego to wynika, po prostu tak to odczułam. Chyba potraktowałam tę apokalipsę mniej serio. 

Wracając jeszcze do stworzonych przez Hilla postaci, bo nie trudno się domyślić, że na ośmiuset stronach zmieści się wielu bohaterów to na szczególna uwagę zasługuje pan kaznodzieja, duchowy przywódca wygłaszający płomienne i trzeba przyznać przekonujące mowy. Nietrudno się domyślić że jest on czarnym charakterem i to skonstruowanym w bardzo przemyślany sposób. Hill z resztą pisał tą powieść cztery lata, więc miał czas na rozmyślania. A wyobraźnie ma, trzeba przyznać przebogatą.Potrafi też z wprawą czerpać z innych dzieł, choć nie wiem, czy w pewnym momencie monumentalne aspiracje go nie przerosły. Niektóre bardziej fantazyjne elementy fabuły trąciły zbyt dużym pierwiastkiem baśniowości, ale w ogólnym rozrachunku całość tworzy spójny świat przedstawiony, trochę dziecinny jak na szerszy kontekst dziejowy do którego bije, ale mogący się podobać.

Na sam koniec pochwalę też styl autora i tu mamy zasadniczą różnicę między juniorem, a seniorem. Joe pisze inaczej, już same zdania są krótsze. Nie bawi się też tak rozrośnięte gawędziarstwo, jest dużo bardziej konkretny. Podsumowując, jeśli wyzbędę się maniery uporczywego porównywania Hilla z Kingiem to jest szansa, że się polubimy.

Moja ocena: 5+/10

Dziękuję wydawnictwu Albatros

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Publikując komentarz akceptujesz Regulamin komentarzy.