By się dobrze bawić trzeba kogoś zabić

Zabawmy się u Adamsów – Mendal W. Johnson

Ameryka lat ’70. W małej miejscowości w stanie Maryland mieszka rodzina Adamsów, małżeństwo z dwójką dzieci. Adamsowie udając się w wymarzoną podróż po Europie postawiają pozostawić dzieciaki pod opieką młodej, ale odpowiedzialnej studentki pedagogiki Barbary Miller. Kobieta nawiązuje z dziećmi dobrą relację więc nic nie zapowiada tragedii, do której wkrótce dojdzie. Barbara zostaje bowiem więźniem dziewięcioletniej Cindy, trzynastoletniego Bobby’ego i ich kolegów z sąsiedztwa siedemnastoletniej Dianne, trzynastoletniego Paula i szesnastoletniego Randalla.

Już wspominając o tej powieści na ig zaznaczyłam, że jest to książka w stylu Jacka Ketchuma. Ci, którzy znają autora powinni kojarzyć jego najgłośniejszą powieść, czyli „Dziewczynę z sąsiedztwa” będącą sfabularyzowaną historią tragedii jaka w latach ’60 spotkała Sylvie Likens.

„Zabawmy się u Adamsów” bez wątpienia ją przypomina, choć w komentarzu do powieści Grady’ego Hendrixa nie mamy nawet wzmianki o tej dziewczynie. Grady jako źródło inspiracji autora wskazuje „Władce much” i wcale nie jest to głupi trop, ale w moim przypadku skojarzenia z historią Sylvii było dużo mocniejsze. Jakkolwiek było faktycznie mamy tu do czynienia z powieścią, którą spokojnie można zaliczyć do podgatunku splatterpunku, czyli rodzaju horroru, który choć brutalny nie idzie w absurd ekstremy, ale kładzie nacisk na realizm. To nie jest gatunek dla wrażliwych miłośników subtelnego klimatu grozy.

Mogę Wam jednak powiedzieć, że w moim akurat przypadku pod względem wrażeń „Dziewczyna z sąsiedztwa” zostawia w tyle „Zabawmy się u Adamsów”. Początkowo ciężko było mi wskazać przyczynę takiego stanu rzeczy, ale im dłużej myślę o tej powieści tym klarowniejszy staje się jej obraz w mojej głowie.

Teoretycznie fakt iż w „Zabawmy się u Adamsów” w ogromnej mierze skupia się na perspektywie ofiary, czyli torturowanej Barbary powinien sprawiać, że obraz jej tragedii silniej zachodzi za skórę. Teoretycznie, bo nie mamy tu jednak narracji pierwszoosobowej, a ta wydaje mi się być kluczowa jeśli miałabym ocenić siłę oddziaływania przekazu treści. W „Dziewczynie z sąsiedztwa” z taką narracją mamy do czynienia, jednak nie jest to narracja ofiary, a oprawcy – choć może oprawca w przypadku tego akurat chłopca nie jest najwłaściwszym określeniem, ale znalazł się on jednak w pozycji osoby, która przyczyniła się do tego co spotkało tytułową bohaterkę.

Drugą rzeczą jaka przychodzi mi do głowy jest swego rodzaju rozmycie relacji z opisanych wydarzeń poprzez nagminne wtrącenia natury refleksyjnej. U Ketchuma mamy konkret, brutalny w swojej surowości, zaś Johnson teoretycznie skupia się na czym innym. Skala tego czego doświadcza Barbara, wydaje się może nie tyle mniejsza co właśnie rozmyta. Ale oczywiście jest to moje subiektywne odczucie. Sygnalizuję je z uwagi na obecność czytelników, którzy deklarowali, że po lekturze „Dziewczyny z sąsiedztwa” nie tkną więcej tego rodzaju powieści. Myślę po prostu, że po lekturze Ketchuma „Zabawmy się u Adamsów” jest 'do przeżycia;)

Nie zmienia to jednak faktu, że mamy tu do czynienia z obrazem zła w czystej postaci. Zła, które nie ma początku, ani kierunku, ono po prostu pojawia się, bo może. Pamiętam takie słowa: „W świecie w którym wszystko jest możliwe, najbardziej możliwe jest zło” i to jest kredo tej historii. Zło po prostu istnieje. Wśród wielu opinii na temat tej książki słyszałam zarzut braku celowości w działaniu antybohaterów, brak przyczyny ich zepsucia. Przecież to nie były dzieci pochodzące z patologii, ani naznaczone traumą. Warto pamiętać o tym że 'Wolna Piątka’ bo tak nazywały siebie dzieciaki całą sytuację postrzegały w kategorii zabawy. Czegoś co robi się na niby i nie może pociągać prawdziwych konsekwencji. Dziecięce postrzeganie świata i fakt, że byli w tym razem, a siła grupy wspierała społeczny dowód słuszności pozwalała im tym bardziej odsuwać od siebie myśl o karze. Moralne dylematy ich nie dotyczyły. Te dzieciaki serio uważały, że Barbarze wcale nie dzieje się wielka krzywda, a zło które czynią, czynią jakby od niechcenia.

Ta historia wymyka się schematom jakim podlega nasze postrzeganie zwyrodnialców i chyba na tym polega jednocześnie jej siła i jej słabość – słabość wynikająca z reakcji czytelników zrzucającym jej niskim poziom logiki prawdopodobieństwa.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję wydawnictwu Vesper

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Publikując komentarz akceptujesz Regulamin komentarzy.