Nie ma powrotu

Powrót – Wojciech Gunia

Moja tchnąca przygnębieniem przygoda z prozą Wojtka Guni zaczęła się od … przeczytania posłowia do „Dunkela” Kuby Bielawskiego – książki ziejącej takim umartwieniem, że Pan Gunia pasował do niej jak ulał. Dlaczego pasował, o tym przekonałam się dopiero przy lekturze jego autorskiego dzieła. Padło zupełnie przypadkiem na debiutancki zbiór opowiadań. Zupełnie nie w moim stylu tak zaczynać od początku, ale tak wyszło. Moja przeprawa przez „Powrót” trwała od jesieni. Czytałam sobie po jedynym max dwa opowiadania na jeden rzut.

I co Wam muszę wyznać na wstępie, to nie każdy weird pachnie Lovecraftem. Nie wszyscy autorzy tegoż nurtu tworzą skomplikowane uniwersa o ciężkiej do wymówienia nazwie. Nie wszyscy obsadzają w głównych rolach dziedziców. Niektórzy, jak się okazuje, obstawiają najmniej gibkiego konia biorącego udział w wyścigu i gnają go przez gnojowiska ludzkiej niedoli. Niedola ta nosi imię codzienności i najczęściej jej bezimienny bohater podobny jest zupełnie do nikogo. Taki polski wydał mi się ten Guniowy weird, taki swojski poniekąd, a niedostępny zarazem jak linia metra na Wawrze.

Opowiem Wam tylko o kilku opowiadaniach jakie znajdziecie w zbiorze. Te wydały mi się najlepsze, co zdecydowanie jest tylko moją subiektywną opinią. Wszystko zaczyna się od „Wezwania”, które otwiera zbiór i daje pewien obraz tego, czego należy się spodziewać po lekturze całości. „Wezwanie” to przynajmniej do pewnego momentu opowiadanie bardzo Kafkowskie i niech mnie kule biją jeśli nie da się tam znaleźć odwołań do „Procesu”. To tu po raz pierwszy spotykamy archetypowego bohatera prozy Guni. Ów „Pan nikt” niespodziane staje się uczestnikiem wielkiej sprawy, która dość powiedzieć, że jest dziwna. Tu natkniemy się też na typowy dla wszystkich – albo prawie wszystkich Guniowych opowiadań –  finał. Tyle barwny co nie jasny, tyle przeraźliwy co nieuchronny.

Zarówno „Wezwanie” jak i „Dom” – następne opowiadanie w zbiorze wykłada przed czytelnikiem dziwność tego co przyjmujemy za oczywistość. Jeśli ktoś narzuca nam coś jako uzus społeczny – nie negujemy tego. Weird, szczególnie weird by Gunia bierze tą ten uzus, obdziera ze skóry i raptem okazuje się, że wszyscy jesteśmy, tak jak stoimy, wyznawcami absurdu.

„Bardzo długa była tylko ciemność” to znowuż rzeczywistość w okowach absurdu, nieco paranoiczna wizja upolitycznionego zamachu na człowieczeństwo. Myślę, że to opowiadanie, mimo że napisane  dawno, mocno obecnie zyskuje na aktualności.

„Syn” niczym tren, wypełnia smutkiem straty i choć najkrótszy, najsilniej wgryza się w wrażliwość.

„Powrót”, chyba najdłuższy, bardzo charakterystyczny utwór, jednocześnie będący swego rodzaju manifestem stylu. Chyba opowieść o traumie, chyba, bo weirdzie nie ma rzeczy pewnej. Tu najbardziej bije po oczach kolejny wykładnik obecnych w zbiorze motywów: bezcelowość, pustka, trwanie w próżni, zawieszenie, brak woli. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy to bardziej weird, czy bardziej egzystencjalizm.

„Spisek” to jeden z moich absolutnych ulubieńców w zbiorze. Chyba najbardziej czytelny dla mnie, człowieka prostego:) Odebrałam go jako studium choroby psychicznej, jakiejś paranoidalnej schizofrenii. Precyzyjny i dopracowany tekst.

„Ojcu” po raz pierwszy silniej odczułam grozę. Przeważyła ona nad innymi wrażeniami, a wierzcie mi, że wachlarz odczuć jest na tyle duży, że ciężko znaleźć w tym pomieszaniu frontmena. Trochę poczułam tu Aickmana, ale tak szczyptę.

„Zachwyt”, kolejne bardzo dobre opowiadanie. Niesamowitość słowa, niesamowitość literatury jako narzędzia manipulacji zmysłami. Najtrudniejsze w odbiorze na poziomie języka. Karkołomne wręcz, ale przebrnęłam i jestem kontenta.

„Ogród, nocne niebo” toż Ci psychodela. Może odczułam je tak silnie, bo byłam już u kresu zbioru i u kresu sił, ale chyba stało się moim faworytem, moim numer jeden. Pomieszanie traumy z grozą w poetyckim ujęciu. Przepychota.

Co mogę Wam rzec na koniec? Chyba tylko tyle, że czuję się trochę zwycięsko po przeczytaniu „Powrotu”. To nie była lektura, to było starcie. Liczyłam się z tym, że Gunia może być niełatwy jeśli przystaje z Kubą Bielawskim, ale Moi Drodzy, ja chyba za głupia jestem na Gunie, za mało wyrobiona literacko. Poraził mnie językowo, że tylko wodziłam rozgorzałym, błagalnym wzrokiem po kartce, jak ten półanalfabeta. To takich rzeczy Was łajdusy uczą na UJ’ocie, takich? 😉

Przez całą lekturę towarzyszyło mi wrażenie niezrozumienia i jednocześnie paląca potrzeba dotarcia do sedna. Ale co jeśli sedna nie ma, jest tylko pustka i oto w tym Guniowym pisaniu chodzi żebym czuła, a nie wiedziała?

Moja ocena: 8/10

Dziękuję wydawnictwu IX

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Publikując komentarz akceptujesz Regulamin komentarzy.